Ostatnio wpadłam do mieszkania mojej ciotki Haliny, żeby przekazać jej ważne papiery z urzędu. Normalnie widujemy się tylko na Wigilię i raz na Wielkanoc, ale tym razem sprawa była pilna. Halina niestety nie żyje według filozofii porządek przede wszystkim i to, iż portfel ma raczej cienki, wcale nie usprawiedliwia tej sytuacji. Ja nie jestem żadną przesadną pedantką ale czystość to dla mnie absolutny fundament funkcjonowania cywilizowanego człowieka. choćby jak się ma w portfelu tylko kilka złotych, można przecież nie trzymać bałaganu na ołtarzu domowym.
No więc: na każdej ścianie armia porcelanowych aniołków, świnek skarbonek i bibelotów z Jarmarku Dominikańskiego. Słoiki po majonezie stoją w wieżach choćby w przedpokoju, a zestawy filiżanek są wszędzie poza kuchenną szafką. W łazience kuweta jej kocicy Malwiny (myta chyba raz na każdą nową polską komedię romantyczną). Plastikowe torebki roją się pod nogami jak grzyby po deszczu, a powietrze ma aromat kanalizacyjno-kapuściany, czyli niezapomniany miks.
Ciotka, jak to ona, zaraz gościnna, pyta: Zosiu, może coś zjesz, ziemniaczki mam i knedle z zeszłego tygodnia! i zaczyna rozstawiać na stole talerze. Ja patrzę a tam na sztućcach lepiej byłoby szukać archeologicznych śladów po wczorajszym rosole. Kiedy podeszła do garnka, ja chyłkiem wyciągam z torebki nawilżane chusteczkiodpowiedniego rozmiaru do polskich misek, widelec przecieram, nóż też, a potem dla pewności jeszcze raz.
Oczywiście ciotka Halina miała oczy dookoła głowy. Zaczęłam delikatnie grzebać widelcem w kluskach, a ona nagle z poważną miną:
To co, Zosiu, nie głodna jesteś, czy może coś ci nie pasi?
No i co miałam odpowiedzieć? Szczerze czy ktoś z was nie był nigdy w podobnej polskiej sytuacji…?


.jpg)







