Renata leżała skulona na wersalce, twarzą do ściany, kiedy z kuchni wróciła Grażyna. Zdążyła się trochę uspokoić i miała już gotowy plan.
— Posłuchaj mnie. Musisz iść do pracy. Urodzisz, to chociaż jakieś pieniądze będą, bo sama was dwoje nie utrzymam.
— Jaka praca, mamo?
— Jaka, jaka. Podłogi myć, w markecie na Raciborskiej akurat kogoś szukają. A gdzie cię wezmą, do urzędu miasta? Po ośmiu klasach?
— Mamo, nic nie trzeba. Pójdę na zabieg i będzie jak dawniej. Zdam maturę, dostanę się na studia…
— Dostanie się! Ty maturę najpierw zdaj, dwa miesiące zostały, a podręczniki leżą pod łóżkiem, kurzem obrosły! Boże, ja cię sama wychowałam! I taki prezent na koniec! Rób, co chcesz, dorosła jesteś! Głową trzeba było myśleć!
Grażyna znowu się nakręcała. Sama jeszcze młoda kobieta, dopiero pięćdziesiątkę przekroczyła w zeszłym roku, a tu nagle babcia? Przecież życie dopiero się zaczynało.
Ona sama przez to przeszła osiemnaście lat temu, tyle iż w Wodzisławiu, skąd pochodziła. W domu nikt nigdy nie rozmawiał o takich sprawach, więc szesnastoletnia wtedy Grażyna oczywiście wpadła. Coś tam wiedziała od koleżanek z liceum, ale wierzyła, iż jej to nie dotyczy. A jednak. Matka urządziła awanturę na całą klatkę schodową i od razu powlokła ją do rodziców chłopaka. Tamci też nie chcieli ślubu — ich syn miał dopiero osiemnaście lat. Wtedy matka Grażyny zagroziła, iż pójdzie na policję, bo nieletnia. Wesela nie było, po prostu podpisali papiery w Urzędzie Stanu Cywilnego, kiedy przyniosła zaświadczenie z poradni.
Zamieszkali u babci Tadeusza — ojca Renaty. Staruszka gderała od rana do wieczora, wypominała synowej, iż wszystko robi nie tak. A siedemnastoletnia Grażyna miała na rękach niemowlę. Bezsenne noce, kolka, ząbkowanie — Renata była niespokojnym dzieckiem, płakała godzinami. Potem młody ojciec po prostu zniknął, zostawił kartkę, iż tak dalej żyć nie może, iż jego życie miało wyglądać inaczej. Prosił o wybaczenie.
Zostać w tamtym mieszkaniu było niemożliwe. Grażyna z przerażeniem myślała, dokąd pójść z dzieckiem na rękach. Rodzice nie pomagali — w ten sposób ją "wychowywali". Pomogły koleżanki. Załatwiły miejsce w żłobku, a Grażyna poszła do pracy. Najpierw sprzątała biura przy dworcu, potem wyuczyła się na krawcową. Tułali się po znajomych, potem hotel robotniczy przy zakładach dziewiarskich, gdzie ją zatrudnili. Z rodzicami się w końcu pogodziła, ale tamte lata pamiętała do dziś. I choć córkę kochała, często myślała, iż jej życie mogło potoczyć się zupełnie inaczej.
A teraz, kiedy wreszcie zaczęła się spotykać z Tomaszem — poznali się w zakładzie, on woził dyrektora, pół roku już razem, niedawno się oświadczył — nagle to. Babcia? Grażynie znowu ścisnęło się gardło, jakby ktoś zaciągnął jej szalik za mocno.
Wbrew ponurym przewidywaniom Iwony, Kacper dzwonił do Renaty po kilka razy w tygodniu. Rozmawiali o wszystkim i o niczym, jakby znali się od lat. Kacper sam się dziwił, iż tęskni, iż przypomina sobie jej twarz w najmniej spodziewanych momentach. Dominik choćby z niego żartował, bo nigdy takiego kumpla nie widział.
Tego wieczoru Dominik i Kacper umówili się do klubu na Rynku. Dominik trochę się zasiedział w salonie samochodowym, gdzie pracował, i teraz gwałtownie się szykował. Włożył białą koszulkę polo, czarne spodnie, przejrzał się w lustrze na korytarzu — zadowolony. Dawno nie mieli okazji normalnie pogadać, ostatnio głównie przez telefon, a Kacper wspomniał, iż ma poważną sprawę. Dominik zakładał, iż chodzi o pracę — obaj kręcili się wokół tej samej komisowej działki.
— Cześć, stary! — rzucił wesoło Kacper, gdy zobaczył Dominika przed wejściem.
— No hej! — uścisnęli sobie dłonie.
— Co słychać?
— Wszystko w porządku, jak zawsze. Słuchaj, zanim wejdziemy, tam muzyka będzie ryczeć. Mam sprawę.
