– Kasiu, podpisz to teraz. Do ślubu został kwadrans.
Stałam przed lustrem w małej sali dla panien młodych, gdzie pachniało lakierem do włosów, obcymi perfumami i świeżymi różami. Za oknem szumiał lipcowy deszcz, po szybie spływały cienkie strugi, a na parapecie leżały dwie agrafki, których nie mogłam wpiąć w welon.
Regina trzymała przede mną kartkę papieru. Białą, sztywną, z równo złożonym rogiem. W drugiej ręce miała długopis ze złotą skuwką.
– Co to jest? – spytałam.
Uśmiechnęła się tak, jak uśmiechają się sprzedawcy, gdy wiedzą, iż towar ma wadę, a klient już prawie się zgodził.
– Zwykłe rodzinne porozumienie. Stas ci tłumaczył.
Stas stał przy drzwiach w granatowym garniturze. Ładny, gładko ogolony, z boutonniere w klapie. Sama rano przypinałam mu tę boutonniere i śmiałam się, iż bardziej boi się ukłucia niż iść do ołtarza.
Teraz się nie śmiał.
– Kasiu, nie zaczynaj – powiedział. – Przecież wszystko omawialiśmy.
– Omawialiśmy, iż po ślubie przeprowadzasz się do mnie – odparłam. – I iż twojej matki nikt nie krzywdzi. Resztę omawiałeś beze mnie.
Regina uniosła lekko brwi.
– Jakaś ty ostra. Stasiu, mówiłam: trzeba było postawić sprawę twardo wcześniej.
Położyła kartkę na stoliku obok pudełka z obrączkami. To nie była choćby porządna umowa od prawnika; bardziej smycz, na którą zamierzano mnie wziąć tuż przed ceremonią. Sens sprowadzał się do kilku zdań: po ślubie sprzedaję swoje mieszkanie, a pieniądze idą na zakup większego lokalu dla naszej „nowej rodziny”. Kupować mieli na nazwisko Stasa. Dlaczego – nie wyjaśniono. Najwyraźniej uznano, iż i tak powinno mi być miło.
Spojrzałam na swoje odbicie. Biała suknia leżała idealnie. A no tak – szyłam ją sama, po nocach, kiedy w pracowni ucichły maszyny i można było wreszcie zająć się sobą. Koronkę na rękawach dobierałam trzy tygodnie. Linię talii przerabiałam dwa razy. W tej sukni nie było nic przypadkowego.
Poza panem młodym, jak się okazało.
– Mieszkanie kupiłam przed poznaniem Stasa – powiedziałam. – Nie mam zamiaru go sprzedawać.
Stas odsunął się od drzwi i podszedł bliżej.
– Kasiu, przestań się trzymać tych ścian. To kawalerka. Mamy tam wegetować całe życie?
– Nie mam nic przeciwko większemu mieszkaniu. Mam coś przeciwko sprzedaży mojego na twoje nazwisko, pod dyktando twojej matki.
– Mama chce jak najlepiej.
– Dla kogo?
Regina westchnęła.
– Dla wszystkich. Nogi mnie bolą, ciężko mi samej. Stas jest jedynym synem. Jesteś żoną, powinnaś myśleć szerzej, nie tylko o swoich nitkach, szmatkach i taborecie przy oknie.
Taboret przy oknie – tak nazwała mój kącik do pracy. Stała tam stara maszyna do szycia, ciężka, żeliwna, którą dostałam razem z pierwszym prawdziwym zleceniem od właścicielki zlikwidowanej pracowni. Na tej maszynie podszywałam obce płaszcze, szyłam szkolne fartuszki, przerabiałam sukienki po nieudanych zakupach, a potem uzbierałam na wkład własny i wzięłam to właśnie mieszkanie.
Małe. Uparte. Moje.
Stas wiedział o tym wszystkim. choćby kiedyś mówił:
– Lubię, iż wszystko potrafisz sama. Z tobą nie strasznie.
Okazało się, iż nie strasznie mu było nie ze mną. Na mój koszt.
– Niczego nie podpiszę – powiedziałam.
Regina natychmiast przestała się uśmiechać.
– Po co w takim razie to przedstawienie?
– Jakie przedstawienie?
– Biała suknia, goście, restauracja. Chcesz wejść do rodziny, ale nie dać rodzinie nic?
Spojrzałam na Stasa. Czekałam, iż powie chociaż: „Mamo, dosyć”. Albo po prostu zabierze jej tę kartkę.
