FIFA: Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej – Pasja, Emocje i Polska Droga do Sukcesu

newsempire24.com 1 tydzień temu

Błyskotka

Popatrz no! Wystroiła się jak na pokaz! Porządni ludzie rano idą do pracy, jak Pan Bóg przykazał, a ta?! Po naszym błocie w białych spodniach?!

Bo ona przecież piechotą nie chodzi! Zawsze tym swoim samochodem! Autobus własny!

Dziękuj Bogu, iż w ogóle ubrana. Widziałeś, co ona ma na szyi?

Nie. Co takiego?

Tatuaż! I to jaki! Kto tak robi?! No jak po odsiadce! Młoda jeszcze, a już tak pokiereszowana! Co by jej matka powiedziała, gdyby zobaczyła? Ech, nie ma nad nią kontroli dusza zgubiona…

Ławka pod blokiem aż zaszumiała, patrząc za idącą Marceliną.

A czemu by nie pogadać, skoro torby z zakupami już przy nogach, a do mieszkania wejść nie chce się, bo tam tylko codzienność i rutyna? Przynajmniej można odetchnąć… Bo zawsze to samo dzieci większe lub mniejsze, gotowanie, sprzątanie… I euforii żadnej, chyba iż święto trafi się raz na ruski rok. A skąd ją wziąć, tę całą radość? Prosta kobieta to nie ma jej za często. Tyle zmartwień i myślenia, jak dzieci nakarmić, wspomóc, gdy potrzeba. Jak wnukom przynieść coś w gości i serce radować, całując ich ciepłe czupryny. Tylko w nich szczęście… Małe… Ale i to nie wszyscy mają. Ot, pani Brzózka już wie, iż wnuków nie będzie dzieci jej oznajmiły, iż dziś niemodne rodzić, modne za to po świecie latać i o nic się nie martwić. Jak im się to udaje? Pewnie jak tej Marcelinie, córce Natalii…

A przecież była kiedyś normalną dziewczyną! Do szkoły chodziła, dobrze się uczyła, grzecznie dzień dobry mówiła. A teraz? Odkąd matki zabrakło, przestała się pilnować. Całymi dniami gdzieś się włóczy. Nie pracuje. Chociażby się uczyła ale gdzie tam! Córka pani Iwony mówiła, iż to już całkiem nieprzyzwoicie tatuaże robi ludziom! Podobno własny salon otworzyła. To już jakieś szaleństwo!

Gdy kilka lat temu jej ojciec się pojawił, wszyscy myśleli, iż sprowadzi dziewczynę na dobrą drogę. Nauczy, jak żyć. I co z tego? Kupił jej ten straszny samochód pół parkingu zajmuje i wyjechał znowu, zostawiając ją samą. A młodziutka jeszcze! Ledwie dwadzieścia lat. Jak można tak zostawić własne dziecko? A co jak do domu kogoś ściągnie nieodpowiedniego? Straci i mieszkanie po matce, i ten samochód przeklęty, który wszystkim spać nie daje.

O! Pojechała! Dokąd? Po co?! Kto ją tam wie! choćby się nie obejrzała! Błyskotka! Jak nic błyskotka! W białych spodniach

Marcelina nie miała czasu ani ochoty zastanawiać się nad złośliwymi opiniami sąsiadek. Swoich spraw miała aż nadto. Cały jej dzień był zapełniony zadaniami i czasem sama marzyła, by doba miała choć dwie godziny więcej! Mama zawsze powtarzała jej, iż musi nauczyć się dobrze rozplanowywać czas.

Marcelina, to bardzo ważne! Jedni biegają jak z głową w chmurach i nic nie robią, tylko narzekają, iż nie mają czasu. Zazdroszczą tym, którzy zdążają wszystko. A przecież recepta jest prosta kto szanuje czas, temu się udaje.

A jak go szanować, mamo?

