Fałszywe piękno

newsempire24.com 1 dzień temu

Fałszywe piękno

Niemożliwe. Serio zerwaliście? Nie wierzę! wyrwało się Marioli, a jej zdziwienie było tak ogromne, iż aż zrobiło się w pokoju gęsto od niedowierzania. Oczy miała szerokie, brwi powędrowały niemal pod grzywkę, a usta się otworzyły jak pod wpływem anegdoty o śnie w którym ktoś odmawia herbaty na własnym ślubie. Przecież ty Weronikę na rękach nosiłeś! Zawsze stawiałam was jako wzór, normalnie jakby do domowego poradnika wzięty… Sama marzę, żeby mieć kiedyś taki związek!

Serio, Mariola, naprawdę serio… mruknął Bartosz, patrząc przez szybę. Po drugiej stronie świata szalała wichura: taflę okna chłostał lodowaty deszcz, strużki wody biegły po szybie, rozbijając się o siebie jak skrzydła ptaków uciekających przed czymś, czego nie widać choćby we śnie. Ten obraz idealnie odzwierciedlał jego stan. Bartosz czuł się jak wydrążony. Tęsknota za pięcioletnim związkiem nie odpuszczała wszystko wokół malowało mu się w bure, szarawe barwy. W klatce piersiowej ziała pustka, którą kiedyś wypełniały ciepłe spojrzenia, miękkie objęcia i plany co do przyszłości, nieraz tak rozmyte jak senny krajobraz na Jaworowej Górze. Zacisnął pięści, aż zbielały mu kłykcie, a głos miał drżący, jakby przez niego przesączała się mgła: Wszystko się skończyło, rozumiesz? Skończyło się

Ale dlaczego? Mariola nie dawała za wygraną, wychylając się ku niemu jak z cienia. Przecież Weronika czekała na ciebie przez pół roku, jak byłeś na delegacji! Była ci wierna, nie łasiła się na żadne komplementy czy prezenty!

A skąd ty to wszystko wiesz, co? Przecież mieszkasz zupełnie gdzie indziej Bartosz uśmiechnął się blado, jakby z drugiego brzegu rzeki z mgły i dymu. To przykład solidarności kobiet?

No tak, mieszkam jakieś dwieście kilometrów od twojej Weroniki, ale zapominasz, iż mam swoich ludzi powiedziała lekko, zakładając ręce na piersi jakby była szamanką z Zadusznik. Uśmiech miała filuterny, ale w spojrzeniu czaił się niepokój prawdziwej przyjaciółki. Mam znajomych, którzy mieli na nią oko. Wiem, iż poważnie wzięła się za siebie, chociaż nie znam wszystkich szczegółów. Na przykład: zmieniła fryzurę, zaczęła chodzić na siłownię, wymieniła garderobę na coś bardziej współczesnego. I to wszystko, jak ciebie nie było. Bardzo się starała, Bartosz.

No właśnie! Przez to się rozstaliśmy! Bartosz niemal wybiegł do przedpokoju, jakby próbował dogonić umykający sen. Jego ruchy były gwałtowne i nerwowe, próbował dosłownie ujść od własnych myśli. Przeszukał kieszenie kurtki, wydobył telefon i już wracał do Marioli. Wiesz, jak wyglądała Weronika przed moim wyjazdem?

Jasne, iż pamiętam Mariola przewróciła oczami, ale w jej głosie zadźwięczała nuta melancholii i coś jakby echo starych świątecznych dzwonków. Słodka dziewczyna. Proste, jasne włosy do łopatek, ogromne błękitne oczy, zgrabny nosek… Figurę miała fajną, tylko może trochę płaską górę, ale ciebie i tak wszystko zadowalało, prawda?

