Nazywam się Ernest Kowalczyk, mam sześćdziesiąt jeden lat i przez trzydzieści osiem przepracowałem w tartaku pod Olsztynem, aż kolana odmówiły mi posłuszeństwa i lekarz kazał się przesiąść za biurko albo odejść. Wybrałem odejście. Moja żona Teresa prowadzi pracownię krawiecką na Starym Mieście od dwudziestu trzech lat — cztery maszyny przemysłowe i owerlok, które stukają od siódmej rano, aż mi w głowie huczy, kiedy próbuję poczytać gazetę w kuchni za ścianą.
Nie jestem potworem. Chcę, żeby to było jasne, zanim ktoś zacznie mnie oceniać.
Tamtego wtorku wróciłem z targu przy Prostej z siatką jabłek łąkowych i od razu poczułem, iż coś jest nie tak — Teresa stała na środku salonu w chustce, którą wiąże, kiedy jest wściekła, nie kiedy jest smutna. To ja się tej chustki nauczyłem bać przez trzydzieści dwa lata małżeństwa.
— Kim jest Lucyna? — zapytała, zanim zdjąłem kurtkę.
Muszę wyjaśnić, jak do tego doszło, bo z jej strony pewnie wyszło, iż jestem oszustem, a z mojej wyglądało to inaczej. Sześć tygodni wcześniej mój brat Zenon, który wyjechał na Mazury i tam prowadzi pensjonat, zadzwonił i powiedział, iż szuka kogoś do zarządzania małym domkiem nad jeziorem koło Mikołajek. Dwie sypialnie, taras, własna łódka. Sto dwadzieścia kilometrów od miasta, ale to niewiele, kiedy nie trzeba już dojeżdżać do pracy. Pomyślałem: to jest to. Wreszcie odpoczniemy. Będę łowił szczupaki, zagram w karty z sąsiadami z pensjonatu, a Teresa — cóż, Teresa też odpocznie, tylko musiała jeszcze o tym nie wiedzieć.
Zacząłem liczyć. Ile dałby wynajem naszego mieszkania na Kortowie. Ile kosztowałby przeprowadzka. I ile można by dostać za maszyny — bo przecież stoją w salonie i warsztacie od lat, kredyt na dwie z nich spłacaliśmy razem, ja dokładałem z premii z tartaku, kiedy jej nie wystarczało. W mojej głowie to był majątek wspólny, nie jej prywatna własność. Wystawiłem ogłoszenie na Allegro Lokalnie, napisałem coś w rodzaju „sprzedaż z powodu przejścia właścicieli na emeryturę", i choćby nagrałem tej Lucynie wiadomość głosową, iż żona jest zmęczona, tylko nie umie tego przyznać, iż ja się nią zajmę. Teraz, kiedy to piszę, słyszę, jak to zabrzmiało w jej uszach. Wtedy myślałem, iż robię jej przysługę.
Bo widzicie — moja matka, Zofia, ma osiemdziesiąt cztery lata, mieszka sama na Jarotach, piętnaście minut drogi, i coraz częściej nie pamięta, czy wzięła leki na serce. Moja siostra Beata pomaga dwa razy w tygodniu, ale ma swoją pracę w przychodni w Dywitach i troje dzieci. Ja umiem ugotować zupę, ale nie umiem wykąpać matki bez wstydu z obu stron. Teresa umie. Teresa zawsze umiała się takimi rzeczami zajmować, więc kiedy planowałem harmonogram tygodnia w Mikołajkach — sam dla siebie, w Excelu, bo lubię porządek — po prostu wpisałem to, co wydawało mi się naturalne. Ona przy mamie. Ja na łódce.
Nie sprawdziłem, jak to wygląda spisane na papierze, zanim Teresa je znalazła w teczce leżącej na stole w kuchni.
— Poniedziałek, Ernest: ryby. Wtorek, Ernest: karty. Teresa: kąpiel mamy, śniadanie, obiad, leki, pranie, sprzątanie, kolacja — przeczytała to na głos, powoli, jakby chciała, żebym usłyszał, jak to brzmi, kiedy ktoś inny to czyta.
Milczałem. Bo nie miałem dobrej odpowiedzi.
— Szukałam wolnego dnia. Choćby jednego popołudnia z moim imieniem i niczym więcej — powiedziała. — Nie ma ani jednego.