Nie marnuj go! Zdecyduj, co dla ciebie najważniejsze, i na to poświęć tyle czasu, ile trzeba. Zostaw coś na odpoczynek i przyjemności, bo przecież człowiek tylko obowiązkami żyć nie może. Zmęczysz się i co wtedy? Komu to potrzebne? Tobie? Nikomu! Więc ustal dla siebie limit na relaks i nie przekraczaj go. Zobaczysz, dobrze ci to zrobi, jak wszystko będzie poukładane.

Marcelina starała się pamiętać o radach mamy, ale z realizacją szło gorzej. choćby kalendarz sobie kupiła, ale i to nie zawsze pomagało. Wszystkie sprawy ważne i każda pilna. Dziś na przykład miała trzy wykłady, a zdążała tylko na jeden bo dwie klientki zapisały się akurat na ten dzień, a jeszcze do Kingi musiała wpaść. A gdzie Kinga, tam i Paulina to na pewno nie na chwilę. Potem do Bartka podskoczyć i pomóc spakować rzeczy… A z nowymi pracownikami pogadać trzeba bo już za tydzień mają wspólny wyjazd, a imion ich jeszcze nie zna… Chociaż wszystko by zrobić…

Korek, w którym Marcelina utknęła, ruszył się powoli. Dziewczyna lekko nacisnęła gaz. Samochód zareagował miękko i pewnie, jakby chciał ją uspokoić zdążymy! Po to właśnie ojciec go ci kupił żeby oszczędzić twój czas.

Marcelina pogładziła delikatnie kierownicę.

Dziękuję ci, tato!

Jeszcze parę lat temu śmiałaby się z każdego, kto by przewidział, iż podziękuje kiedyś ojcu. Bo długo żywiła do niego urazę.

Mama nigdy nie powiedziała o ojcu złego słowa. Przeciwnie powtarzała, iż był mądry, a Marcelina bardzo do niego podobna.

Ale Marcelina nie pojmowała, jak można zostawić dziecko w pieluchach i na lata zapomnieć. Mówiła sobie: jak można być takim tchórzem?

Gorycz chowała w sobie, odgryzała się na świat. W przedszkolu siedziała sama w kącie podczas balu, gdy inne dziewczynki tańczyły z ojcami. W szkole, gdy ktoś jej dokuczył, zaciskała zęby, marząc, by móc zawołać: “Ja powiem to tacie!” – jak inne.

Przed maturą popsuła się przyjaźń z Olgą, gdy podczas rozmowy o studiach ta rzuciła od niechcenia:

Tata mówi, iż mogę sobie wybrać dowolną uczelnię, sfinansuje wszystko, a jak się dostanę, to kupi mi samochód.

To nie była zazdrość tylko ból. Olga dobrze wiedziała, jak bardzo Marcelinie brakowało ojca. I zawsze lubiła jej o tym przypominać…

Ale tak ogólnie Marcelina nikomu nie zazdrościła. Po co? Z mamą żyło im się nie gorzej niż innym. Były i zagraniczne wakacje, modne ubrania, nowoczesny telefon na szesnaste urodziny.

Ten telefon nie był wtedy najważniejszym prezentem. Marcelina obracała w dłoniach eleganckie pudełko, gdy w drzwiach stanął ktoś, o kim marzyła od dziecka.

Awantura była straszna Płacz, krzyk, pretensje… Matka próbowała uspokoić, ale Marcelina nie dała się objąć:

Jesteś zdrajczynią! Czemu go tu sprowadziłaś?! Nie chcę go widzieć!

Nie wiedziała jeszcze, iż mama ma już w ręku fatalne wyniki badań i iż ich życie zaraz się zawiesi w przepaści zatrzyma na sekundę wysoko, po czym runie, zabierając wszystko to, co wydawało się jeszcze stabilne

Wtedy usłyszała całą prawdę.