— Rozmawiałem z Iwoną — zaczął Kacper. Dominik uśmiechnął się z aprobatą, myśląc, iż to o dziewczynach w ogóle. — Chodzi o tę brunetkę, koleżankę Iwony. Renatę pamiętasz?
— No, pamiętam. I co?
— Jest w ciąży. Z tobą. Chce iść na zabieg, u niej w domu jest istna katastrofa. Matka ją prawie z mieszkania wyrzuca.
Uśmiech zsunął się z twarzy Dominika.
— Kurwa mać — zaklął. — Czekaj… ale to jeszcze trzeba udowodnić!
— Zgadzam się. Ale przekazuję, co usłyszałem. Ona pomocy chyba nie prosi. Tylko teraz ty musisz to jakoś rozgryźć.
— Co rozgryźć? Nic nie będę robił… Poradzi sobie. No, zrobi zabieg. Może kasą jakoś pomóc? — Dominik odwrócił się do kolegi.
— Nie wiem, stary. Sam w takie coś nigdy nie wpadłem. Ale myślę, iż pieniądze się przydadzą. Mieszka z matką, ojca nie ma. A matka jest na nią wściekła. Osiemnaście lat dopiero skończyła.
— No i co ja na to poradzę? Ona sama się puszcza, a ja…
— No a ty? Dorosły facet, nie wiedziałeś, iż trzeba się zabezpieczać?
— Kurde, Kacper! — Dominik przyłożył dłoń do czoła. — Wypiliśmy wtedy sporo, no naprawdę sporo!
— Pamiętam. Tylko ja na dziewczynę nie leciałem.
— Bo ona sama się na mnie rzuciła! Ja byłem w szoku, myślę, taka młoda, a tu… Co robić?
Kacper milczał, obracał w palcach kluczyki od samochodu.
— Nie wiem — powiedział w końcu. — Może w weekend tam pojedziemy? Cztery godziny drogi. Dasz jej trochę pieniędzy, jakoś to załatwimy. Dobra, nie stresuj się. Nic strasznego się nie stało, z kim to się nie zdarza. A ja może i bym chciał. Syna.
— No nie z byle jaką nieznajomą dziewczyną!
— Zgadzam się. No i później oczywiście, teraz nie czas na dzieci, interesy idą pełną parą! To co, jedziemy?
— Jasne, akurat w weekend nie mam żadnych pokazów w salonie. Do rodziców też wpadnę po drodze.
— A ja do Iwony.
— Boże, Kacper, ale wiadomości… jaki teraz klub?
— Właśnie dlatego trzeba się napić, żeby to jakoś przetrawić.
Renata z Iwoną wyszły ze szkoły.
— Gdzie idziemy? — spytała Iwona. — Może do lodziarni na Sobieskiego?
— Nie wiem…
— Renata, no co ty taka nieobecna, nie umierasz przecież.
— Ale perspektywy niesamowite. Podłogi myć w markecie. Nie, ja jednak zdecydowałam. Nie będę rodzić. Jutro zrobię badania i koniec. Piętnaście minut i jakby nic się nie stało.
— No nie wiem. Słuchaj, tylko się nie wściekaj, ja powiedziałam Kacprowi.
— Po co? Zwariowałaś?
— No niech on powie Dominikowi, może chociaż jakoś… no pieniędzy da.
— Nic nie trzeba. Ja go prawie nie znam. Sama jestem sobie winna.
Ze szkolnego podwórka zobaczyły, jak podjeżdża Marcin po Wiktorię.
— Przez niego to wszystko, przez tego skurwysyna — powiedziała Renata ze złością.
— Ty się z nią kontaktujesz?
— Czasem — odpowiedziała Iwona, patrząc gdzieś w bok, na boisko szkolne.
— No jesteśmy przecież przyjaciółkami, a ty mnie zdradzasz.
— To on ciebie zdradził, Renata. Wiktoria jest w porządku. Gdyby nie on, spotykałaby się dalej z Grześkiem. I nic by tego wszystkiego nie było, wszyscy dalej byśmy się przyjaźnili, jak kiedyś…
— No i co z nimi?
— Miłość. Chodź, idziemy do domu.
Zbliżał się weekend. W piątek wieczorem Kacper podjechał samochodem pod blok Dominika i ruszyli. Był koniec kwietnia, Wiktoria właśnie skończyła osiemnaście lat. Świętowali w domu — babcia, Marcin, Iwona, która nie powiedziała Renacie, iż Wiktoria ją zaprosiła. Skoro utrzymywały normalny kontakt, Iwona poszła złożyć życzenia. Marcin przyniósł róże i pluszowego misia, Iwona podarowała album ze zdjęciami, babcia upiekła sernik i nakryła stół. Zadzwonił choćby Grzesiek. Bez pretensji — krótko pogratulował, spytał, co słychać.
Wiktoria była szczęśliwa: prezenty, nowa sukienka, wszyscy bliscy razem. Rodzice dzwonili, mieli wrócić za dwa dni z urlopu. A jutro razem z Marcinem mieli złożyć wniosek w Urzędzie Stanu Cywilnego przy ulicy Chrobrego. I właśnie wtedy zamierzali wszystko opowiedzieć rodzicom.