Milczał.
Za drzwiami ktoś przeszedł, zaśmiał się, zadzwoniły kieliszki. Pewnie już nalewali gościom szampana. Moja przyjaciółka Marta przysłała wiadomość: „Gdzie jesteś? Urzędnik denerwuje się”. Nie odpowiedziałam. Telefon leżał obok bukietu z białych piwonii, które nagle zaczęły przypominać główki kapusty.
– Stas – powiedziałam cicho. – Wiedziałeś o tym papierku?
Poprawił mankiet.
– Co się czepiasz słów? Papier – żeby wszyscy byli spokojni. Potem byś zmieniła zdanie, zaczęła odwlekać. A my już mamy umowę z ludźmi.
– Z jakimi ludźmi?
Regina gwałtownie spojrzała na syna. Wtedy pierwszy raz naprawdę się przestraszyłam. Nie papieru. Nie rozmowy. Tego, iż odpowiedź już jest i będzie gorsza, niż myślę.
Stas skrzywił się.
– Pokazałem mieszkanie jednemu znajomemu. Jest gotów czekać. Dobra cena. Nie udawaj, iż to zbrodnia.
– Pokazałeś moje mieszkanie kupującemu?
– Nie dramatyzuj. Bywałem tam. Mam klucze.
Poczułam, jak w piersi robi się pusto i zimno. Klucze. Te same, które dałam mu wiosną, gdy zachorowałam i poprosiłam o przyniesienie leków. Potem zostawił je u siebie.
– Wprowadziłeś obcego człowieka do mojego mieszkania?
– Do naszego przyszłego mieszkania – uciął. – I przestań mówić takim tonem.
Regina przesunęła w moją stronę długopis.
– Katarzyno, mądra kobieta nie trzyma się pudełka z balkonem, gdy proponują jej normalne życie.
Wtedy przypomniałam sobie, jak w pracowni Agnieszka, moja pierwsza mistrzyni, uczyła mnie pruć źle zszyty szew.
– Nie żałuj nici, Kasiu. jeżeli od pierwszego ściegu poszło krzywo, dalej pociągnie całość. Lepiej spruć od razu niż potem płakać nad zepsutą tkaniną.
Myślałam wtedy, iż mówi o spódnicach.
Stas wziął pudełko z obrączkami, otworzył, wyjął moją obrączkę i pokręcił nią między palcami.
– Skończmy tę rozmowę. Wyjdziesz, uśmiechniesz się, weźmiemy ślub, a w domu spokojnie przedyskutujemy.
– W domu? – powtórzyłam. – W którym domu?
– W twoim. Na razie.
To „na razie” było ostatnią nitką.
Wzięłam obrączkę z jego rąk. Małą, gładką, złotą. Wybieraliśmy ją razem. Znaczy: Stas wybrał, a ja się zgodziłam, bo byłam zmęczona sprzeczkami. Wtedy powiedział:
– Tobie pasuje prostota.
A ja tylko chciałam, żeby choć raz zapytał, co lubię ja.
Podeszłam do okna. Było uchylone, bo w pokoju zrobiło się duszno. Na dole, pod daszkiem, stały mokre od deszczu samochody gości. Na parapecie drżała kropla wody.
Regina podeszła do mnie.
– Co ty robisz?
Odwróciłam się do nich obojga. Do kobiety, która już w myślach ustawiała swoje meble w moim mieszkaniu. Do mężczyzny, który uznał, iż po pieczątce w dowodzie stanę się wygodniejsza, łagodniejsza i cichsza.
– Gratuluję! Właśnie straciliście i pannę młodą, i mieszkanie, i resztki mojego szacunku! – rzuciłam obrączkę w okno.
Uderzyła w blaszany parapet, zadźwięczała i zniknęła gdzieś w mokrej zieleni pod oknami.
Regina krzyknęła tak, jakbym wyrzuciła nie obrączkę, ale jej plany na spokojną starość.
Stas zbładł.
– Oszalałaś?
– Nie. Wreszcie oprzytomniałam.
Podniosłam rąbek sukni, żeby nie nadepnąć na koronkę, i skierowałam się do drzwi.
– Kasiu! – Stas złapał mnie za rękę. – Tam są goście. Moi koledzy. Twoja matka przyjechała. Wystawisz wszystkich na pośmiewisko.
Spojrzałam na jego palce na swoim nadgarstku.
– Puść.
– Porozmawiamy.
– Już wszystko powiedziałeś.