Gdybyś wiedziała, jak bardzo! Bartosz prawie krzyknął, a potem ścisnął telefon tak mocno, jakby próbował zmiażdżyć własne sny. Weronika była dla mnie ideałem! Kochałem ją taką, jaka była. Ale wystarczyło, iż wyjechałem, a głupie koleżanki nawciskały jej do głowy, iż jak się nie zmieni, rzucę ją w pięć minut. I ona w to uwierzyła Zaczęła się zmieniać nie dlatego, iż chciała, tylko bo jej wmówiono, iż inaczej przestanę ją kochać.

Ale aż tak źle? zapytała Mariola, ściskając podłokietnik tak mocno, jakby chciała wycisnąć z niego rodzynki na drożdżowe bułeczki. W jej wyobraźni krążyły nierealne obrazy dziewczyna pośród liści, dziewczyna z podwójnym odbiciem w lustrze, dziewczyna, której zamiast serca zamieszkał wiatr.

Sama zobacz! Bartosz wcisnął jej telefon pod nos, a na ekranie wyświetliła się nowa Weronika: niby z powieką tą samą, ale z całkiem inną duszą.

Gęste i lśniące włosy, z których Weronika była dumna, znikły. Zostały brutalnie obcięte, pofarbowane na absurdalny platynowy blond, krótkie jak po śnie o szaleńczej ucieczce przed własnym odbiciem w jeziorze. Fryzura odsłoniła szyję i uszy, a zamiast łagodności pojawiła się ostrość zupełnie nie jej, jakby na moment przebrała się za inną osobę. A do tego usta: powiększone tak jawnie, iż wyglądały jak dmuchana poduszka kupiona na odpustowym straganie.

Weronika schudła ponad dziesięć kilogramów, ale zamiast elegancji była w tym jakaś przerażająca kruchość: ostre obojczyki jak wnęki na klucz do zaginionego dzieciństwa, żebra widoczne pod prawie przezroczystą skórą, ręce cienkie, prawie niewidzialne we śnie złym. Skóra straciła blask, pod oczami zdarły się cienie ciemniejsze niż nadranny dym nad dachami Krakowa. I co najgorsze Weronika powiększyła biust, choć kiedyś choćby nie pomyślałaby o czymś takim! Wiedziała przecież, jak Bartosz odnosi się do operacji plastycznych. Zawsze powtarzał, iż liczy się naturalność, a nie pogoń za czymś nienazwanym.

I patrzę na nią na lotnisku Podchodzi, a ja mam ochotę minąć bez słowa głos Bartosza był kruchy jak lód na Wiśle w marcu. Obronny gest, pięść o ścianę, ból zbyt nagły na jawę. Jak można było tak się zmienić w pół roku? Przecież kochałem ją całą taką, jaka była Nie rozumiałem tych przemian.

Chodził po pokoju, ręce rozmazywały senne sylwetki, a jego twarz przybierała to purpurowe, to kredowe barwy. Stawał, zamierał, znów ruszał jak zwierzak w klatce, przeżuwając własne rozżalenie.

Mariola rozumiała go jak nikt inny. Była tą, która wysłuchiwała narzekań na szefa-tyrana, który wysłał Bartosza w delegację na pół roku do Poznania. Bartosz nie chciał zostawiać ukochanej samej, ale nie mógł jej zabrać: ostatni rok studiów, egzaminy, jego biurko z piętrzącymi się aktami. Dzwonił codziennie, starał się wspierać, powtarzał, jak bardzo tęskni. A po powrocie znalazł dziewczynę, która była jak sen niby ta sama, ale nie do poznania.

Może po prostu chciała ci zrobić przyjemność? delikatnie zaczęła Mariola, podchodząc do Bartosza, jakby bała się, iż obróci się w mgłę. Może ktoś ją przekonał, iż to dla ciebie?

Bartosz uśmiechnął się gorzko:

Zadowolić? Straciła samą siebie! Kochałem ją prawdziwą, a teraz… sam nie wiem, kto stoi przede mną.