Następnego dnia Marcin odebrał Wiktorię ze szkoły i pojechali do urzędu. Wypełniali formularze, śmiejąc się przy każdym pytaniu.
— Dzieci masz? — spytał surowo Marcin.
Wiktoria parsknęła śmiechem.
— A ty byłeś karany? — Tu Marcin przestał się uśmiechać. — Nie żartuj tak. Pisz dalej!
Ślub wyznaczyli na piąty lipca.
Weekend w Wodzisławiu okazał się inny, niż Dominik sobie wyobrażał. Kacper zaparkował przy bloku, gdzie mieszkała Renata z matką, i przez chwilę żaden z nich nie ruszył się z auta.
— No idź — powiedział w końcu Kacper. — Sam mówiłeś, iż chcesz to załatwić.
Dominik wysiadł, zapiął kurtkę, choć wcale nie było zimno. W klatce pachniało wilgocią i kapustą — ktoś na parterze gotował obiad. Zapukał. Otworzyła Grażyna, zmierzyła go od stóp do głów, jak kogoś, kogo od dawna oczekiwała i wcale nie z radością.
— To pan jest ten kierowca — powiedziała, nie wpuszczając go dalej niż na wycieraczkę.
— Dominik. Chciałem porozmawiać z Renatą.
— Renata! — zawołała w głąb mieszkania, nie spuszczając Dominika z oczu.
Renata wyszła z pokoju w dresie, z włosami spiętymi byle jak. Zobaczyła Dominika i zatrzymała się w progu kuchni, jedną ręką trzymając framugę.
— Po co przyjechałeś?
— Chciałem pomóc. Finansowo.
Cisza trwała chwilę za długo. Grażyna stała z boku, założywszy ręce, i przyglądała się temu spotkaniu jak sędzia.
— Nie potrzebuję twoich pieniędzy — powiedziała Renata w końcu. — Jutro idę na zabieg. Nie musiałeś przyjeżdżać.
— Renata, poczekaj — wtrąciła się Grażyna, zaskakując wszystkich, siebie samą chyba też. — Niech chłopak powie, co ma do powiedzenia.
Dominik wyjął z kieszeni kurtki kopertę, podał ją Renacie. Nie otworzyła jej, trzymała w dłoni jak coś obcego.
— To na… na cokolwiek. Na badania, na taksówkę, nie wiem. — Zawahał się. — Posłuchaj, ja nie mówię, iż będziemy razem. Ale jeżeli zdecydujesz się urodzić, nie zniknę. Będę płacił alimenty, będę przyjeżdżał. Nie jestem moim ojcem.
W twarzy Renaty coś drgnęło, jakby ktoś odblokował zaciśniętą od tygodni szczękę.
— A jeżeli nie urodzę?
— To twoja decyzja. Nie moja.
Grażyna patrzyła na to wszystko i przypomniała sobie kartkę na kuchennym stole sprzed osiemnastu lat, zostawioną przez człowieka, który obiecał inaczej ułożyć sobie życie. Ten chłopak przynajmniej przyjechał. Przynajmniej stał w progu i nie uciekał.
Renata odłożyła kopertę na kuchenny blat, nie otwierając.
— Muszę pomyśleć — powiedziała cicho. — Do jutra.
Wyjechała następnego dnia, ale nie do przychodni. Kacper zawiózł ją i Dominika do notariusza w Wodzisławiu — Dominik nalegał, żeby wszystko było na papierze, żeby Renata nie musiała mu wierzyć na słowo. Sporządzili oświadczenie o uznaniu ojcostwa i zobowiązanie alimentacyjne, jeszcze przed narodzinami dziecka, na kwotę osiemset złotych miesięcznie, do czasu ukończenia przez dziecko osiemnastego roku życia. Grażyna trzymała w rękach kopię dokumentu, czytała go trzy razy, jakby szukała w nim haczyka.
Nie znalazła.
Renata urodziła syna w styczniu następnego roku, w szpitalu przy ulicy Wodzisławskiej. Dominik przyjechał na drugi dzień, przywiózł kocyk i najmniejsze body, jakie znalazł w sklepie. Nie stali się parą — Renata na to nie pozwoliła, mówiła, iż miłość z tego się nie zrobi na siłę. Ale co miesiąc przelew przychodził punktualnie, a raz na dwa tygodnie Dominik przyjeżdżał tymi samymi czterema godzinami drogi, żeby zabrać syna na spacer nad Rudę.
Grażyna wzięła kopertę z pierwszej wpłaty, tę pierwszą, którą Dominik zostawił na blacie, i schowała ją do szuflady komody, razem ze świadectwem urodzenia wnuka. Nie na pamiątkę urazy. Na pamiątkę tego, iż tym razem ktoś nie zniknął.