Nie puścił od razu. Najpierw ścisnął mocniej, jakby sprawdzał, ile zostało ze starej, posłusznej Kasi. Potem rozluźnił palce. Na skórze zostały czerwone ślady.
Na korytarzu złapała mnie Marta. Była w liliowej sukience i z tuszem lekko rozmazanym od wilgoci.
– Gdzie się podziewałaś? Wszyscy czekają. Ojej… co się stało?
– Ślubu nie będzie.
Spojrzała mi przez ramię, zobaczyła Stasa, Reginę z kartką w ręku i od razu zrozumiała nie słowami, ale minami.
– Chodź – powiedziała.
– Zaczekaj. Powiedz mamie, żeby się nie martwiła.
– Sama powiesz. Stoi przy szatni, już czuje, iż coś jest nie tak.
Mama rzeczywiście stała przy szatni. Mała, w granatowym kostiumie, z torebką, którą trzymała obiema rękami przed sobą. Zobaczyła mnie i nie spytała: „Jak mogłaś?” Nie spytała: „Co ludzie powiedzą?” Tylko podeszła i poprawiła mi wymykający się kosmyk.
– Skrzywdził cię?
Kiwnęłam głową.
– Idź się przebrać. Ja pogadam z gośćmi.
– Mamo, to skomplikowane.
– Skomplikowane – to jak krój nie pasuje, a zamówienie na rano. A to po prostu nie twój człowiek.
Suknię zdejmowałam w zapleczu restauracji, gdzie Marta przyniosła mi zwykłą lnianą sukienkę i sandały. Zamek się zaciął, koronka czepiała się włosów. Szarpnęłam i cienka nitka na rękawie pękła.
– Ostrożnie – powiedziała Marta.
– Niech się rwie.
– Szkoda, tyle szyłaś.
Spojrzałam na biały materiał, na równe szwy, na rząd maleńkich guzików przyszytych manualnie.
– Nie szkoda. Suknia jest niewinna.
Marta powiesiła ją na wieszaku. Suknia zakołysała się, jakby westchnęła.
Przy wejściu do restauracji huczeli goście. Ktoś się oburzał, ktoś szeptał, ktoś próbował złapać taksówkę. Regina mówiła głośno:
– Dziewczyna ma nerwy. Wszystko załatwimy.
Moja matka odpowiedziała jej tak spokojnie, iż usłyszałam choćby przez drzwi:
– Dziewczyna ma mieszkanie. I głowę na karku. A u waszego syna problem z szacunkiem.
Wyszłam bocznym wyjściem. Deszcz prawie ustał. Powietrze pachniało mokrym asfaltem i lipą. Marta chciała jechać ze mną, ale poprosiłam:
– Nie trzeba. Chcę być sama.
– Na pewno dasz radę?
– Już dałam.
Taksówkę złapałam na sąsiednim podwórku. Kierowca spojrzał na mnie w lusterku: lniana sukienka, ślubna fryzura, bukiet białych piwonii na kolanach.
– Uroczystość nie wypaliła? – spytał ostrożnie.
– Wręcz przeciwnie, skończyła się w porę.
Już nic więcej nie pytał.
W domu najpierw odebrałam od dozorczyni zapasowy klucz, który zostawiałam na wypadek awarii, i wjechałam na górę. Drzwi otworzyły się cicho. W mieszkaniu było tak, jak lubiłam: na stole przy oknie leżała miarka krawiecka, na oparciu krzesła wisiała niedokończona marynarka, na parapecie stała doniczka z bazylią. Moje życie. Niewielkie, miejscami ciasne, ale nie cudze.
Wyjęłam ze zamka starą wkładkę i położyłam na dłoni. Sąsiad z trzeciego piętra kiedyś pokazał mi, jak się ją wymienia, gdy klucz się zacinał. Zaśmiałam się wtedy:
– Mnie raczej suknie szyć, a nie zamki kręcić.
On odpowiedział:
– Kobiecie w mieszkaniu przydaje się umieć i jedno, i drugie.
Nowa wkładka leżała w szufladzie komody. Kupiłam ją, gdy Stas pewnego razu bez zapowiedzi przyszedł rano, otworzył drzwi swoimi kluczami i powiedział:
– Niespodzianka.
Wtedy milczałam. Po prostu schowałam pudełko pod bieliznę. Najwyraźniej moja głowa już wszystko wiedziała, tylko serce się spóźniało.
