Gdy na Polinę trafił twardy orzech – Opowieść o przymuszonym małżeństwie, odwiecznych radach rodziców, rodzinnych dramatach, niespełnionej miłości, polskiej codzienności kobiet i życiowych wyborach, które ranią choćby po latach

newsempire24.com 1 miesiąc temu

KOSA NA KAMIEŃ

Moja rodzona ciocia, Zdzisława, wyszła za mąż pod presją rodziny. Najpierw siostry ją poganiały, potem rodzice nie dawali jej spokoju.

Ich argumenty były nie do podważenia:
Ileż można młódką się wodzić, w końcu i tak wstąpisz w kierat Albo ty, Zdzisiu, chcesz doczekać siwych warkoczy jako stara panna? W naszym rodzie nie ma staropanieństwa! A kto ci poda szklankę wody, gdy będziesz słaba i samotna?
A Zdzisława, patrząc w dzieciństwie na swojego ojca zatwardziałego alkoholika, dawno już postanowiła, iż nigdy nie wyjdzie za mąż.

Chciała się poświęcić karierze. Jednak na swoje 28. urodziny usłyszała od rodziny takie morze życzeń i rad, iż w końcu uległa presji i powiedziała tak małżeństwu.

Narzeczony Adam znalazł się szybko. Najwyraźniej przez całe lata był już na oku rodziny. Dwa tygodnie po pierwszym spotkaniu poprosił Zdzisławę o rękę. Ona wzruszyła ramionami i zgodziła się, myśląc sobie: Może pokocham go z czasem.

Adam miał już ponad trzydzieści lat i wyrobiony charakter.

Zorganizowano szybki ślub na prędce. Najbardziej w pamięci utkwił Zdzisławie toast wodzireja: Jak kochasz to do ołtarza, nie kochasz to wracaj do taty!

Zdzisława po latach w pełni zrozumiała tę ludową mądrość.

Szybko przyszła proza życia. Po miesiącu Zdzisława chciała się rozwieść. Nic jej już nie cieszyło. Do serca wkradło się całkowite rozczarowanie. Mąż okazał się niesłychanie uparty, monotonny i niezwykle zasadniczy.

Adam stał przy swoich zasadach, nie zamierzał się naginać. Zdzisława była równie nieustępliwa. Ich małżeństwo już wtedy można by określić starym powiedzeniem: kosa trafiła na kamień.

Rok później rodzina się powiększyła. Bocian przyniósł syna, Bartłomieja. Zdzisława zatraciła się w macierzyństwie. Przestała zauważać męża, a na noc posyłała go spać na rozkładanym łóżku. Mówiła: Jestem zmęczona, nie śpię po nocach, a ty na nic się nie przydajesz…

Latem Zdzisława pojechała z Bartkiem do rodziców na wieś pod Suwałkami. Wygadała się mamie o swoim małżeństwie:

Mamo, chcę się rozwieść. Sama wychowam syna. Nie dla mnie ten związek! Najchętniej zamknęłabym oczy i położyła się w saniach na boso pod pierzyną… Nie potrafię się odnaleźć w tym życiu rodzinnym. Adama już nie znoszę. Po co to ciągnąć?

Mama na to:
Zamieszkaj u nas, z ojcem. Może zatęsknisz za mężem? Nie waż się rozwodzić! Trzeba wytrwać! Mąż z żoną jak mąka z wodą pomieszasz, ale już nie rozdzielisz.

Zdzisława spodziewała się takiej porady od mamy…

Ale nie rozumiała, po co to wszystko znosić? Bartek patrzył na relacje rodziców, podrośnie i dojdzie do wniosku, iż w tym domu miłości nie ma. Po co uczyć dziecko chłodu i smutku? Jaką naukę wyniesie syn z tej rodziny?

Matka Zdzisławy całe życie tylko znosiła. Ojciec pił, leżał na łóżku i tylko narzekał. A matka od świtu na nogach: dojenie krowy, karmienie świń, pielenie ziemniaków, potem praca w PGR-ze. Zimą, gdy już zwierzęta najedzone, piec rozpalony, obiad ugotowany, można było na chwilę siąść. Na wsi robota się nie kończy.

Wszystkie trzy córki uciekły do miasta z tej rajskiej wsi. Zostali tylko rodzice i brat Zdzisławy, Paweł. On był upośledzony umysłowo. Tu Zdzisława nie mogła pojąć jednego: matka, wiedząc jakim jest jej mąż, zdecydowała się na czwarte dziecko! Po co? Kiedy pytała, matka spokojnie odpowiadała: Tata chciał syna, dziewcząt i tak już miał dosyć…

Rodzice do końca życia opiekowali się Pawłem. Brat Zdzisławy, tuż po śmierci rodziców, także odszedł. Miał 60 lat. Nie potrafił sam o siebie zadbać.

Po przemyśleniu, Zdzisława postanowiła już nie martwić mamy i wrócić do męża.

Dwa lata później na świecie pojawił się drugi syn, Gustaw.

Szczerze mówiąc, Zdzisława miała nadzieję, iż pojawienie się kolejnego dziecka zmieni coś na lepsze w ich rodzinie. Niestety była w błędzie. Adam ignorował Gustawa uważał, iż syn jest kopią swojego dziadka pijaka.