Bartosz najbardziej rozbijał się o to, iż Weronika unikała rozmów wideo. Gdy tylko proponował połączenie, ona uśmiechała się do telefonu i obiecywała: Poczekaj, szykuję niespodziankę, będziesz zachwycony!. Zamiast euforii w sercu Bartosza osiadała sól niepokoju: nie wierzył do końca, zbyt dziwnie unikała kamerki. Może już dawno ktoś inny pojawił się w jej życiu, a ona nie miała odwagi zerwać przez telefon? Ta myśl rozsiadła się w nim niczym uparty sen.

W końcu Bartosz poprosił kolegę z sąsiedztwa Weroniki, by wysondował sytuację, delikatnie, jakby obserwował żaby w stawie o świcie. Po kilku dniach odebrał telefon:

Szykuje niespodziankę, to pewne głos kolegi był rozedrgany jak dzwony na wieży mariackiej. Ale nie wiem, czy ci się spodoba. Będziesz w szoku, tyle ci powiem. Ale nie, nie ma innego faceta. Bardzo na ciebie czeka, często o ciebie pyta i martwi się, czy wrócisz.

Te słowa na chwilę uspokoiły Bartosza. Odetchnął, przeczesał włosy ręką, choćby się uśmiechnął. Przestał się martwić na zapas może ta niespodzianka nie będzie aż tak straszna jak się wydaje. Najważniejsze: nie zdradzała, nie oszukiwała, nie romansowała. Myśl, iż czekała, grzała jak kompot na świece w listopadowy wieczór.

Teraz żałował, iż nie przyjął zdjęcia, które chciał mu przesłać kolega popatrz, co kombinuje. Bartosz wtedy się żachnął: Nie, chcę mieć niespodziankę!. Może gdyby zobaczył wtedy fotografię, zareagowałby, może zdążyłby ją powstrzymać przed radykalnymi zmianami. Może rzuciłby tę robotę i wrócił do Krakowa choćby natychmiast. Ale teraz już za późno

W dniu powrotu trząsł się jak liść topoli: spoglądał na zegarek, stukał palcami o podłokietnik w samolocie, a potem zgniótł krawędź kurtki w taksówce. Serce biło jak w snach o spadaniu, a wyobraźnia szalała: oto przechodzi przez halę, widzi Weronikę uśmiechniętą, machającą ręką. Obejmuje go, czuje znajomy zapach jej włosów, idą razem do domu parzyć herbatę i dzielić się historiami pełnymi sennych dziwności: o zaginionym ręczniku, magicznych wykładach i ptaku, który śnił się dwa razy pod rząd.

Ale rzeczywistość była ostrzejsza niż śląski powiew zimy. Na lotnisku Bartosz zamarł przed nim stała dziewczyna, która była, a jakby jej nie było. Na moment pomyślał, iż się pomylił, iż przyjechał nie po tę osobę. Mrugnął zdezorientowany, dusza mu zamarzła.

Bartosz! Tak bardzo tęskniłam! Weronika rzuciła się do uścisku, ale on cofnął się o krok, nie pozwolił się objąć. Jej uśmiech zadrżał, w oczach pojawił się ból, ramiona zawisły w powietrzu; nie mogła pojąć, co się dzieje.

To szok? Myślisz, iż przygwoździł cię mój nowy styl? pytała, głos miała niepewny, przesycony nadzieją. Próbowała odgarnąć włosy, jakby gest ten mógł wrócić do niej dawną bliskość.

Patrzę na ciebie i nie poznaję mojej dziewczyny rzekł Bartosz, głos miał odległy jak kościelny dzwon w Boże Narodzenie. Zachorowałaś? Zwariowałaś? Gdzie twoje piękne włosy? Gdzie naturalna sylwetka? Przecież zawsze byłaś taka prawdziwa i śliczna

Chciałeś powiedzieć: gruba, tak? Weronika naburmuszyła się, łzy gromadziły się pod powiekami, próbowała trzymać fason. Zaciskała pięści, rozluźniała je, obrzuciła koleżanki ukradkowym spojrzeniem pełnym wyrzutu, one jednak tylko coś szeptały, podśmiewując się pod nosem.

