10 maja 2017
Dziś mam wyjątkowo ciężki dzień, chyba dlatego, iż myśli same wracają do przeszłości. Długo nie miałam szczęścia w miłości. Zostałam panną do trzydziestki, zawsze coś było nie tak, a czas uciekał, chociaż przecież nie byłam brzydka taka raczej swojska, kobieca, może trochę przy kości. Kiedy w końcu postanowiłam, iż koniec czekania, trzeba wziąć los w swoje ręce, poznałam Pawła.
Na początku choćby nie wiedziałam, iż ma żonę. Potem już nie ukrywał, bo czuł, iż zaczęłam się do niego przywiązywać. I rzeczywiście zakochałam się z całych sił. Nigdy nie wyrzuciłam Pawłowi jego zakłamania, zawsze obwiniałam tylko siebie, iż dałam się wplątać w taki układ. Wstyd mi było przed samą sobą, czasem myślałam, iż jestem gorsza, iż nie potrafiłam znaleźć sobie męża na czas, iż inni mają rodziny, a ja tkwię w jakimś zamęcie.
Ale przecież nie byłam jakaś nielubiana, miałam przyjaciół, pracę w księgowości na połowie etatu, mieszkałam w małym mieszkaniu w Łodzi. Z Pawłem nie widziałam przyszłości, ale też bałam się samotności, więc tkwiłam w tym zawieszeniu.
Któregoś dnia, zupełnie niespodziewanie, odwiedził mnie brat cioteczny Szymon. Był akurat przejazdem służbowo, od dawna się nie widzieliśmy. Usiadł w kuchni, pogadaliśmy jak dawniej, trochę się pośmialiśmy, powspominaliśmy dzieciństwo w Piotrkowie. W końcu opowiedziałam mu o wszystkim: o Pawle, o sobie, choćby się popłakałam.
Wtedy zadzwoniła sąsiadka, poprosiła mnie na chwilę do siebie chciała się pochwalić nową garsonką z butiku i pytała, czy nie wezmę jej paczki z paczkomatu. Wyszłam tylko na dwadzieścia minut. W tym czasie rozległ się dzwonek do drzwi. Szymon, przekonany, iż wracam, otworzył.
Na progu stał Paweł. Wielki Szymon w dresie, z kanapką z kiełbasą w ręce, zrobił niemałe wrażenie.
Jest Zosia? zapytał tylko Paweł, zaskoczony widokiem nieznajomego.
W łazience odpowiedział gwałtownie Szymon, orientując się w sytuacji.
A pan kim jej jest? wydukał Paweł.
Mężem, narazie nieformalnym. A pan czego chce? Chyba nie pan jest tym żonatym spryciarzem, o którym mówiła żona? Słuchaj, jeszcze raz tu przyjdziesz, do schodów cię wyprowadzę, zrozumiano? Szymon podszedł bliżej i złapał go za kurtkę.
Paweł wyrwał się i uciekł po schodach.
Wróciłam gwałtownie do mieszkania, jeszcze zanim zdążyłam zdjąć buty, Szymon opowiedział mi, co się wydarzyło. Rozpłakałam się.
Coś ty zrobił? Kto cię prosił? On już nie wróci… szepnęłam, chowając twarz w dłoniach.
I dobrze, nie będzie więcej łez. Mam dla ciebie świetnego faceta na oku, wdowiec z naszej wsi, kobieta koło niego nie ma życia, odmawia im wszystkim i samotność mu nie przeszkadza. Po delegacji zabieram cię ze sobą do Lutomierska, poznasz go na urodzinach mojej żony. Przemyśl to.
Szymon, zwariowałeś? Do kogo niby mam jechać? Przecież to obcy człowiek, chyba się wstydu najem…
Wstyd po obcych mężach chodzić, a nie do nowych znajomości. Przecież nie namawiam cię na ślub, tylko na kawę. Jedziemy za tydzień do Lubki na święto powiedział i nie przyjmował sprzeciwu.
Kilka dni później rzeczywiście pojechaliśmy do Lutomierska. Lubka, żona Szymona, zrobiła urodziny w ogrodzie za domem, rozłożyła stół przy altanie, zaprosiła sąsiadów i starego kumpla Szymona wdowca Aleksandra. Sąsiedzi znali mnie dobrze, ale z Aleksandrem spotkałam się po raz pierwszy. Siedział raczej cicho, małomówny, zupełnie jakby nie mógł się pogodzić ze stratą. Wrażliwy, dobry człowiek, dziś się takich nie spotyka pomyślałam.
Po imprezie wróciłam do Łodzi, ale tydzień później, w niedzielę, ktoś znów zadzwonił do drzwi. Otworzyłam i aż się zdziwiłam stał tam Aleksander z reklamówką.
Przepraszam, Zosiu, byłem dziś na rynku, wstąpiłem do miasta i pomyślałem, iż skoro jesteśmy już znajomymi, to może wpadnę na herbatę powiedział nieśmiało.
Zaproponowałam herbatę, powoli domyślając się, iż przyszedł… ot, po prostu do mnie. Po chwili wręczył mi mały bukiet tulipanów.
Siedzieliśmy w kuchni, gadaliśmy o pogodzie, cenach pietruszki i o wszystkim innym, jakby było zupełnie naturalnie. Na koniec, kiedy zakładał płaszcz, spojrzał mi w oczy i zdenerwowany wyznał:
Muszę to powiedzieć, bo inaczej nie wybaczę sobie. Cały tydzień myślałem o pani, przepraszam, o tobie. Zosia. Ledwo doczekałem się weekendu, adres dostałem od Szymona…
Zarumieniłam się, spuszczając wzrok.
Ale przecież my się w ogóle nie znamy szepnęłam.
To nic, grunt, iż nie jestem ci odpychający, prawda? Możemy być na ty? Jestem wdowcem, mam córkę, ma osiem lat, teraz jest u babci…
Zawahał się, a ja choćby przez chwilę o tym nie pomyślałam.
Córka to skarb, zawsze chciałam mieć dziecko…
Dodało mu to odwagi. Wziął mnie za ręce i delikatnie pocałował. Łzy napłynęły mi do oczu po tym pocałunku, ale z tych dobrych, szczęśliwych.
Nie jestem ci odpychający? zapytał.
Przeciwnie, choćby nie wiedziałam, iż mogę się tak czuć Cicho, spokojnie. Nikogo nie krzywdzę już, nikomu niczego nie zabieram
Od tego dnia widywaliśmy się co weekend. Po dwóch miesiącach wzięliśmy ślub i zamieszkałam w Lutomiersku. Dostałam pracę w przedszkolu. Po roku miałam już swoją córeczkę. Tak rosły dwie dziewczynki obie kochane, obie najważniejsze.
A my z Aleksandrem z roku na rok byliśmy coraz szczęśliwsi jak dobre wino, dojrzewające z czasem. Szymon przy rodzinnych spotkaniach śmiał się i puszczał do mnie oko:
No co, Zosiu, dobrze, iż brata słuchasz! Facet pierwsza klasa, piękniejesz z roku na rok. I wiecie co? Miał rację.












