Kiedy przeszedłem na emeryturę, mieszkałem sam w dużym, dwupokojowym mieszkaniu na jednym z osiedli w Warszawie. Cała nasza kamienica pełna była emerytów wszyscy zajmowali przestrzenie o wiele większe, niż potrzebowali. Gdy dzieci dorastają, a rodzina jest razem, taki metraż jest przydatny, ale kiedy wszyscy się rozchodzą, pustka powoli rozlewa się po pokojach. Sprzyja to myślom o samotności, rozłazi się po kątach jak chłód jesienią. To nie jest najrozsądniejsze rozwiązanie czas na remonty, ale ani sił, ani pieniędzy na odświeżenie wnętrza człowiek już nie ma.
Opłacenie rachunków pochłaniało połowę mojej emerytury, mimo iż nie korzystałem choćby z połowy metrów kwadratowych. Porządki też zaczynały mnie przerastać mycie tych wszystkich okien, podłóg oraz codziennie ścieranie pyłu z mebli męczyło mnie już na samą myśl.
Coraz wyraźniej przeczuwałem, iż muszę się przeprowadzić, choć długo zwlekałem z decyzją. Przyzwyczaiłem się do mieszkania i sąsiedztwa, więc nachodziły mnie różne rozterki. Przecież tu byli moi znajomi, całe życie, każdy kąt niósł wspomnienia, a teraz miałem wszystko zostawić. Ostatnią kroplą było uświadomienie sobie, iż nie dam rady ani utrzymać dużego mieszkania finansowo, ani fizycznie siły nie te i wiek już nie młody.
Na szczęście w organizacji przeprowadzki pomogły mi córka Małgorzata i zięć Marek. Oni też znaleźli mi nowe lokum i dopilnowali drobnych poprawek. Chociaż nowe mieszkanie było o wiele mniejsze, nie żałowałem decyzji ani przez moment.
Dla samotnego emeryta kawalerka jest w sam raz. Oszczędzam pieniądze na opłatach za prąd i wodę, a sprzątanie zajmuje mi godzinę potem wystarczy dziesięć minut dziennie, by utrzymać porządek.
Nie czuję się stłamszony tym metrażem wszystko, czego potrzebuję, mieści się bez trudu: meble, sprzęty, choćby znalazł się kącik na książki. Poprzedni właściciele zostawili duża narożną szafę służy mi za składzik. Część rzeczy wylądowała na balkonie, a w pokoju mam tylko niezbędne: wygodną sofę, regał, ławę.
Stare meble, porcelanę i inne drobiazgi, których nie używałem, a trzymałem przez lata oddałem albo wyrzuciłem. W nowym miejscu nie było na nie miejsca, a i tak tylko zalegały w kątach, zabierając powietrze.
Wielu ludzi uważa, iż kawalerka to za mało przestrzeni do wygodnego życia. Może i tak, jeżeli co noc ktoś zatrzymuje się na nocleg, ale do mnie nikt nie przychodzi na noc, a choćby gdyby ktoś chciał, nie mam ani miejsca, ani zamiaru urządzać dla gości kolejnego łóżka. Przez lata przyzwyczaiłem się do swoich rytuałów i ciszy nie wyobrażam sobie obcej osoby w moim mieszkaniu przez całą noc. Skoro nie mam gdzie przenocować gościa, nikt nie pyta o taką możliwość.
Córka mieszka blisko, więc kiedy wpada z rodziną w odwiedziny, wracają do siebie po kilku godzinach. Koleżanki odwiedzają mnie na kawę, ale na noc wracają do siebie. Pewnie chętnie by zostały na dłużej, ale ja nie lubię tłoku w jednym pokoju.
Każdy ma własny pomysł na to, gdzie chciałby spędzić starość jedni wolą trzymać się dużego, znajomego mieszkania, inni bez żalu zamieniają je na coś mniejszego. Dla mnie duże mieszkanie nie jest już potrzebne, a gdybym miał na tyle zdrowia i pieniędzy, to może dałbym radę mieszkać sam choćby w trzypokojowym mieszkaniu.
Myślę, iż decydując się na zostanie lub przeprowadzkę, warto rozważyć nie tylko powierzchnię mieszkania. Liczy się dobra lokalizacja apteka, sklep i przychodnia blisko, a dzieci nie za daleko, by można było ich odwiedzić bez problemu. Dobrze też mieć park lub bazarek na spacery.
Czuję się jakbym dryfował w ciszy nad Wisłą, płynąc przez labirynt znajomych ulic, gdzie wszystko jest podobne, a jednak to nie to samo mieszkanie. W tym nowym miejscu czas płynie inaczej, a rzeczy, które kiedyś wydawały się niezbędne, rozpływają się gdzieś w szarym śnie codzienności.








