Gdy moja córka powitała na świecie swoje siódme dziecko, zrozumiałam, iż moja cierpliwość właśnie dobiegła końca!

twojacena.pl 2 dni temu

Ostatnie dwadzieścia lat dryfowałam w dziwnym półśnie, dzieląc przestrzeń z córką Ireną i jej mężem, Januszem. Teraz płonę w środku niecierpliwością, bo już nie mam siły znosić tej codzienności, choć przecież to moje własne wnuki śmieją się i płaczą pod moim dachem.
Mam już 65 lat, a wokół mnie krąży siódemka wnuków, jakby były to ptaki znoszące jajka nieustannie w nasze gniazdo. W teorii szczęście, w praktyce kakofonia, wieczny rumor, a ja, babcia, jestem jak cień prześlizgujący się ze ścierką i garnkiem przez kuchnię. Irena zdaje się nie zauważać rozmiaru naszej rodziny, czasami myślę, iż sama nie widzi, ile nóg biega po podłodze.
Gdy szósta wnuczka, mała Alicja, zaczęła płakać po raz pierwszy w naszym domu, wieczorem usiadłam z Ireną przy kuchennym stole, tym samym, przy którym przed laty uczyła się pisać pierwsze litery. Rozmowa o sprawach dorosłych dźwięczała jak obcy język, a jednak byłam zmuszona mówić matczynym głosem o tym, by nie rozmnażać się bez końca. Ale rozmach ich marzeń nie znał granic niedługo potem zjawiło się jeszcze jedno dziecko, a ja wpadłam w wir, w którym liczby i ściany się pomniejszają: 5 pokoi, a 9 osób i ja pomiędzy tym wszystkim.
Nasza ziemia, która kiedyś była polem moich i męża marzeń, teraz jest polem, na którym Janusz plecie opowieści o urodzaju, a ja gotuję dla całej „klasy szkolnej”: codziennie muszą być świeże obiady, bo dzieci choćby nie spojrzą na wczorajszy rosół. Każdego dnia rosną jak na drożdżach, a ja znikam coraz bardziej we własnej kuchni, zaledwie tłem dla ich hałasu.
Po szóstej wnuczce miałam nadzieję, iż Irena zrozumie, i iż nadejdzie dla mnie spokój cisza na chwilę, choćby na czas przeczytania kilku stron książki. Ale ten spokój jak zawsze się rozmył, rzeczy działy się poza moją wolą: pieluchy rosły, a dzieci płakały.
Odkąd starszy brat, Edward, został sam, nasze rozmowy były moim jedynym wytchnieniem. Jego córka wyemigrowała do Irlandii, a on został jak samotne drzewo na łące za domem.
Pewnego popołudnia zadzwonił mówił o bólu w nogach i samotności. Serce ścisnęło mi się ze strachu, ale był w tym też ulotny promień ulgi: mogłam uciec poza znajome ściany. Spędziłam z nim kilka tygodni, obserwując przez okno, jak mlecze obracają się na wietrze, jakbym sama była znowu młoda. Przypomniałam sobie smak czytania, obrazy z filmów, brzmienie Chopina w uszach. Spokój był jak mgła o poranku nad Wisłą.
Edward wyzdrowiał, a ja zastanawiam się, czy wracać do świata, gdzie echo dziecięcych głosów wypełnia każdy kąt czy wystarczy mi sił, aby znów zamknąć się w tej codziennej karuzeli.
Teraz Irena dzwoni każdego dnia, jej głos jest jak przeciąg z dziecięcym płaczem w tle: Mamo, wróć, nie daję sobie rady! W moim śnie drzwi domu stoją otworem przede mną rozciąga się łąka spokoju, za mną plącze się krzykliwy labirynt codzienności. Stoję w progu, niepewna, czy kiedykolwiek uda mi się wybrać, czy na zawsze będę balansować na tej cienkiej granicy między obowiązkiem a pragnieniem wolności.

Idź do oryginalnego materiału