Zdzisława łykała łzy rozżalenia. Nigdy jednak nie żałowała, iż ma dwóch synów. Postanowiła: Całą swoją miłość oddam dzieciom. Dla męża nic nie zostanie. I tak żyli…

Gdy Bartłomiej i Gustaw dorośli, zaczęły się problemy. Alkohol, papierosy, pyskówki. Co gorsza, synowie stanęli po stronie ojca przeciwko matce. Wyobrażała sobie, iż będą posłuszni i grzeczni, ale rzeczywistość okazała się inna.

Adam pił z synami. Rodzina sypała się na oczach. Był to straszny okres w życiu Zdzisławy. Nic nie mogła poradzić na zachowanie trzech mężczyzn w domu.

Jej cierpliwość pękła i Zdzisława wyjechała ponownie do rodziców na wieś.

Rodzice, bez wahania przyjęli córkę. Mama pocieszała:
Zdzisiu, wyglądasz starzej ode mnie. Los cię nie po głowie głaskał. Ach, ci faceci…

Zdzisława nie raz wyrzucała mamie nadopiekuńczość wobec brata:
Mamuś, co się z nim tak pieścisz, jak z niemowlakiem? Surowiej bądź, bo ci na kark wskoczy!

Mama broniła Pawła:
Co ty, Zdzisiu! Twój brat mógł mieć w głowie więcej, ale co z tego? To nasza rodzina! Z krwi się nie wyklucza. Będę z nim do samego końca!

Zdzisława nie czuła więzi z bratem, ale wiedziała, iż to nie jego wina, iż w głowie nie posiane. Kto mógł urodzić się zdrowy po ojcu-alkoholiku? Jej i siostrom się poszczęściło ojciec wtedy jeszcze nie pił aż tak.

Po roku na wieś przyjechał Gustaw. Poinformował, iż ich ojciec, Adam, zmarł. Zapił się na śmierć.

Zdzisława nie uroniła żadnej łzy. Odetchnęła głęboko:
Wszystko ku temu zmierzało. Planujemy wspólne życie na całe lata, a okazuje się, iż razem tylko przez chwilę. Niech Adam spoczywa w pokoju…

Po powrocie do miasta, po krótkim czasie, kupiła sobie mały domek na obrzeżach Lublina. Pragnęła w spokoju spędzić starość, bez kłótni i nerwów. Bartłomiej i Gustaw zostali w mieszkaniu po rodzicach.

W tym czasie starszy syn się ożenił i doczekał wnuka, ale po roku rozwiódł się. Gustaw niedługo przeprowadził się do Zdzisławy, po ostrej kłótni z Bartkiem. O co się posprzeczili?

Okazało się, iż Gustaw zaczął coraz częściej sięgać po kieliszek, a Bartkowi to się nie podobało. Nie wytrzymał, pobił brata i wyrzucił go z domu. Gustaw zamieszkał z matką.

Czas płynął…

Bartek ożenił się po raz drugi. I znowu po kilku latach został sam. Żona odeszła. Bartłomiej skwitował:
Żeniłem się jak na lodzie przewróciłem się z hukiem.

Trzecie małżeństwo także się nie udało. Choć była miłość i namiętność żona niespodziewanie zmarła w wieku 40 lat, nagle z powodu zatoru. Śmierć jest jak dym wciśnie się wszędzie. Bartek długo rozpaczał, a potem powiedział matce:
Dość tych ślubów i rozwodów. Mam dosyć burzliwych związków. Do końca będę sam.

Teraz Zdzisława jeździ do Bartka sprzątać i gotować dla niego obiad.

Gustaw został kawalerem. Pije wszystko, co się da. Czasem znika z domu na kilka dni bez słowa. Wtedy 75-letnia Zdzisława biega po okolicy z jego zdjęciem, pytając sąsiadów:
Nie widzieliście mojego syna?

Wszyscy już znają tę historię na pamięć. Po miesiącu czy dwóch Gustaw jakoś się odnajduje, cały i zdrowy. Zdzisława go myje, pierze znoszone buty, ubrania musi często wyrzucać. Na pytanie: Gdzie byłeś?, Gustaw coś mamrocze. Ale dla Zdzisławy najważniejsze, iż żyje.

Wszyscy poza Zdzisławą wiedzieli, iż Gustaw sypiał u pewnej kobiety. Ta dama piła białe wino, słodkie likiery, czasem mocniejsze rzeczy niż niejedna baba. Gustawa przyjmowała z otwartymi ramionami. Po jakimś czasie przychodził inny amant i Gustaw musiał odejść, czekać na lepsze czasy.

Zdzisława sama utrzymywała syna z niewielkiej emerytury. Próby zatrudnienia Gustawa kończyły się niepowodzeniem. Zaraz po otrzymaniu zaliczki, Gustaw znikał. Ani zaliczki, ani jego nie było przez kilka dni. Potem wracał: Nakarm mnie, matko!

Z bólem wspominała swoją matkę, która podobnie użerała się z synem. Dopiero teraz Zdzisława w pełni rozumiała, co znaczy matczyna troska. Historia zatoczyła koło. Rodzinna krew, z rodu nie wyrzucisz.

Nie na wszystkich wystarcza szczęścia… Przechodząc przez długą życiową drogę, Zdzisława zrozumiała, iż szybki ślub i rodzinne naciski nie przynoszą spełnienia własne wybory trzeba podejmować z sercem, a nie pod presją innych. jeżeli nie żyjesz w zgodzie z sobą, życie zawsze upomni się o swoje.

Idź do oryginalnego materiału