O rodzicach, którzy pobrali się za młodu i nieszczególnie rozsądnie. O tym, iż ciąża była problemem dla jej i jego rodziny. Marcelina była niechciana, psuła plany obu stronom, a rodzice musieli się przeformować tata rzucił studia, by zarabiać, mama swych nie skończyła. Rodziły się pretensje, narastała gorycz, a katalizatorem była płeć dziecka. W końcu mama Marceliny wyjeżdża z nią do ciotki ojciec nie dowiaduje się, iż widzi córkę ostatni raz.

Szukał cię. Pisał, dzwonił Ale powiedziałam mu, iż nie jesteś jego córką…

Mamo, dlaczego?!

Ciągle mnie wmawiali, iż on nie jest dla ciebie rodziną… To postanowiłam: dobrze, niech będzie…

Kto ci to wmawiał?

Wszyscy Marcelinko, przepraszam…

Wyrwała rękę i uderzyła w parapet. Doniczka z kaktusem, który dostała od Olgi, podskoczyła, a Marcelina patrzyła na rozsypaną ziemię. Każda grudka to jak słowa mamy: i bałagan, i dużo sprzątania… I tak łatwo tego błota nie zmyć rozmaka wraz ze szmatką i trzeba się napracować

Przyniosła szmatkę.

Sprzątnęła parapet, a potem usiadła przy łóżku mamy, jak jeszcze była dzieckiem, z suchymi oczami. Zdecydowała:

Opowiedz wszystko. Ale tym razem szczerze.

Tak poznała prawdę. I choć więcej pozostało pytań niż odpowiedzi, coś się w niej przełamało. Dotknęło do żywego, jak łatwo nasze pojęcie o świecie może rozsypać się jak szkło w chwili, gdy dowiadujemy się czegoś nowego. I nikt nam nie powie, co dalej decyzje trzeba podjąć samemu.

Czy wybaczyła matce? Chyba tak… choć pewności mieć nie mogła.

Jedno Marcelina wiedziała: była wdzięczna mamie, iż powiedziała wreszcie wszystko. A może nie wszystko Najważniejsze zostało za drzwiami sypialni mamy, między spojrzeniami ojca i matki, przy cichych nocnych rozmowach.

Nie pytała ojca o to, co wtedy padło. Nie chciała rozdrapywać starych ran.

Musieli nauczyć się żyć razem ojciec nie pozwolił zostawić jej ciotce.

Wyjadę, gdy skończysz przynajmniej osiemnaście lat. A na razie tu będę.

Nie! Tyle lat cię nie było, bądź widoczny! Proszę, tato

Mama była z nimi o wiele dłużej, niż przewidzieli lekarze. Mimo iż czas ten był bardzo ciężki, Marcelina uważała go za najważniejszy najlepszy i najbardziej gorzki. Bolało ją, ile okrutny czas im razem dał…

To wtedy zaczęła rysować. Wcześniej tylko czasem coś bazgrała, ale nie myślała, by zająć się tym poważnie.

No patrz, niezłe!

Ojciec, widząc jej rysunki, zagwizdał z podziwem.

Zobacz!

Zdjął koszulkę, i Marcelina aż zaniemówiła. Na jego plecach była kolorowa, piękna tatuaż, przy której mazaje córki wyglądały blado.

Kolega mi to robił. Chcesz, zapytam, może cię przyuczy?

Chcę!

Prawie nikt z sąsiadów nie zauważył, gdy Marcelina wyjechała. Rok mieszkała z ojcem w Warszawie, ucząc się fachu, aż postanowiła wrócić do rodzinnego miasta.

Domu mi brak, tato

Ojciec nie przekonywał, zgodził się, tylko poprosił, by poczekała jeszcze dwa tygodnie. Kiedy wrócił, pomógł się spakować, i w nowym mieszkaniu wyłożył klucze od swojej toyoty na stole kuchennym.

Teraz jest twoja. I jeszcze to…

Teczka z dokumentami.

Co to?

Twój salon. Sprzedałem mieszkanie w Warszawie i kupiłem ci lokal. Mały, ale po co ci większy? Twój nauczyciel pomógł z zamówieniem sprzętu. Pracuj, ucz się dalej. Fach już masz, ale wykształcenie się przyda. Sama szkoła to mało.

