Od jesieni do wiosny w każdą niedzielę przed 14.00 ulicami miasta jedzie na małym wózeczku-platformie wielki gar gulaszu warzywnego albo pożywnej zupy. Pod bielską „Albertówką” czeka już w kolejce kilkadziesiąt osób w potrzebie. – Ale nasze działanie to nie żadna akcja charytatywna. To manifest – przeciw wojnom, zbrojeniom, marnotrawstwu i konsumpcjonizmowi – mówią przedstawiciele Food Not Bombs Bielsko-Biała.
W niedzielne przedpołudnie w dużej kuchni bielskiej Przestrzeni Wolności zbiera się kilkanaście osób i zaczyna wspólnie gotować jedzenie dla osób w kryzysie. Są to potrawy wegańskie. – Najczęściej robimy gulasz albo zupę z warzyw z kostką sojową czy przecierem pomidorowym. Przygotowujemy także kanapki z różnymi pastami, na przykład bakłażanową, dyniową czy marchewkową. Oprócz tego są także dwa kartony owoców, słodkie bułeczki i gar herbaty – mówi Janek, związany z Food Not Bombs Bielsko-Biała od sześciu lat (wolontariusze tego kolektywu z założenia nie podają swoich nazwisk ani nie pokazują w mediach twarzy). – Staramy się, żeby te posiłki były gęste i treściwe, aby można się było nimi nasycić. Czasami gotujemy też inne potrawy, na przykład żurek wegański czy makaron z sosem – dodaje Ula, związana z bielskimi „foodami” od kilku sezonów, a wcześniej działająca w ramach tej inicjatywy w innym mieście.
Ratowanie żywności
Food Not Bombs (Jedzenie Zamiast Bomb) jest ruchem ogólnoświatowym, który powstał w 1980 roku w Stanach Zjednoczonych. W Polsce, w różnych miastach – zarówno dużych, jak i mniejszych – działa w tej chwili około 30 sekcji. Jest to oddolna, społeczna inicjatywa polegająca na rozdawaniu za darmo ciepłych, roślinnych posiłków osobom w kryzysie. Akcji towarzyszy przekaz antywojenny. – Chcemy uzmysławiać społeczeństwu oraz rządzącym, iż gdyby państwa przeznaczały pieniądze na jedzenie zamiast na zbrojenia, problem głodu na świecie mógłby zostać rozwiązany – mówi Ula.
Ważną kwestią jest też sposób pozyskiwania produktów na potrzeby akcji. Działacze nie kupują ich, ale wykorzystują warzywa czy owoce, które trafiłyby na śmietnik. – W sklepach wiele żywności się marnuje. Ze sprzedaży wycofywane są jabłka czy pomidory, które nie wyglądają już idealnie, na przykład są pomarszczone czy ubite, ale wciąż nadają się do jedzenia. A bywa i tak, iż są całkiem dobre, ale spisywane są na straty tylko dlatego, iż przychodzi nowa dostawa. Fundacja Teraz Ulica współpracuje z Bankiem Żywności i odbiera ze sklepów te produkty. My otrzymujemy część tych odbiorów i przyrządzamy z nich pełnowartościowe posiłki – wyjaśnia Janek. – Chcemy pokazywać, iż choćby nie mając pieniędzy i pozyskując żywność z darmowych źródeł, jesteśmy w stanie nakarmić wielu ludzi. W ten sposób udowadniamy, iż jeżeli ktoś głoduje, to nie z braku pokarmu, ale z braku sprawiedliwości – dodaje Ula.
Bez prezesów
Food Not Bombs działa w Bielsku-Białej już od piętnastu lat. Wszystko zaczęło się od gotowania dla osób w potrzebie przez grono kilku znajomych, w domu jednego z nich. Z czasem, gdy inicjatywa się rozwijała, grupa działała w różnych miejscach w Bielsku-Białej. Obecnie, od czerwca 2022 roku, wolontariusze gotują w Przestrzeni Wolności, która jest siedzibą bielskiej Fundacji Teraz Ulica. Przy placu Wolności znalazło zresztą miejsce na swoje działania wiele innych kolektywów, a Food Not Bombs jest jednym z nich. – W poprzednich lokalizacjach mieliśmy przeważnie skromniejsze warunki, czasem gotowało się tylko na dwóch palnikach. Teraz mamy profesjonalną, dużą kuchnię z dwoma piekarnikami – cieszy się Janek.
W bielskiej inicjatywie skupionych jest około trzydziestu wolontariuszy. – Natomiast do gotowania wystarczy dziesięć, piętnaście osób. Co tydzień umawiamy się zatem, kto tym razem przychodzi. Mamy ten komfort, iż jest nas dużo, więc możemy się wymieniać. I zawsze co niedzielę zbiera się odpowiednia liczba chętnych – opowiada Ula. – Dzielimy się też obowiązkami. Po ugotowaniu posiłków część osób idzie wydawać jedzenie, a reszta zostaje, by posprzątać w kuchni – dodaje Janek.

