Wczoraj w Zatoce Puckiej morze wyrzuciło siedem grindwali. Siedem. Leżały na piasku jak czarne, mokre torpedy, a ludzie z Władysławowa zjeżdżali się, żeby robić zdjęcia. Przyjechałem o ósmej rano, bo dostałem telefon od rybaka, Jana Górskiego, który zna mojego ojca jeszcze ze stoczni. Mówił, iż trzeba coś zrobić, bo przypływ za dwie godziny, a te zwierzęta nie przeżyją na brzegu.
Stoję na plaży, a wokół mnie już ze trzydzieści osób. Ktoś krzyczy, żeby nie dotykać, bo chore. Jakaś kobieta płacze. A ja patrzę na największą samicę, która leży najbliżej wody, i widzę, iż ona cała drży. Nie jak ryba wyciągnięta z wody. Jak ktoś, kto już nie ma siły się bać.
Jan podchodzi do mnie, wyciera dłonie w stary sweter. Mówi, iż zadzwonił do urzędu morskiego, ale tam powiedzieli, iż to nie ich sprawa, bo grindwale to nie gatunek chroniony w Polsce. No tak. Bo u nas grindwali nie ma. To znaczy — nie było. A teraz jest siedem.
Potem zjeżdża Stacja Morska z Helu. Młoda dziewczyna, chyba trzydzieści lat, w woderach za kolana, z notatnikiem. Mówi, iż to prawdopodobnie stado, które zabłądziło, gonione przez kutry. Rybacy mówią, iż nie, iż to przez te ćwiczenia wojskowe na Bałtyku. A ja wiem jedno: te zwierzęta umierają, i nikt nie potrafi ich z powrotem zepchnąć do wody, bo dorosły grindwal waży dwie tony.
I wtedy podjeżdża czarny ford ranger. Wysiada z niego mężczyzna po pięćdziesiątce, srebrna kurtka, kalosze. Od razu widać, iż nie jest stąd. Podchodzi do tej młodej ze Stacji, macha jej przed nosem jakąś teczką. Mówi, iż ma zezwolenie na odłów. Że to znaczy — na ubój. Że grindwale to nie jego kaprys, tylko nauka. Badanie populacji. Pobranie próbek.
Ludzie na plaży zaczynają krzyczeć. Jan każe mu spadać. Ten facet rozkłada ręce, uśmiecha się tak, jakby nam tłumaczył, iż przecież nie ma wyjścia. Czuję, jak serce wali mi w gardle. Bo wiem, iż on zaraz zadzwoni po ekipę. I iż to nie będzie pierwsza taka akcja.
Czekamy do dziesiątej. Słońce już wysoko, woda podchodzi. Najmniejszy grindwal, roczny, próbuje się obrócić, ale piach go trzyma. Ta młoda ze Stacji Morskiej podchodzi do mnie i mówi, iż zadzwoni do ministerstwa, iż to bezprawne, iż grindwale są pod ochroną konwencji bońskiej. A srebrna kurtka stoi przy swoim samochodzie i głośno rozmawia przez telefon, co chwilę wybuchając śmiechem.
W końcu Jan podchodzi do niego, staje tuż przy masce forda i mówi, iż jak wyciągnie nóż, to po nim. Nie dosłownie. Ale ten facet mruży oczy i chowa telefon.
Wtedy dzwoni mój ojciec. Nie odbieram — nie ma teraz na to czasu — ale oddzwaniam kilka minut później, kiedy srebrna kurtka znów siedzi w samochodzie. Ojciec jest po wylewie, mało mówi, więc pytam tylko, czy wszystko dobrze. Mówi krótko: „U mnie dobrze. Ty pilnuj tych zwierząt. Ja przez czterdzieści lat na kutrze łowiłem to, czego teraz bronisz. Nie daj im zabrać.” Rozłącza się, zanim zdążę odpowiedzieć.
I właśnie to nie daje mi spokoju. Bo grindwale płyną całymi rodzinami. Matka, córka, siostry, ciotki. Kiedy jedna zostaje z tyłu, żadna nie odpłynie. Naukowcy mówią, iż to matriarchat. One się nie porzucają. Dlatego giną wszystkie naraz.
Srebrna kurtka wraca do samochodu, wyciąga strzelbę. Nie myśliwską — taką do znakowania, z grotem. Mówi, iż to rutynowa procedura. Że pobierze skórę i tłuszcz z jednej sztuki i resztę wróci do morza. Ta ze Stacji krzyczy, iż one się po tym nie odrodzą, iż samica w stresie nie wykarmi młodego.