Marcelina słuchała i nie wierzyła własnym uszom. A kiedy sąsiad Grzegorz, dumny motocyklista, wylał morze zachwytu nad jej pierwszymi tatuażami, przez cały czas nie wierzyła, iż życie może się układać.

Ojciec już tylko pomagał ogarniać remont i reklamę, a potem się spakował.

Dokąd ty?

Do rodziców. Potrzebują mnie.

Ale ja chcę, byś został…

Wiem, Marceś, ale muszę…

Ojca żegnała w końcu jak dorosła. Zajęła się pracą i studiami. Klientek przybywało i zaraz musiała zatrudnić dwie osoby do pomocy.

W tym szalonym tempie poznała Kingę.

Weszła do salonu wieczorem, Marcelina zerkała na zegarek, czekając na spóźnioną klientkę.

Przepraszam… Mogę porozmawiać z mistrzem?

Można, to ja.

Dziecko, nie żartuj. Zawołaj kogoś dorosłego.

Marcelina przyjrzała się kobiecie. Elegancko ubrana, dobrze obcięta, ale w oczach smutek, z którym Marcelina była już obeznana. Bez słowa podała jej swój katalog rysunków.

To moje prace. Jak się pani podoba, proszę mówić, co zrobić.

Imię… tutaj…

Kobieta podwinęła rękaw.

Na nadgarstku. Żeby zawsze widzieć…

Dalej już nie wytrzymała. Marcelina widząc jej walkę z łzami, przeszła do drzwi, zamknęła zamek akurat, gdy podjechała spóźniona klientka.

Proszę siadać zasłaniając rolety, rozkazała Marcelina. Zrobimy.

Będzie boleć? Wiem…

Kobieta usiadła.

Sławek…

O szczegóły Marcelina nie pytała. Poznała je dwa dni później, spotkawszy Kingę w szpitalu, gdy odwiedzała ciocię.

Pani?

Tak. Dziękuję…

Nie ma za co.

Ładnie wyszło.

Sławkowi się spodobało…

On…

Ona. Moja córka.

Kinga podała Marcelinie dłoń:

Kinga.

Marcelina.

Poznać cię z Sławcią?

Chętnie!

Mała dziewczynka w dziwnych okularach z plastrem na szkle zdobyła serce Marceliny od razu.

Masz orzechy? A pestki? Jak dokarmiasz wiewiórki?

Jakie wiewiórki?

Takie z ogonami! Tu w parku jest ich mnóstwo! Mama mówi, iż tyle im orzechów dałam, iż zaraz spadać zaczną z drzewa.

Nie spadną. Skaczą cały czas, nie przytyją.

Ty to jednak mądra jesteś!

E tam… Uczę się jeszcze.

Dziewczynka nadstawia dłoń:

Sławomira Kingowa Nowak.

Ładnie… Marcelina delikatnie uścisnęła rączkę. Marcelina Arturowna Majewska.

No! Teraz się znamy!

Po parku rozległ się dziecięcy śmiech, a na twarzy Kingi pojawił się cień uśmiechu.

Kolejne spotkanie Marcelina odbyła już z kieszeniami pełnymi orzechów.

O chorobie Sławki Kinga powiedziała później. Po zwycięskiej operacji, którą przeprowadził doktor Bartek, Kinga dzieliła się swoim strachem i euforią jak z siostrą.

Bałam się, Marcelina… Tak bardzo! Nie mam się z kim podzielić…

Jesteś sama? A ojciec Sławki?

Zniknął, gdy jeszcze byłam w ciąży. Córkę urodziłam sama. Potrzebowałam kogoś odpowiedniego na ojca, więc skorzystałam, nikt nie wiedział… Nie kochałam go.

Nie ważne, co było. Jest Sławka.

Jest…

I będzie! Nie masz prawa się poddać! Marcelina podniosła głos. Zobacz na swój nadgarstek! Wybierałam kolory tak, żeby było dobrze widoczne. Nie pozwól, by imię twojej córki zostało tylko napisem, zrozumiano?!