Do grupy może dołączyć każdy. – Nie trzeba choćby umieć gotować. Wystarczy, iż ktoś potrafi posługiwać się nożem, by mógł obierać i kroić warzywa – śmieje się Janek. – Jest wśród nas kilka osób, które potrafią dobrze gotować i wiedzą, jak przyprawić daną potrawę. I to adekwatnie wystarcza. Reszta wolontariuszy skupia się na przygotowywaniu składników. Ale oczywiście cieszymy się, jeżeli ktoś chce się tego gotowania od innych uczyć – dodaje Ula.
Każdy oddział Food Not Bombs jest zespołem osób, w którym nie ma liderów, prezesa czy dyrektora. – Jesteśmy kolektywem anarchistycznym, w którym nikt nie rządzi, wszyscy są równi i każdy może uczestniczyć w podejmowaniu decyzji – przybliża Ula.
Ciekawostką jest, iż w grupie przeważają ludzie młodzi – głównie licealiści i osoby po studiach.
Dla każdego chętnego
Przez lata działacze Food Not Bombs Bielsko-Biała wydawali posiłki pod kładką przy dworcu PKP. Od tego roku przenieśli się na parking przy łaźni publicznej św. Alberta. – Przede wszystkim mamy tu bliżej. Pod kładkę musieliśmy transportować jedzenie samochodem, co wymagało większej logistyki. Teraz idziemy pod Albertówkę piechotą. 80-litrowy garnek z potrawą wieziemy na platformie na kółeczkach, a owoce czy drożdżówki niesiemy w kartonach albo workach – wyjaśnia Ula.

Na darmowy posiłek czeka już na parkingu około trzydziestu, czterdziestu osób. Czasami bywa choćby siedemdziesiąt, osiemdziesiąt. – Często są to te same osoby, czasami przychodzą nowe. Są to bardzo różni ludzie – kobiety i mężczyźni, ludzie starsi i młodsi, ubrani lepiej lub gorzej – opowiada bielska działaczka.
Wolontariusze Food Not Bombs wydają jedzenie każdemu chętnemu – bez względu na wiek, płeć, narodowość, wyznanie czy orientację seksualną. – Każdy, kto ma na to ochotę, może u nas zjeść. Nie trzeba spełniać żadnych warunków. Mogą do nas przyjść również osoby, które stać na jedzenie. Niczego nie sprawdzamy, nikomu nie odmawiamy, bo głównym założeniem naszej inicjatywy jest manifest społeczny i antyzbrojeniowy. Sami zresztą również tam jemy. Uważamy, iż każdy człowiek ma prawo do jedzenia, więc dostanie je u nas każdy – dodaje Ula.
Zero marnotrawstwa
Tak zwana „wydawka” zaczyna się o 14.00 i trwa od pół godziny do godziny. Każda osoba dostaje jedną porcję. Kiedy już każdy z chętnych dostał swój przydział, a jedzenie jeszcze zostaje, na pewno się nie zmarnuje. – Wtedy osoby przychodzące mogą wziąć dokładkę albo porcję „na wynos” do słoika – dla siebie lub kogoś innego – opowiada Janek. – Nadwyżkę zanosimy też do tak zwanych jadłodzielni, które znajdują się w różnych punktach miasta. Do lodówek tych wkładamy słoiki z porcjami posiłku, z umieszczoną informacją o składzie, dacie przyrządzenia i alergenach. To, co nam zostaje, nieraz także zamrażamy albo robimy z tego przetwory.

Atmosfera podczas „wydawki” jest bardzo pozytywna. – Wśród przychodzących jest dużo miłych ludzi – opowiada Ula. – Są nam zawsze bardzo wdzięczni, często z nami rozmawiają, pytają, jak nam mija dzień czy jak się gotowało. Zdarza się, iż opowiadają nam też o swojej sytuacji życiowej. Część z nas pomaga niektórym z nich na co dzień, więc te osoby znają się już bliżej. Przypadki agresji wobec nas zdarzają się niezwykle rzadko. Ostatnio przyszedł mężczyzna, który najprawdopodobniej był pod wpływem narkotyków. Dałam mu oczywiście porcję jedzenia, ale on po chwili wyrzucił je na ulicy. Do takich sytuacji dochodzi jednak naprawdę incydentalnie.
Ciepłe ubrania
Działacze Food Not Bombs rozdają też potrzebującym środki higieniczne i ubrania. – Najczęściej otrzymujemy je od darczyńców. Czasami ludzie pytają nas na Facebooku, czy mogą nam takie rzeczy przynieść. Zawsze chętnie je przyjmujemy, ale jeżeli chodzi o odzież, to najlepiej gdy są to ciepłe ubrania, na przykład swetry, kurtki czy buty zimowe.
Na niektóre produkty, takie jak przyprawy czy olej, wolontariusze Food Not Bombs pozyskują środki latem, podczas festiwali muzycznych. – W wakacje jeździmy po różnych imprezach jako catering – opowiada Ula. – Sprzedajemy jedzenie dla muzyków i uczestników tych wydarzeń, zarabiając w ten sposób pieniądze na nasze zimowe działania. Nie porzucamy przy tym hasła, iż jedzenie jest prawem dla wszystkich. Przygotowujemy zawsze jedno danie, które jest dostępne za dobrowolne datki albo za darmo. Podczas festiwali często podchodzą do nas ludzie, którzy nie tylko chcą zjeść, ale także wesprzeć naszą inicjatywę, bo już ją znają.
W każdą niedzielę
Od października do końca kwietnia „foody” są w każdą niedzielę bez wyjątku – bez względu na pogodę czy przypadające akurat święta. – Przez lata pod kładką przy dworcu deszcz ani śnieg nam nie przeszkadzał, bo mieliśmy zadaszenie. Natomiast teraz przy Albertówce w razie opadów możemy rozstawić duże namioty, którymi dysponujemy, a które wykorzystujemy na przykład podczas festiwali – mówi Janek.
– Gotujemy zawsze – choćby gdy w niedzielę przypada Nowy Rok czy 11 listopada. Raz niedziela przypadała w Wigilię. Bardzo się wówczas postaraliśmy i przygotowaliśmy potrawy wigilijne, takie jak pierogi czy barszczyk. Tymczasem przyszły tylko trzy osoby. Najprawdopodobniej ludzie w kryzysie mieli wówczas możliwość zjedzenia w innych miejscach. Albo założyli, iż w Wigilię nas nie będzie. Tymczasem my jesteśmy co niedzielę, bez względu na wszystko – puentuje Ula.









