Przez ostatnie dwadzieścia lat mieszkałam z moją córką, Martą, i jej mężem, Piotrem. Ale naprawdę nie mam już siły tego dłużej znosić. Siedzę wieczorami przy oknie, patrzę na stare lipy przed domem i czuję w sobie mieszankę zmęczenia i żalu.
Mam sześćdziesiąt pięć lat i jestem babcią siedmiorga wnucząt. Wiele osób z mojej wsi mówi mi, iż to wielkie szczęście cała rodzina pod jednym dachem, dzieci, gwar, życie. Ale tylko ja wiem, jaką cenę płacę. W moim domu nigdy nie ma ciszy, a w kuchni od rana do wieczora słychać stukanie garnków i tupot małych stóp. Każde z dzieci chce coś innego Kanapka z serem! Barszczyk, babciu! a ja zamiast cieszyć się spokojną starością, jestem znów matką, opiekunką i kucharką dla całej gromady.
Gdy Marta zdecydowała się urodzić szóste dziecko, usiadłam z nią przy dębowym stole w kuchni. Ze łzami w oczach zapytałam: Córciu, czy naprawdę musisz mieć aż tyle dzieci? Nie pomyślałaś o odpoczynku, o sobie? Wydawało się, iż zrozumiała, ale jeszcze tego samego roku oznajmiła, iż jest w ciąży po raz siódmy. Poczułam się wtedy zupełnie bezsilna. Mamy tylko pięć pokoi, a mieszka nas już tu dziewięcioro.
Dzięki temu, iż ja i mój świętej pamięci mąż, Andrzej, całe życie pracowaliśmy, mamy duży dom i kawałek pola za stodołą. Piotr orze, sieje i kosi, nazywa siebie rolnikiem, z dumą pokazuje wszystkim swoje zbiory. Marta całe dnie na polu lub w oborze, a ja ja uwięziona w kuchni jak w złotej klatce. Dzieci rosną jak na drożdżach, mają coraz większe apetyty. Każdego dnia trzeba gotować na nowo, bo babciu, nie będziemy jeść wczorajszej zupy!.
Po narodzinach szóstej wnuczki miałam cichą nadzieję, iż wreszcie mnie zrozumieją. Choć trochę przestaną mnie obciążać, iż będę mogła spokojnie spędzać czas na szydełkowaniu, czytaniu czy w ogrodzie pod gruszą. Ale wszystko znów poszło swoją drogą, a ja coraz bardziej czułam się już nie matką czy babcią, ale sprzątaczką i kucharką do usług.
Swoje żale wylewałam na listy do brata, Jana, który mieszka sam pod Krakowem, odkąd jego córka wyjechała do Niemiec. Janku, czuję się jak cień samej siebie pisałam. Przysyłał pocztówki z sentencjami, próbował mnie pocieszać.
Kilka tygodni temu zadzwonił do mnie z wieczora: Marysiu, przyjedź do mnie, źle się czuję, a jestem tu sam jak palec. Bałam się o niego, więc pojechałam. Ale odkąd tu jestem poczułam, jak bardzo zapomniałam o sobie. Rano piję kawę, słucham radia, czasem czytam gazetę albo idę na spacer nad Wisłę. Wreszcie mam ciszę, święty spokój, powietrze bez krzyków i zamieszania.
Czuję się winna, ale boję się wracać do domu. Przypomniało mi się, iż lubię słuchać Chopina, oglądać stare polskie filmy, czytać powieści. Znowu mam oddech. Ale jak mam powiedzieć Marcie, iż nie chcę wracać do domu, gdzie czeka mnie tylko zmęczenie i obowiązek? Ona ostatnio dzwoni coraz częściej: Mamo, wracaj, nie daję rady. A ja jestem rozbita na pół. Co powinnam zrobić?















