Ewa i Marek szykowali się do ślubu.
Dzień przed uroczystością matka panny młodej wybrała się z wizytą.
Anna Nowak chciała poznać przyszłą teściową swojej córki.
Spotkanie odbyło się w domu Lidii Kowalskiej, matki Marka.
Kobiety omówiły szczegóły wesela.
Zjadły razem obiad, rozmawiały miło.
Następnego ranka Anna szykowała się do wyjścia.
Ewa wyszła ją odprowadzić do drzwi.
— No i jak ci się podoba Marek? — zapytała matkę.
— To dobry chłopak — uśmiechnęła się Anna, ale westchnęła ciężko.
— Mamo, co się stało? — zdziwiła się Ewa.
— Córko, bądź ostrożna z jego matką. Jeszcze wiele o niej nie wiesz.
Te słowa gwałtownie znalazły potwierdzenie.
Minęło kilka miesięcy od ślubu.
Ewa dowiedziała się, iż teściowa chce z nimi zamieszkać.
Powiedziała wprost mężowi, co myśli.
— Będziesz musiał wybrać: albo ja, albo twoja matka.
— Nie zamierzam nikogo wybierać — odpowiedział Marek spokojnie.
— Zostajemy, jak jest. Mama niech sama rozwiązuje swoje problemy.
— Czyli nie pozwolisz jej się do nas wprowadzić?
— Już jej to powiedziałem.
— I jak zareagowała?
— Wpadła w złość. Nazwała mnie niewdzięcznikiem.
— Powiedziała, iż będę żałował.
— Tego się można było spodziewać…
Lidia Kowalska przeszła na emeryturę wcześnie.
Pracowała wiele lat jako stewardesa.
— Dość. Już się naopiekowałam — zdecydowała kiedyś.
Dostała wysoką emeryturę, wyższą niż większość ludzi.
Szybko zrozumiała, iż to jej nie wystarcza.
Rozwiązanie znalazła od razu — przerzucić koszty na syna.
— Wychowałam cię, dałam ci wykształcenie — powiedziała, gdy miał 23 lata.
— Teraz twoja kolej, by spełnić synowski obowiązek.
— Od przyszłego miesiąca płacisz czynsz i jedzenie.
— Dobrze — odpowiedział Marek.
— Ale pod warunkiem, iż nie wtrącasz się w moje życie.
Zgodziła się i nie przeszkadzała mu.
Życie syna kilka ją obchodziło.
Marka wychowywali głównie dziadkowie.
Ona układała sobie życie, bez większego powodzenia.
Minęły lata, syn dorósł, przeprowadził się do niej.
Pięć lat płacił czynsz i utrzymywał matkę.
Ona żyła pełnią życia, wydając pieniądze tylko na siebie.
Gdy Lidia skończyła pięćdziesiątkę, Marek przyprowadził żonę.
— Jaka pani zadbana! — powiedziała Ewa zażenowana.
— Wcale nie wygląda pani na emerytkę.
Dowiedziawszy się, iż młodzi zamieszkają z nią, Lidia ucieszyła się.
„No to świetnie” — powiedziała, myśląc tylko o sobie.
Ewa wzięła to za szczerość.
Marek gwałtownie wyjaśnił jej prawdę.
— Mamie zabrakło odwagi, by nas wyrzucić. Przez pięć lat płaciłem sam.
Wizyta Anny Nowak rozwiała resztki iluzji.
— Córko, uważaj. Ta kobieta żyje tylko dla siebie.
— Was porzuci, gdy będziecie niewygodni.
— Ważne, byś trzymała się męża. Spodobał mi się.
— Ale z jego matką nie mieliście szczęścia.
Minęło pół roku.
Lidia Kowalska zakochała się.
Coraz częściej pojawiał się u niej mężczyzna o imieniu Adam.
A potem przyszła wiadomość, której nikt się nie spodziewał.
— Macie dwa tygodnie, by się wyprowadzić. Sprzedaję mieszkanie.
— Wyjeżdżam do Krakowa.
— Mówisz poważnie? — zapytał zszokowany Marek.
— Co? Mam do tego prawo. Mieszkanie jest moje.
— Dostałam je od rodziców.
— I nas wyrzucasz?
— Tak. To wszystko legalne.
Marek w milczeniu założył marynarkę i wyszedł.
Wieczorem on i Ewa już pakowali rzeczy.
Wynajęli pokój u kolegi, który szukał lokatorów.
Miesiąc później Lidia sprzedała mieszkanie.
Wyjechała do Krakowa, nie oglądając się za siebie.