Powiedziałem coś głupiego, iż przecież będziemy oboje w domu, iż to nie to samo co teraz, kiedy ona całymi dniami siedzi w warsztacie na Starym Mieście. Ona odłożyła teczkę i zapytała, czy w ogóle zauważyłem, iż przez dwadzieścia trzy lata jej maszyny płaciły za czesne naszej córki Karoliny, za nasz samochód, za zimę dwa tysiące dziewiątego, kiedy tartak wstrzymał wypłaty na trzy miesiące. Nie zauważyłem. Albo zauważyłem i uznałem, iż to się liczy jako moje razem z jej, bo mieszkaliśmy pod jednym dachem.
Wieczorem przyjechała Karolina, dwadzieścia dziewięć lat, pracuje w banku w Olsztynie, i od razu poczułem, iż nie jest po mojej stronie, choć wcześniej powtarzałem sobie, iż „mama zgodzi się z czasem".
— Tato, powiedziałeś mi, iż wy to razem ustaliliście — powiedziała, siadając naprzeciwko matki, nie mnie.
— Ustalaliśmy — powiedziałem.
— Nie ustalaliśmy. Ty ustaliłeś i mi to zakomunikowałeś przy jabłkach — odezwała się Teresa, i to było pierwsze zdanie, przy którym poczułem, iż przegrywam.
Lucyna, ta kobieta z pomiarówką na szyi, przysłała Teresie wszystkie wiadomości i potwierdzenie przelewu zaliczki — dwa tysiące osiemset złotych, które wpłaciła na moje konto, licząc, iż pierwszego października odbierze maszyny do własnego warsztatu przy Żołnierskiej. Teresa nie krzyczała. To było najgorsze. Usiadła przy stole z telefonem, otworzyła aplikację bankową, pokazała mi ekran i powiedziała, iż odda Lucynie zaliczkę z własnego konta oszczędnościowego, tego, które prowadzi osobno od naszego wspólnego od jedenastu lat, bo — jak powiedziała — „już wtedy wiedziałam, iż kiedyś będę musiała się z czegoś wykupić".
Potem zrobiła coś, czego się nie spodziewałem. Wyjęła z szuflady w kredensie stary segregator, otworzyła go na mnie i wyjaśniła spokojnym głosem, iż w tym segregatorze są umowy najmu warsztatu, umowa leasingowa na dwie maszyny spłacone w całości jej dochodami, oraz akt notarialny, z którego wynika, iż lokal przy ulicy Jezuickiej, w którym stoi pracownia, kupiła piętnaście lat temu z własnego wkładu i kredytu spłacanego z dochodów firmy — na swoje nazwisko, bo w tamtym czasie akurat mieliśmy rozdzielność majątkową po sprawie z moim bratem i długiem, który wtedy zaciągnął. Nigdy nie zniosłem tej rozdzielności, bo nigdy jej to nie przeszkadzało. Teraz przeszkadzało mnie.
— Maszyny może ktoś nazwać wspólnym majątkiem, Ernest. Lokal nie jest wspólny. I ja nie jadę do Mikołajek — powiedziała.
Nie powiedziała tego ze złością. Powiedziała to, jakby czytała rozkład jazdy PKS.
Zenon zadzwonił dwa dni później, pytając, czy przyjeżdżamy oglądać domek nad jeziorem, bo właściciel czeka na decyzję. Powiedziałem mu, iż plany się zmieniły. Nie powiedziałem dlaczego, bo wstyd mi było mówić bratu, iż żona zostaje, a ja mam jechać sam, jeżeli chcę. A chciałem. Więc pojechałem — sam, na próbę, na trzy tygodnie, żeby zobaczyć, jak to jest łowić szczupaki bez nikogo, kto by mnie stamtąd odebrał.
Wróciłem, bo w domku nad jeziorem nikt nie pytał mnie, jak minął dzień.
Teraz mieszkamy w Olsztynie, tak jak wcześniej, tylko iż pracownia przy Jezuickiej wciąż stuka od siódmej rano, a ja się jej wreszcie nie boję. Do matki jeżdżę sam, trzy razy w tygodniu, nauczyłem się od pielęgniarki środowiskowej z ośrodka na Jarotach, jak pomóc jej wstać z wanny bez wstydu. Beata bierze wtorki. Teresa nie bierze nic — poza jedną rzeczą, którą sobie wywalczyła: co drugą niedzielę zamyka warsztat o trzeciej i jedzie sama nad Łynę, z termosem herbaty i książką, i nikt, w tym ja, nie wpisuje jej tego dnia w żaden harmonogram.