Zamek wymieniałam długo. Suknię w tym czasie zdążyłabym dopasować do figury, a z żelastwem grzebałam jak uczennica. Śrubokręt ześlizgiwał się, wkręt spadał, palce bolały. Ale kiedy nowy klucz obrócił się w nowej wkładce, po raz pierwszy tego dnia się uśmiechnęłam.
Telefon rozrywał się. Stas. Regina. Nieznane numery. Potem wiadomości.
„Nie rób wstydu, wróć”.
„Goście pytają, co mówić”.
„Przyjadę, otwórz”.
„Masz obowiązek się wytłumaczyć”.
Wyłączyłam dźwięk.
Tłumaczyć nie miałam już komu.
Stas przyjechał, gdy za oknem zaczynał ciemnieć mokry dziedziniec. Najpierw dzwonił do domofonu. Potem pukał. Potem mówił przez drzwi.
– Kasiu, otwórz. Jesteśmy dorośli. Trzeba to rozwiązać.
Siedziałam na podłodze przy maszynie do szycia i prułam brzeg ślubnej sukni. Nie dlatego, iż nie słyszałam. Dlatego, iż po raz pierwszy od rana moje ręce robiły zrozumiałą rzecz.
– Wiem, iż jesteś w domu – powiedział. – Nie robi cyrku.
Dalej prułam szew małymi nożyczkami, ostrożnie, żeby nie uszkodzić tkaniny.
– Moje klucze nie pasują – jego głos się zmienił. – Zmieniłaś zamek?
Milczałam.
– Katarzyno, to już nie jest śmieszne.
Nożyczki kliknęły. Nitka puściła.
– Otwórz chociaż, żeby porozmawiać!
Podeszłam do drzwi, ale nie zdjęłam łańcucha.
– Mów.
– Rozumiesz, co narobiłaś? Ludzie przyjechali, mama omal nie zemdlała. Wystawiłaś mnie na pośmiewisko.
– Sam sobie poradziłeś.
– Przez jakiś papierek? Przez jakieś mieszkanie?
– Nie przez mieszkanie, Stas. Przez to, iż już zdecydowałeś, ile warta jest moja życie.
Za drzwiami głośno wciągnął powietrze.
– Chciałem rodziny.
– Nie. Chciałeś wygodnej wymiany: mojego mieszkania na twój spokój.
– Wszystko wywracasz.
– Idź.
– Nie odejdę, póki się nie dogadamy.
– To wezwę dzielnicowego.
Umilkł. Potem uderzył dłonią w drzwi. Nie mocno, ale dość, żeby w przedpokoju zadrżało lustro.
– Pożałujesz.
– Już nie.
Jego kroki nie oddaliły się od razu. Postał jeszcze, licząc, iż przestraszę się własnej stanowczości. Potem winda trzasnęła drzwiami i w mieszkaniu zrobiło się cicho.
Wróciłam do sukni. Odcięłam długi tren. Potem zdjęłam koronkę z rękawów, złożyłam osobno. Biały materiał położył się na stole, posłuszny i czysty. Można było z niego zrobić wszystko: elegancką sukienkę dla dziewczynki, podszewkę do marynarki, pokrowiec na manekina. Nie każdy materiał jest winien, iż chciano go użyć niezgodnie z przeznaczeniem.
Kiedy w pracowni zapalono pierwsze światło, stałam już przy stole krojonemu z torbą w rękach. Agnieszka siedziała przy oknie i piła herbatę ze szklanki w koszyczku.
– I co? – spytała, choćby nie podnosząc wzroku.
– Ślubu nie było.
– Widzę. U panien młodych, które wzięły ślub, chód jest inny. U ciebie chód kogoś, kto z płonącej szopy wyniósł maszynę do szycia.
Postawiłam torbę na stole.
– Mogę to tu rozprasować?
– Trzeba.
Podeszła, dotknęła tkaniny.
– Dobra robota.
– Była.
– Dobra robota i została. Pomylił się nie szew, Kasiu. Pomylił się człowiek, który uznał, iż suknia już czyni cię jego własnością.
Usiadłyśmy obok. Ona pruła boczny szew, ja odrywałam guziki. Żadnych głośnych rozmów. Tylko miły trzask nici i stukot deszczu o blaszany daszek.
Mama zadzwoniła, gdy zwijałam koronkę w równy rulon.
– Jak się masz?
– Żyję. Wściekłam się. Ale w porządku.
– Przyszedł?
– Przyszedł. Nie wszedł.
– Dobrze.