Możesz mówić, co chcesz, wiem, iż siebie zaniedbałam starała się mówić twardo, ale głos łamał się jej gdzieś pomiędzy szczęką a sercem. Ale teraz już nie wstyd być ze mną publicznie! Zobacz, taka jestem modna i stylowa. To nie lepiej niż kiedyś?

Kto powiedział, iż teraz gdziekolwiek pójdę z tobą? głos Bartosza zabrzmiał twardo, wyraźnie pęknięty rozczarowaniem. Z ładnej dziewczyny zmieniłaś się w kogoś obcego. Kochałem cię prawdziwą, a teraz… choćby nie wiem, kto to. Mogłaś choć zapytać, co o tym myślę! Zawsze przecież rozmawialiśmy o wszystkim!

Daj spokój, Bartoszu! Teraz Weronika nadaje się na okładkę magazynu modowego! wtrąciła jedna z koleżanek, wyciągając ją przed szereg jak nagrodę na loterii. choćby nie wiesz, ilu facetów się nią interesowało po tych zmianach! Popatrzyła wymownie na nowy biust Weroniki i puściła oko. Powinieneś dziękować, to wszystko dla ciebie!

Bartosz odwrócił się gwałtownie, twarz miał rozognioną.

Nie dla mnie, tylko dla samej siebie! popatrzył jeszcze raz na Weronikę, w jego oczach tlił się smutek i gorycz. Nie zrzucajcie tego na mnie.

Podszedł bliżej, zniżył głos, który brzmiał jak echo po zimowej burzy:

Weroniko powiedział cicho, wiedziałaś, iż cenię naturalność. To, co zrobiłaś to nie jest osoba, którą kocham. Byłaś idealna. Teraz wyglądasz sztucznie, jakbyś zamieszkała w cudzej skórze.

Zamilkł na moment, przejechał dłonią po włosach, po czym dodał spokojniejszym, ale stanowczym tonem:

Ostatni miesiąc rozmyślałem, jak po powrocie ci się oświadczyć. Kupiłem pierścionek. Pragnąłem nas, naszej rodziny… Ale teraz… Przepraszam, nie chcę być z lalką.

Weronika zbladła, po policzkach poleciały jej łzy. Cofnęła ręce, usta drżały, nie potrafiła wydusić słowa. Chciała coś powiedzieć, ale słowa ugrzęzły w gardle.

Bartosz, czekaj! wykrztusiła w końcu. Nie chciałam tego… Myślałam, iż tak będzie lepiej. Że będziesz ze mnie dumny…

Ale Bartosz już szedł precz, szybkim krokiem, nie patrząc w tył. W nim wszystko krzyczało: żal, rozczarowanie, ból jakby we śnie ktoś ukradł mu głos.

Weronika próbowała coś zawołać, ruszyła za nim, ale koleżanki ją zatrzymały.

Niech sobie idzie! krzyknęła jedna z nich, klepiąc Weronikę po ramieniu. Co się tak spinasz? Jest w szoku, wszystko powie na odwrót.

To samo myślę dodała druga, kiwając głową z miną orędowniczki wszechwiedzy. Zaraz sam wróci i zacznie przepraszać. Z taką urodą jak twoja znajdziesz lepszego!

Weronika słuchała ich, ale słowa przepływały przez nią jak deszcz przez otwarte okno w listopadową noc. Stała i patrzyła za Bartoszem, a łzy pomalowane tuszem spływały jej po policzku. W środku zostało tylko echo pustki i świadomość, iż walcząc o lepszą siebie, zgubiła to, co było najważniejsze.

