Gdy byłem dzieckiem, marzyłem, żeby dorosnąć i robić wszystko, na co mam ochotę: jeść to, co lubię, kłaść się spać, kiedy chcę, wychodzić z domu bez pytania nikogo o pozwolenie.

polregion.pl 2 tygodni temu

Gdy byłam dzieckiem, marzyłam o dorosłości. Wyobrażałam sobie, iż wtedy będę mogła robić wszystko, na co mam ochotę jeść to, co zechcę, kłaść się spać kiedy tylko zapragnę, wychodzić z domu bez proszenia kogokolwiek o pozwolenie. Teraz śmieję się z tej mojej naiwnej, małej Jaśminy. Rzeczywistość uderzyła mnie w momencie, gdy zamieszkałam sama w Warszawie: sprzątanie, gotowanie, opłacanie czynszu, rachunki, zakupy… wszystko na jednej wypłacie, która ledwo starczała. Myślałam, iż wolność to wybór kolacji. Nie sądziłam, iż oznacza liczenie, czy starczy mi złotych jednocześnie na ryż i mydło.

Pewnego dnia dotarło do mnie, iż od tygodni nie usiadłam spokojnie do śniadania. Wstawałam, brałam szybki prysznic, pospiesznie ścieliłam łóżko i pędziłam na autobus. Po drodze przypominałam sobie, iż nie odpisałam na służbowego maila, muszę zapłacić za internet przed piątkiem, a moja karta zbliża się już do limitu. „Wolność dorosłych” okazała się listą spraw do załatwienia, a nie spełnionym marzeniem.

Kiedy w końcu wracałam wieczorem do mieszkania, zmęczenie spadało na mnie jak cegła. Otwierałam lodówkę z nadzieją, iż znajdzie się tam coś, co samo się robi. Ale nie trzeba było myć, kroić, gotować, a potem znów myć. Czasem jadłam po prostu chleb z serem, byle tylko nie ruszać patelni. choćby wtedy nie odpoczywałam, bo w głowie szeptał mi głos: rachunek za wodę znowu jest wysoki, muszę sprawdzić przeciek w łazience, ubrania z rana już nieprzyjemnie pachną, bo zapomniałam je rozwiesić.

Przyjaciele powtarzali: „Spotkajmy się!” Ale za każdym razem, gdy próbowałyśmy ustalić termin, każda miała swój problem: jedna zostawała w pracy po godzinach, druga opiekowała się chorą mamą, trzecia była bez pieniędzy, czwarta była po prostu wyczerpana. Gdy byłyśmy nastolatkami, widywałyśmy się prawie codziennie. Teraz miesiąc mijał, zanim się spotkałyśmy. A kiedy już udało nam się zasiąść razem, rozmowy kręciły się wokół zmęczenia, rachunków, bólu kręgosłupa. Młode, a brzmiałyśmy jak osiemdziesięciolatki.

Najtrudniejsze było zrozumieć, iż prawdziwy odpoczynek nie istnieje. choćby weekendy zamieniały się w listę obowiązków: pranie, sprzątanie, planowanie tygodnia, zakupy, naprawianie czegoś zepsutego. Pewnej soboty złapałam się na tym, iż płakałam podczas mycia podłogi, bo myślałam: „Nawet kiedy mam wolne, nie mogę odpocząć.” Jako dziecko nazywałam to „wolnością”, a tak naprawdę zaczęłam robić wszystkie te rzeczy, które kiedyś rodzice robili za mnie tylko teraz nie było nikogo, kto by pomógł.

Praca nie była tym, czego się spodziewałam. Myślałam, iż przynosi satysfakcję i spełnienie. Nie wiedziałam, iż trzeba uśmiechać się, choćby gdy nie mam na to ochoty, tolerować głupie komentarze, gonić cele, które zmieniają się co tydzień, i patrzeć, jak większość mojej pensji znika na rzeczy, których choćby nie widzę. Pewnego dnia siedziałam i liczyłam, czy lepiej zjeść obiad, czy zostawić pieniądze na bilet miesięczny. Tego nikt nie mówi dziecku. Nikt nie tłumaczy, iż dorosłość to nieprzerwane rachunki w głowie.

Myślałam, iż dorosłość to wolność. W rzeczywistości to dziwna gra, gdzie balansuje się między zmęczeniem, obowiązkami i krótkimi chwilami spokoju.

Idź do oryginalnego materiału