– Mamo, wstydzisz się za mnie?
Nawet się zdenerwowała.
– Wstydzę się, iż wcześniej nie spytałam, czy jesteś szczęśliwa. Reszta to nie wstyd.
Wróciłam do domu już przy drobnym deszczu. Pod klatką stała Regina. Bez parasola. Włosy wymknęły jej się z upięcia, twarz wydawała się szara.
– Katarzyno – powiedziała. – Musimy porozmawiać.
– Nie musimy.
– Jesteś młoda, gorąca. Nie rozumiesz, co robisz. Stas cierpi.
– Niech się przyzwyczaja.
Zacisnęła usta.
– Mieszkanie nie zrobi cię szczęśliwą.
– Może nie. Ale nie poprosi, żebym sprzedała siebie dla cudzej wygody.
– Jesteś okrutna.
– Nie. Po prostu po raz pierwszy usłyszeliście odmowę i uznaliście, iż to okrucieństwo.
Podeszła bliżej.
– Stas jest dobry.
– Niech więc będzie dobry bez mojego mieszkania.
Regina odwróciła się. Chyba chciała powiedzieć coś ostrego, znajomego, złośliwego. Ale podwórko było puste, nie było publiczności, a słowa straciły połowę siły.
– Kochał cię – wydusiła w końcu.
– Miłość nie przychodzi z papierkiem do podpisu przed ślubem.
Ominęłam ją i weszłam do klatki.
Więcej nie przychodzili. Dzwonili jeszcze kilka razy, potem przestali. Z restauracją i gośćmi uporali się beze mnie. Stas zabrał swoje pudła z balkonu przez sąsiada, choćby nie wchodząc do mnie. Oddał klucze, które i tak już niczego nie otwierały.
Myślałam, iż będzie bardziej bolało. Ale ból okazał się podobny do ukłucia agrafką: ostry, przykry, za to od razu wiadomo, skąd wyjąć.
Mieszkanie stopniowo przestało pamiętać Stasa. Zniknął jego kubek z napisem „głowa rodziny”. Wyrzuciłam kapcie, które sam sobie kupił i zostawił przy drzwiach jak znak przyszłej przeprowadzki. Zdjęłam ze ściany kalendarz, w którym czerwoną flamastrem zakreślił datę ślubu. W tym miejscu powiesiłam drewnianą szpulę od starych nici, znalezioną w pracowni. Dużą, sczerniałą, z wyżłobieniem z boku. Jakoś pasowała do mojej ściany lepiej niż jakikolwiek kalendarz.
Sukni nie wyrzuciłam. Z grubego atlasu uszyłam pokrowiec na maszynę do szycia. Z koronki – firankę na małe okno w kąciku roboczym. Guziki wsypałam do szklanego słoika. Tren długo leżał osobno, aż wymyśliłam, co z nim zrobić.
W wolny od zleceń dzień wyniosłam do okna wąskie drewniane krzesło. To samo, na którym Stas kiedyś siadał, przeglądał telefon i mówił:
– Kasiu, po co komu te przeróbki? Lepiej znajdź normalną pracę.
Krzesło było mocne, tylko siedzisko się przetarło. Obciągnęłam je tkaniną ze ślubnego trenu. Biały atlas napiął się równo, bez zagnieceń. Po brzegu puściłam cienki ścieg. Żadnych róż, koronek ani kokardek. Tylko czysta, jasna powierzchnia.
Kiedy krzesło było gotowe, postawiłam je obok maszyny do szycia. Usiadłam, nacisnęłam pedał i usłyszałam równy chód mechanizmu. Maszyna zaczęła szyć pewnie, jakby też czekała, aż z mieszkania wyniosą zbędny hałas.
Na stole leżało nowe zlecenie – prosta granatowa sukienka dla kobiety, która przy przymiarce powiedziała:
– Chciałabym taką, żebym w niej była sobą.
Uśmiechnęłam się. To było zrozumiałe zadanie.
Za oknem po deszczu jaśniały dachy. Gdzieś w trawie przy restauracji, pewnie, leżała moja obrączka. Może znalazł ją woźny. Może stoczyła się pod krzak. Było mi wszystko jedno. Obrączka mówiła o obietnicy, która nie istniała. A krzesło przy oknie mówiło o miejscu, które sobie zostawiłam.
Opuszczam stopkę na tkaninę i prowadzę pierwszy szew.
Nigdy więcej nie dopasowywałam się do cudzego wykroju.










