Ewa obudziła się kilka minut przed dzwonkiem budzika.
Poleżała chwilę, zbierając siły na nowy dzień.
Taki sam jak wczoraj, miesiąc temu, rok temu.
Jej życie płynęło spokojnie, bez niespodzianek.
Choć kilka lat wcześniej syn zrobił im małą rewolucję.
Dostał się na uniwersytet i oznajmił, iż wyprowadza się z domu.
Jak ona wtedy błagała, żeby został!
Groził, iż rzuci studia i pójdzie do wojska.
Ustąpili, choćby płacili za jego mieszkanie.
Po studiach syn odmówił dalszej pomocy.
Ewa wstała cicho, żeby nie zbudzić męża.
Poszła do kuchni, zaparzyć prawdziwą kawę.
Wkrótce mieszkanie wypełnił jej zapach.
Wojciech wszedł pachnący żelem pod prysznic.
Na stole czekała filiżanka i kanapki.
Omletów nie jadał, kaszy też nie.
Zjadł w milczeniu, wyszedł równie cicho.
— Dziś się spóźnię, posiedzenie rady wydziału — rzucił z przedpokoju.
Ewa poprawiła mu krawat, strzepnęła pyłek z ramienia.
To był ich rytuał, codzienny, niezmienny.
Zimą szalik, latem krawat, zawsze ten gest na końcu.
Po jego wyjściu wypiła herbatę z cytryną.
Usiadła do laptopa, czekała na nią praca.
Tłumaczyła książki z angielskiego i francuskiego.
Szło jej lekko, tekst wciągał bez reszty.
Przerwał jej dzwonek telefonu.
— Ewo Stanisławo, dzień dobry. Tu Wanda z wydziału.
Ewa wyobraziła sobie od razu wysoką, chudą kobietę.
— Dzień dobry. Co się stało? Z Wojciechem? — zapytała, niespokojna.
— Z nim wszystko w porządku. Muszę z panią porozmawiać. Mogłabym wpaść za pięć minut?
— Tak, oczywiście — odparła, zdziwiona porą wizyty.
Dokładnie pięć minut później rozległ się dzwonek do drzwi.
— Herbaty, kawy? — zapytała Ewa.
— Nie, dziękuję. Mam mało czasu.
Usiadły w salonie, naprzeciwko siebie.
— Słucham — powiedziała Ewa, spięta.
— Nieprzyjemnie mi to mówić, ale nie mogę milczeć. Pani mąż spotyka się ze studentką. Jest w ciąży.
Ewa zamilkła, patrząc w jeden punkt.
— To nie pierwszy raz. Była Helena, była Nina. Teraz ta dwudziestolatka.
— Trzy miesiące temu miał lecieć do Wiednia. Wcale nie poleciał. Wynajął domek, spędził z nią trzy dni.
— Skąd pani to wie? — spytała Ewa, nie wierząc ani słowu.
— Rozumiem, iż myśli pani: zazdrosna stara panna. Ale on jest od niej starszy o trzydzieści lat. To śmieszne.
Ewa otrząsnęła się, jakby budząc z transu.
— Dziękuję, zrozumiałam. jeżeli to wszystko…
— Tak, tak, już idę — zerwała się Wanda.
Ewa odprowadziła ją, potem usiadła, nieruchoma.
Zbyt długo trwał ten spokój w ich życiu.
Czekała na coś takiego, choć sama nie wiedziała, na co.
Wykładowczynie to jeszcze pół biedy. Studentka to już za wiele.
Przypomniała sobie ojca, który kiedyś przyprowadził do domu chudego studenta.
— To samouk, talent. Zajdzie daleko — mówił z dumą.
Tamten student nazywał się Wojciech, patrzył wtedy tylko na nią.
Dziś ten sam Wojciech niszczył wszystko, co zbudowali.