Ludzie robią kordon. Nie cała plaża — tylko ci, którzy są bliżej, może dwadzieścia osób. Stają między nim a wodą. Ja jestem w pierwszym rzędzie, obok Jana. Czuję, jak piach osuwa się pod butami, bo fala podchodzi coraz wyżej.
I wtedy robi się cicho. Ten facet odwodzi bezpiecznik. Wszyscy zamierają. A największa samica, ta, co drżała od rana, unosi ogon i z całej siły uderza nim o piach. Raz. To brzmi jak strzał.
Potem wszystko dzieje się szybko. Ktoś chwyta mnie za ramię, ciągnie do tyłu. Jan wyrywa srebrnej kurtce strzelbę i ciska ją w wydmy. Facet szarpie się, krzyczy coś o policji. Kobieta obok mnie, jak się okazało — nauczycielka z Pucka, zaczyna dzwonić do wszystkich telewizji, stacji radiowych, do kogo się da.
I nagle słychać silnik. To łódź z kutra Jana. Jego syn, Krzysiek, podpływa od strony zatoki. Rzuca linę. Jan i jeszcze trzech mężczyzn wchodzą do wody, choć zimna jak lód. Biorą pierwszego grindwala, podkładają pod niego stare boje. Powoli, centymetr po centymetrze, holują go do głębi. Zwierzę raz zanurza głowę, raz wynurza. Ale potem zaczyna samodzielnie ruszać ogonem.
Siedem godzin. Tyle nam zeszło, żeby wyciągnąć wszystkie. Ostatnia poszła ta największa. Miała na lewej stronie głowy bliznę po sieci. Starą, zagojoną ranę. Krzysiek powiedział później, iż nigdy takiej nie widział.
Radiowozy przyjechały przed szóstą, kiedy w wodzie została już tylko ostatnia sztuka. Policjanci wysłuchali nauczycielki z Pucka, potem srebrnej kurtki, potem Jana. Facet pokazywał teczkę z zezwoleniem, tłumaczył coś o badaniach, o procedurze. Starszy z policjantów przeczytał dokument dwa razy, spojrzał na strzelbę leżącą w piasku, na dwadzieścia osób stojących wciąż w kordonie, i powiedział, iż zezwolenie dotyczy odłowu do celów naukowych na wodach otwartych, a nie uboju zwierząt leżących na plaży publicznej w obecności świadków. Że to sprawa dla prokuratury, nie dla nich. Kazał mu zostawić dane i się nie oddalać.
Srebrna kurtka jeszcze się szarpał, mówił, iż to bezprawne zatrzymanie, iż zna prawników. Ale w końcu podał dowód, wsiadł do forda i odjechał, zanim zdążyłem zapytać, jak się nazywa. Nauczycielka z Pucka zdążyła sfotografować jego tablice rejestracyjne i przesłać je razem z nagraniem do trzech redakcji, zanim jeszcze silnik forda ucichł na drodze do Władysławowa.
Podszedł do mnie tylko na chwilę, zanim wsiadł. Powiedział, iż gmina wystawi rachunek za holowanie. Trzy tysiące czterysta dwadzieścia złotych za dobę użycia kutra. Zapytał, kto za to zapłaci.
Powiedziałem: ja.
Nie miałem tylu pieniędzy. Ale Jan machnął ręką i powiedział, iż kuter jest jego, więc rachunek bierze na siebie. A ja obiecałem, iż sprzedam motocykl. Wróciłem do domu, zdjąłem ogłoszenie z OLX, bo wcześniej nie mogłem go sprzedać od dwóch lat. Teraz zjechało się trzech chętnych w jeden wieczór. Sprzedałem za jedenaście tysięcy. Jan wziął trzy czterysta dwadzieścia. Resztę wpłaciłem na konto Stacji Morskiej w Helu, na monitoring populacji waleni w Zatoce Puckiej.
W następny piątek zadzwonił Jan. Mówił, iż Stacja namierzyła nadajnikiem grupę siedmiu grindwali przy Bornholmie, kierującą się w stronę Cieśniny Duńskiej. Że nie mają stuprocentowej pewności, iż to te same zwierzęta — nadajnik założyli tylko jednej sztuce, tej z blizną na lewej stronie głowy, zanim wypłynęła z zatoki. Ale sygnał pasuje. I iż w stadzie jest teraz osiem grindwali, nie siedem.
Stałem przy oknie z telefonem przy uchu, patrzyłem na ciemną wodę zatoki, i nie potrafiłem nic powiedzieć, tylko: „Osiem?”
„Osiem” — powtórzył Jan. — „Ktoś się urodził po drodze.”