Naprawdę chciałem się oświadczyć Bartosz kończył swoją opowieść, zasłaniając twarz rękami, ramiona mu drżały jak jesienne gałązki. Wyobrażałem sobie, jak to powiem jej śmiech, ramiona, nasze plany. A jak ją zobaczyłem taką przełknął ślinę, głos mu się załamał. Nie rozpoznałem mojej Weroniki. To nie była ona.

Chwilę milczał, potem odetchnął ciężko i spojrzał gdzieś na ścianę, gdzie cień przypominał twarz zapomnianego przyjaciela:

Czemu wy, dziewczyny, zawsze chcecie się zmieniać? Całymi dniami mówiłem jej, iż jest piękna, kochałem każdy drobiazg jej śmiech, przyzwyczajenia, choćby te głupie miny na zaparowanej szybie… A ona to wszystko przekreśliła. Jakby chciała wymazać siebie, by zostać kimś innym.

Wiesz, co mnie boli najbardziej? Bartosz odjął ręce od twarzy, oczy miał czerwone, błyszczące w świetle lampy. To, iż całą tę zabawę rozkręciła koleżanka Weroniki! I zrobiła to specjalnie, byśmy zerwali. Jestem tego pewien.

Skąd to wiesz? Mariola pochyliła się lekko, tam w jej sercu skrzypnęła jakaś klamka. Bartosz nigdy nie wyglądał na tak zniszczonego dawniej wesoły, pewny siebie, teraz jakiś wydrążony, bez siły. Dotknęła delikatnie jego ramienia, jak matka pocieszająca dziecko po upadku.

Bo sama przyszła do mnie! Bartoszowi głos zadrżał z żółcią. Przyszła do mojego mieszkania, przechwalała się, iż jest naturalna, nie to, co Weronika. O mało jej nie wyrzuciłem przez okno… uderzył w ramię fotela, znowu przejechał ręką po włosach, próbując się opanować.

Wyraźnie tłumił gniew, patrzył przed siebie niewidzącym wzrokiem. Najgorsze, iż sądziła, iż od razu rzucę się w jej ramiona. Jakby słowo mogło wymazać całą miłość do Weroniki. Ale ja taki nie jestem. Bolało, iż pozwoliła komuś tak łatwo sobą pokierować.

Mariola słuchała w ciszy, nie przerywała, wiedziała, iż Bartoszowi potrzeba obecności, a nie zdań na pocieszenie. Widziała w nim rozterkę, ból i poczucie utraconego snu o szczęściu. Chciała jakoś pomóc, wesprzeć, ale brakowało odpowiednich słów.

I co teraz? Próbowałeś jeszcze rozmawiać z Weroniką? Może da się to wszystko naprawić, jeżeli tylko oboje będziecie tego chcieli Mariola położyła mu rękę na ramieniu, w czułym, miękkim geście. Oczy miała pełne troski, głos ledwo drżał.

Ona lubi swoją nową wersję, zmieniać już nie chce Bartosz uśmiechnął się gorzko, w tym uśmiechu był tylko cień i rozczarowanie. Przejechał dłonią po twarzy, jakby chciał zmazać wszystkie smutki. Zadzwoniła i zaczęła grać na moich wyrzutach sumienia. Podobno nie mam prawa jej zostawić, skoro tyle na mnie czekała. Usiadł głęboko, jakby jakiś cień przygniatał go do fotela, złożył łokcie na kolanach. Kocham ją. Bardzo ją kocham! Ale jej już nie ma… Ta, którą znałem i kochałem zniknęła. Zostało tylko coś obcego, z napompowanymi ustami, z pergaminową skórą I udawaniem.

Mariola bez słowa ścisnęła jego dłoń. W jej czułym dotyku było tyle dobra i wsparcia, iż poczuł się odrobinę lżej. Nie próbowała pocieszać pustymi słowami tylko była obecna. Jak światło w oknie na pustej ulicy ciemną nocą.

Patrzyła, jak jego dłonie drżą, jak ramiona lekko falują pod naporem oddechu. Próbował się opanować, nie rozpłakać, ale łzy kręciły się pod powiekami, a oddech był rwany, nierówny.