Kinga płakała jak dziecko. Marcelina przeczekała to spokojnie wiedziała, iż właśnie nastąpił przełom.

Następnego dnia odwiozła Kingę do szpitala.

Jedziesz ze mną?

Oczywiście. Uczeszę cię jeszcze dzieci się boją mizernych mam!

W końcu wszystko skończyło się dobrze. Bartek dokonał cudu.

Kiedy zobaczę wiewiórki? marudziła Sławka w sali szpitalnej.

Po rehabilitacji w Warszawie! pocieszała ją mama.

Po co?

Bo tak trzeba! Bartek już wszystko załatwił.

Sławce było wszystko jedno. Ważne, iż pojedzie z Marceliną samochodem a to na pewno będzie przygoda.

Mamo!

No?

A Bartek pojedzie z nami?

Nie, ma dużo pracy. I mów na niego “pan doktor”, bo nie wypada!

E tam! Przecież go lubisz!

Ty to wszystko wiesz…

Nie dało się nie zauważyć rodzącego się uczucia między Bartkiem a Marceliną. Ale oboje z uporem na nie nie patrzyli. Rozmawiali oficjalnie o pogodzie i zdrowiu Sławki. Po wyjeździe Kingi przez cały czas się komunikowali a Marcelina coraz częściej przewoziła dzieci na konsultacje do Warszawy.

Auto Marceliny stało się taką podróżną bazą, tam dzieci czuły się bezpiecznie.

Bartek podziwiał w duchu Marcelinę, ale nie potrafił się odważyć. Pierwszy krok nie padłby może nigdy, gdyby nie Sławka.

Po rehabilitacji namówiła mamę na wyjście do szpitala.

Po co?

Mam coś powiedzieć Bartkowi.

Co takiego?!

No wiesz! O tym!

Bartek podszedł poważnie, a Sławka prosto zapytała:

Dlaczego jej nie powiesz?

Komu czego?

Marcelinie, iż ci się podoba.

To nie takie proste…

Ale dorosłym chyba powinno być najłatwiej?

A co ja jej dam? Mieszkanie wynajmuję, nie mam pieniędzy ona jest samodzielna, salon, samochód…

A miłość to mało?! Sławka spojrzała poważnie.

Bartek się roześmiał, przyciągnął ją do siebie.

Bez urwisowania!

Sławka pomknęła do mamy.

Jedziemy do Marceliny! Ona się ucieszy!

Kinga wzruszona zamówiła taksówkę.

Marcelina zamykała wieczorem salon i poczuła, iż nie chce już zwlekać.

Bartek pojawił się z kwiatami.

Cześć!

I przez wiele miesięcy… ławka pod blokiem znów zaczęła buzować plotkami.

Faceta znalazła! Co to za jeden? szeptano.

Podobno porządny…

Zobaczymy, co z tego będzie!

Zobaczyli.

Marcelinę w białej sukni, z tatuażem na plecach, i Sławkę, która cieszyła się, iż to właśnie ona skojarzyła tę parę.

Kinga płakała, co rusz poprawiała welon Marcelinie, z dumy i wzruszenia.

Przyjechali też inni nieznajomi, którzy całowali Marcelinę jak rodzinę.

I nikt nie wiedział, kim są.

Nikt nie wiedział, czemu Marcelina zdjęła szpilki i założyła tenisówki, twierdząc, iż przyszła panna młoda za kierownicę w szpilkach nie siądzie.

Bartek zawiązał jej sznurówki wszyscy się śmiali.

Wszystko nie tak, jak u ludzi! mruczała ławka.

No tak, błyskotka!

Bo przecież chodzi o to, by być sobą, a szczęście nie zawsze nosi się zgodnie z szablonem. Trzeba mieć odwagę być innym i podążać własną drogą tak jak Marcelina. Bo właśnie wtedy świat potrafi zaskoczyć najpiękniej.

Idź do oryginalnego materiału