Pracuję w kancelarii notarialnej przy ulicy Gdańskiej w Bydgoszczy od jedenastu lat. Nazywam się Agata Wróbel i jestem asystentką notariusza. Widziałam już różne sprawy — działy spadku, które kończyły się krzykiem na korytarzu, darowizny podpisywane przez łzy, umowy, po których ludzie wychodzili i już nigdy się nie odzywali. Ale tę historię pamiętam, bo tamtego dnia miałam kończyć o piętnastej — syn miał mecz piłki nożnej — a zostałam do wpół do siódmej.
Danuta Kowalczyk przyszła bez umówienia, w środę, we wrześniu. Miała sześćdziesiąt trzy lata, workowaty płaszcz i teczkę z dokumentami przyciśniętą do piersi, jakby ktoś mógł jej ją wyrwać na ulicy. Usiadła w poczekalni pod plakatem reklamującym kredyt hipoteczny i czekała, aż notariusz skończy z poprzednim klientem. Zapytałam, czy podać jej wodę. Odmówiła. Potem zmieniła zdanie i powiedziała, iż jednak tak, bo w gardle jej zaschło.
Z tego, co usłyszałam przez uchylone drzwi gabinetu — a słyszałam, bo akustyka w naszej kancelarii jest fatalna, drzwi nie domykają się od remontu w zeszłym roku — wynikało, iż Danuta prowadziła od dwudziestu ośmiu lat warsztat lakierniczo-blacharski na obrzeżach miasta, przy trasie na Fordon. Warsztat po mężu, który zmarł jedenaście lat temu. Syn, Marek, miał trzydzieści siedem lat i od siedmiu pracował w warsztacie jako mechanik, formalnie na etacie, bez udziałów. Danuta płaciła mu pensję jak każdemu innemu pracownikowi — trzy tysiące osiemset złotych na rękę.
Problem zaczął się, kiedy synowa, Karolina, zaczęła prowadzić księgowość warsztatu. Miła z pozoru kobieta, pracowała wcześniej w banku, znała się na papierach lepiej niż ktokolwiek w tej rodzinie. I to ona, jak zrozumiałam z urywków rozmowy, namówiła Marka, żeby poprosił matkę o przepisanie warsztatu na jego nazwisko — "żeby było jasno, komu się to wszystko należy, zanim coś się stanie". Danuta się zgodziła. Nie od razu, ale się zgodziła. Podpisała u innego notariusza, nie u nas, przekazanie działalności synowi jeszcze w zeszłym roku, w listopadzie.
To, co przywiodło ją do naszej kancelarii teraz, we wrześniu, to była kolejna sprawa. Marek i Karolina zmienili zamki w warsztacie. Bez uprzedzenia. Danuta przyszła w poniedziałek rano jak zwykle, o siódmej, żeby otworzyć, i klucz nie pasował. Zadzwoniła do syna. Powiedział jej, iż skoro warsztat jest teraz jego, to on decyduje, kto ma klucze, a matka może "przychodzić na kawę, ale nie do pracy, bo tylko przeszkadza klientom". Miała tam swój gabinet, biurko po mężu, zdjęcia. Nie mogła wejść choćby po rzeczy osobiste.
Usłyszałam, jak notariusz, pan Zieliński, tłumaczy jej spokojnie, iż skoro darowizna została już dokonana i podpisana, to formalnie nie ma podstaw prawnych, żeby cofnąć własność warsztatu — chyba iż doszłoby do tak zwanej rażącej niewdzięczności obdarowanego, co trzeba by udowodnić w sądzie, i to długo. Danuta słuchała, kiwając głową, jakby to rozumiała, choć widziałam, iż każde słowo wbija się w nią osobno.
Wtedy zapytała o coś, czego nie spodziewałam się usłyszeć. Czy da się cofnąć drugą sprawę — pełnomocnictwo do jej prywatnego rachunku bankowego, które dała synowi trzy lata temu, kiedy leżała w szpitalu z zapaleniem płuc i ktoś musiał płacić rachunki. Nigdy tego pełnomocnictwa nie odwołała. Zapomniała, albo nie chciała pamiętać. A na tym koncie, jak powiedziała cicho, jest sto dwadzieścia tysięcy złotych — oszczędności całego życia, plus pieniądze ze sprzedaży mieszkania po matce w Inowrocławiu dwa lata temu.
Pan Zieliński powiedział, iż to akurat jest proste. Odwołanie pełnomocnictwa to jedna wizyta, jeden dokument, można to zrobić od ręki, tego samego dnia zawiadamiając bank. Danuta milczała chwilę. Potem powiedziała zdanie, które zapamiętałam dosłownie, bo je zapisałam w notatniku do zeszytu spraw, żeby nie zapomnieć czasu spotkania: "To znaczy, iż mogę mu zamknąć drzwi, których on mi nie zamknął jeszcze."
Podałam jej długopis do podpisania formularza odwołania pełnomocnictwa. Ręka jej nie drżała — akurat to zapamiętałam, bo spodziewałam się, iż będzie inaczej po tym, co przeszła. Podpisała równym, wyraźnym pismem, jakby robiła to setny raz. Potem poprosiła o kopię dokumentu, złożyła ją we dwoje i schowała do tej samej teczki, którą wcześniej przyciskała do piersi.
Zanim wyszła, zapytałam, czy da radę zawieźć zawiadomienie do banku sama, bo oddział przy Focha zamykają o osiemnastej, a była już siedemnasta trzydzieści. Powiedziała, iż pojedzie taksówką, bo autobus akurat nie jeździ tą trasą po remoncie ronda na Fordońskiej. Zapłaciła za usługę kartą, podziękowała, zapięła płaszcz po samą szyję, choć na dworze było ciepło jak na wrzesień, i wyszła.
Nie wiem, co było dalej z warsztatem. Nie wiem, czy syn zauważył od razu, iż pieniądze przestały być dla niego dostępne, czy dopiero przy najbliższym przelewie. Ale trzy tygodnie później Danuta wróciła do nas — tym razem po odpis aktu notarialnego darowizny warsztatu, bo, jak powiedziała recepcjonistce, "adwokat prosił o komplet dokumentów". Miała na sobie ten sam płaszcz. Wyglądała inaczej. Nie wesoło — nie sądzę, żeby to było wesołe uczucie. Ale prosto. Jakby przestała się garbić pod ciężarem czegoś, czego już nie musiała nosić.
Kiedy wychodziła, przytrzymałam jej drzwi. Powiedziała tylko: "Niech pani wie, iż syn zadzwonił do mnie wczoraj. Pierwszy raz od trzech tygodni." Nie zapytałam, o czym rozmawiali. To już nie była moja sprawa. Zamknęłam za nią drzwi kancelarii i wróciłam do papierów następnego klienta, który czekał od dwudziestu minut i wyraźnie tracił cierpliwość.











