Kiedy Mirek przychodził do Magdy, ona dosłownie tężała ze szczęścia. Plątała się po mieszkaniu, zaczynała poprawiać fryzurę, chować pod poduszki ciuchy, które wcześniej przymierzała, wyciągała z włosów wałki. Później biegła do łazienki: czesała się, malowała usta. I dopiero wtedy, cała w swojej nieodpartej odsłonie, wychodziła do niego.
Cóż, trudno się dziwić, iż była taka szczęśliwa.
Magda samotna matka, która adekwatnie nigdy nie była żonata. Trochę pochodziła z własnym Robertem, góra dwa miesiące, a potem on wyjechał z Krakowa na swoje rodzinne strony, których nazwy Magda do tej pory nie zna. Może pochodził z okolic Chełma, może z Podkarpacia. Tu chwytał się roboty na placu targowym. Kim był naprawdę Magda też się nie dowiedziała.
No i wyjechał, cały jej świat, zostawiając ją coraz bardziej w ciąży. Jeszcze nie wiedziała, ale minęły dwa tygodnie i Robert się nie zjawiał. W końcu Magda zrozumiała została sama.
O czasie urodziła, jakby swojego odbicie, synka. Jakże mógł być inny Magda piękna, aż nieziemska, a Robert to był przecież chłopak jak z okładki.
Trzeba przyznać z dzieckiem miała szczęście. Michaś był spokojny jak baranek; adekwatnie ciągle spał, a kiedy się przebudził, dokładnie i powoli ssał pierś. To dobrze, bo Magda miała mleka jak zdrowa wiejska krowa spokojnie mogłaby wykarmić drugie.
Michałek prawie nie chorował na te typowe dziecięce choróbska.
Nazwę Michał, bo kiedy jeszcze była w ciąży, trafiła na stary film Potop. Grał tam Andrzej Kmicic, aktor Michał Żebrowski, uderzająco podobny do jej Roberta. I nie było tu dla niej miejsca na alternatywę. Tak też wpisali w akt urodzenia: Michał Robert Nowicki. Magda powtarzała to nieraz, czuła, jakie to melodyjne, jak chorał.
Michałek był promienny i pogodny. Kiedy Magda musiała ugotować obiad czy posprzątać, rozkładała na dywanie koc, opasywała go na prędce krzesłami i sadzała w prowizorycznym kojcu Michałka. Dawała mu starą torebkę, wałki od włosów i jakieś szmatki. Dziecko się tym bawiło, cicho, bez ani jednego grymasu. choćby gdy pewnego razu Magda zajrzała z kuchni i zobaczyła, jak synek utknął głową między oparciami (pewnie próbował wyjść), nie płakał, tylko pomrukiwał i grubymi rączkami próbował rozsunąć krzesła.
Kiedy Michałek podrósł, nie przysparzał więcej kłopotów. Magda wypuszczała go spokojnie na podwórko. Prosiła tylko, żeby co 10 minut podbiegał pod okno (mieszkała na parterze) i krzyczał: Mamo, już jestem!
Oczywiście, zegarka nie miał, więc meldował się pod oknem co trzy minuty, aż Magda nie pokazała się i nie powiedziała: Dobrze, synku! I tak stał, nie odchodził. W końcu pytała: No co, dlaczego nie idziesz się bawić? Odpowiadał: Bo jeszcze się do mnie nie uśmiechnęłaś… Więc matka szczerze się uśmiechała i wtedy on zadowolony wracał do dzieci.
Raz nawet, wybiegł z dworu i zawołał swoje mamojużjestem. Kiedy Magda wychyliła się przez okno, zobaczyła, iż przytula kotka:
Mamo, dostałem go od pani z bloku. Powiedziała, iż nazywa się Kajtek. I iż ty będziesz zadowolona, i żebyśmy dbali o niego razem.
Michałek był wtedy tak szczery, iż Magda tylko się uśmiechnęła i dodała:
Kajtek pewnie głodny. Wchodźcie obaj, naleję mu mleka.
Synek z kotkiem pobiegli do klatki schodowej. Michałek był szczęśliwy, Kajtek nie do końca jeszcze wiedział, o co chodzi.
Tak żyli sobie we trójkę, dopóki Magda nie poznała Mirka.
Był w jej wieku, kawaler, poważny facet, taki stateczny, chociaż lat jeszcze nie miał dużo. Pracował na fabryce mebli w Krakowie, zarabiał przyzwoicie. Zaczął wpadać do Magdy w soboty na noc. Mało mówił, dużo jadł, pił raczej symbolicznie. Magda zawsze szykowała wcześniej schłodzoną półlitrową butelkę wódki i podawała Mirkiem w drobnej, karbowanej kieliszku na niskiej nóżce. To zwłaszcza lubił.
Tego wieczoru było jak zwykle. Przyszedł Mirek, w przedpokoju podał dłoń Michałkowi, potem usiadł w pokoju, a Magda kończyła swoje przygotowania. Później oglądali telewizję we troje, a choćby we czwórkę, bo Kajtek spoczywał na kolanach Michała. Potem obiad, a po obiedzie zgodnie z tradycją wszyscy kładli się odpocząć z zamiarem wieczornego spaceru w parku.
Kiedy Magda zamknęła drzwi do pokoju Michała i ułożyła się obok Mirka, głowę wsparła na jego ramieniu. I wtedy, po raz pierwszy, zaczęła się rozmowa o ślubie:
Myślę, iż na razie będziemy mieszkać u ciebie. Później coś znajdziemy większego, albo wynajmiemy moją kawalerkę, zawsze to parę dodatkowych złotych… Ale wiesz, Magda, jest jedna rzecz. Nie przepadam za kotami. Będziemy musieli oddać waszego Kajtka…
Kajtka poprawiła odruchowo i poczuła się spięta.
No, za Kajtka…
Zamilkł na chwilę, a potem dodał, poważnie, jakby już wszystko było postanowione:
A Michała wyślemy na wieś do mojej matki. Tam powietrze czystsze. Szkoła jest. A my przecież młodzi jesteśmy swoich dzieci to jeszcze będziemy mogli mieć cały tuzin.
Głowa Magdy na jego ramieniu jakby skamieniała. Leżeli tak przez kilka długich minut w ciszy. W końcu Magda wstała, trochę zawstydzona, jakby nigdy nie był przy niej rozebrany, narzuciła szlafrok, podeszła do jego rzeczy, podała mu spodnie i powiedziała:
O, swoje portki… Zakładaj je, i już cię tu nie ma…
Dokąd? zdziwił się Mirek.
Do swojej matki, na wieś. Tam świeżego powietrza ci nie zabraknie. Nam we trójkę wystarczy tego z parku…
Tego dnia nauczyłem się, iż szczęście to rodzina, którą się wybiera i której nie da się z niczego wygodnie wyjąć.












