Tomek zjawił się u mnie w gabinecie dopiero po pogrzebie, choć umówił się na tę rozmowę jeszcze trzy tygodnie wcześniej. Rozpiął kurtkę, usiadł, powiedział, iż musi mi coś oddać, coś, co obiecał zataić przed Martyną, dopóki jego brat nie odejdzie. Ja jestem tym bratem. Nazywam się Robert Kaczmarek i to ja mam teraz opowiedzieć, jak wyglądały ostatnie miesiące Piotra od mojej strony – bo to, co widziała Martyna, było tylko połową prawdy.
Piotr był starszy ode mnie o cztery lata. Prowadził warsztat lakierniczy przy Solidarności w Bydgoszczy, ja pracowałem w tej samej branży, tylko po drugiej stronie miasta, w serwisie przy Fordońskiej. Nigdy nie byliśmy sobie bliscy tak, jak bywają bracia w filmach – raczej dzwoniliśmy do siebie na imieniny i pomagaliśmy przy większych zleceniach, kiedy było ich za dużo na jedną halę. Ale kiedy zadzwonił do mnie w lutym i powiedział, iż lekarze dają mu góra pół roku, coś we mnie pękło inaczej, niż się spodziewałem.
Martyna nie wiedziała, iż w tym czasie ja też chodziłem do doktora Wieczorka – prowadzącego Piotra onkologa ze szpitala przy Ujejskiego. Piotr umówił mnie tam sam, bez tłumaczenia, powiedział tylko: „Przyjedź w czwartek, o piętnastej, i nie mów Martynie". Siedziałem wtedy w poczekalni obok kobiety, która karmiła niemowlaka butelką, i myślałem, iż za oknem akurat sypie pierwszy w tym roku mokry śnieg, a ja czuję zapach kawy z automatu, który stał tam chyba od lat dziewięćdziesiątych.
Doktor Wieczorek zamknął drzwi gabinetu i powiedział wprost: Piotr chce oddać wątrobę i rogówki, jeżeli stan pozwoli, ale pozostało coś. Chodzi o warsztat. Piotr od miesiąca spłaca po cichu kredyt, który wziął na rozbudowę hali, i nie chce, żeby Martyna dowiedziała się o długu, zanim urodzi. Boi się, iż w ósmym miesiącu ciąży wiadomość o długu i o transplantacji naraz ją złamie. Poprosił mnie, żebym po jego śmierci przejął sprawy warsztatu i dopiero wtedy, powoli, wszystko jej powiedział.
Zgodziłem się, bo tak się robi w rodzinie, kiedy brat umiera. Ale przez te tygodnie patrzyłem, jak Martyna nosi brzuch coraz wyżej, jak zapina Piotrowi guziki koszuli, bo sam już nie miał siły unieść ręki wyżej niż do piersi, i czułem się jak zdrajca. Ona myślała, iż rozmawiamy z lekarzem o transplantacji. To było tylko pół prawdy. Reszta leżała w teczce, którą trzymałem w bagażniku swojego passata, bo bałem się zostawić ją w domu, gdzie Martyna mogłaby na nią trafić.
Piotr zmarł w nocy z piątku na sobotę, dwudziestego czwartego kwietnia. Zdążył jeszcze poczuć, jak córka kopie pod jego dłonią – to akurat prawda, którą Martyna zna. Czego nie wiedziała, to iż tego samego wieczoru, kilka godzin przed śmiercią, podyktował mi ostatnie zdanie do zostawienia dla niej, bo już sam nie mógł pisać.
Pogrzeb odbył się na cmentarzu przy Wiślanej, w deszczu, który nie przestawał przez całą mszę. Martyna stała z córką na rękach – dziewczynka urodziła się trzy tygodnie wcześniej, dokładnie tak, jak się bał, iż może się nie zdążyć. Nazwali ją Zosia. Piotr zdążył ją zobaczyć, przytulić przez jeden dzień, zanim stan się gwałtownie pogorszył i trafił z powrotem na intensywną terapię.
Umówiłem się z Martyną na rozmowę dopiero po trzech tygodniach, bo tyle czasu potrzebowałem, żeby zebrać dokumenty od notariusza i od banku. Przyszedłem do jej mieszkania na Kapuściska z teczką, w której było wszystko: umowa kredytowa na sto dwadzieścia tysięcy złotych, zaciągnięta na rozbudowę lakierni, harmonogram spłat na jedenaście lat, i list, który podyktował mi tamtej nocy.
Usiedliśmy przy stole w kuchni. Zosia spała w wózku obok kaloryfera, telewizor w salonie mamrotał wieczorne wiadomości, których nikt nie oglądał. Martyna otworzyła teczkę i najpierw zobaczyła sumę kredytu. Zbladła, spytała, dlaczego nic jej nie powiedział. Powiedziałem jej prawdę – iż bał się, iż wiadomość o długu razem z diagnozą ją złamie, iż chciał, żeby ostatnie miesiące pamiętała jako czas, kiedy trzymał rękę na jej brzuchu, a nie jako czas liczenia rat.
Potem podałem jej list. Było w nim jedno zdanie, które Piotr powtórzył mi trzy razy, żebym zapamiątał dokładnie: „Warsztat zapisz na Zosię, nie sprzedawaj go bankowi ani obcym – niech to będzie jej, kiedy dorośnie, a do tego czasu niech Robert prowadzi go tak, żeby na nią czekał cały, spłacony".
Martyna nie płakała od razu. Wstała, podeszła do wózka, poprawiła kocyk, którego nikt nie ruszał. Dopiero potem usiadła z powrotem i zapytała mnie wprost, ile ja z tego mam. Powiedziałem: nic, poza tym, iż prowadzę warsztat na pensji kierownika, dopóki Zosia nie skończy osiemnastu lat, a potem cała firma i tak przechodzi na nią zgodnie z aktem notarialnym, który już podpisałem.
Minęło od tego dnia pięć miesięcy. Kredyt spłacamy zgodnie z harmonogramem, z dochodów warsztatu, bez pomocy Martyny, tak jak chciał Piotr. Ona wróciła do pracy w przedszkolu przy Nowodworskiej na pół etatu, Zosia chodzi już do żłobka trzy dni w tygodniu. W zeszły czwartek przyszła do warsztatu, stanęła w progu hali, popatrzyła na tablicę zleceń, na której wisi jeszcze odręczny grafik, który robił Piotr, i powiedziała tylko: „Zostaw tę tablicę, jak jest". Zostawiłem.