Wiesz… powiedział cicho, zapatrzony gdzieś za okno pełne deszczu, kiedyś jesienią spacerowaliśmy po Plantach. Liście wirowały, ona się śmiała, kaptur zsuwał się z głowy, poprawiałem jej go Powiedziała: Bartosz, chciałabym, żeby tak było zawsze. Odpowiedziałem: Będzie, kochanie, będzie, na pewno. Wierzyłem w to. Naprawdę wierzyłem…

Jego głos załamał się, przez dłuższą chwilę milczał, ściskając pięści w śnieżną twardość. Mariola poczuła, jak coś ścisnęło ją w gardle, a oczy piekły od łez, których nie chciała pokazać.

A dziś? podjął Bartosz, jego głos drżał, pęknięty nadzieją. Ona patrzy w lustro i widzi piękność. Ja patrzę i nie poznaję jej. Jakby ktoś zamienił ją na sen, z którego nie umiem się obudzić. Jak można rozbić wszystko w pół roku… Dlaczego nie pogadaliśmy wcześniej? Może byśmy się dogadali, zrozumieli?

Nie wytrzymał łzy zaczęły mu płynąć po policzkach, nie wycierał ich. Siedział skulony, cicho płakał, jak dziecko, które obudził zły sen, a wokół cały świat zamienił się w ścianę deszczu.

Mariola przysunęła się, objęła go ramieniem, tuliła z całych sił, jakby próbowała przekazać mu ciepło wbrew fizyce świata.

Bartosz powiedziała cicho, opanowując własny głos to nie twoja wina. Kochałeś, wspierałeś, byłeś ze wszystkim. To nie twoja wina. To… może czyjaś głupota, ludzka zazdrość. Ale nie twoja. Nie możesz brać tego na siebie.

Bartosz spojrzał na nią, oczy miał czerwone, obolałe, jakby śnił zostawić ten świat. W spojrzeniu widać było zagubienie.

A jeżeli się pomyliłem? wyszeptał, głos mu się łamał. Może powinienem zamiast odpychać, spróbować zrozumieć? jeżeli Weronika po prostu się bała, iż ją zostawię? Chciała zrobić mi dobrze, a ja… wszystko zniszczyłem.

Jego twarz szarpana była walką tęsknota i nadzieja, rozgoryczenie i miłość plątały się jak nici pajęczyny w wietrzną noc. przez cały czas wierzył, iż gdzieś pod tą maską z nowych włosów, wciąż jest jego Weronika. Ta sama, co lubiła kakao rano, co sama wymyślała dla nich śmieszne imiona i malowała buźki na zaparowanym szkle.

Mariola ścisnęła go za dłoń, spojrzała w oczy:

Masz prawo do swoich uczuć i granic powiedziała stanowczo. Nikt nie może kazać ci akceptować czegoś, co jest ci obce. Ale jeżeli naprawdę zależy ci na tym, co było… może warto się spotkać i szczerze pogadać? Nie dla niej, dla tej miłości, która jeszcze w was żyje. Niech powie, co czuła i dlaczego się zmieniła. Ty powiedz jej, co przeżyłeś.

Bartosz westchnął, otarł łzy rękawem, spojrzał przez okno. Deszcz już nie padał. Ostatnie promienie słońca przeciskały się przez chmury, mieszając purpurę z echem złota na niebie.

Może masz rację odparł cicho. Ale na razie na razie potrzebuję czasu. Czasu, by zrozumieć, co dalej. Nie potrafię zapomnieć, ale nie chcę też całkiem tracić tego, co było. jeżeli tylko jest cień szansy, będę próbował…

Za oknem rozlewał się wieczór, a w powietrzu unosił się zapach snu pełnego utraconej miłości i szeptów, których nikt nie usłyszał.

Idź do oryginalnego materiału