Elżbieta spędziła cały dzień przy kuchni. Zadzwonił dzwonek do drzwi. Rodzina Tadka przyjechała i rozsiadła się przy stole.

twojacena.pl 1 tydzień temu

Iga spędziła cały dzień przy kuchence, zupełnie tracąc poczucie czasu. Nagle usłyszała dzwonek do drzwi, tyle iż dźwięk rozszedł się jakby spod wody. Goście rodzina Tomka pojawili się w przedpokoju i od razu rozsiedli przy stole, który wydał się jej ociosany z drewna sopockiego mola.

Gdzie mięso? zapytała ciotka z głosem przypominającym skrzypienie starej szafy.

Tam, nadziewana gęś odpowiedziała Iga, kiwając głową, jakby nurt świątecznego marazmu płynął przez jej dłonie.

Ciotka podniosła się teatralnie, krzesło jęknęło.

Tego nie da się jeść. Wracamy do domu rzuciła, odpinając guzik starego płaszcza.

Tomek zerwał się za ciotką, jego ręce już zaczynały pakować rzeczy do torby, która wcale nie wyglądała na torbę, tylko na stary kaszubski kufer.

No to Żyj sobie sama, jak nie potrafisz gotować powiedział, a z torby wysypały się skarpetki i ślicznie zapakowane pierogi.

Telefon zadzwonił, ale zamiast dzwonka usłyszała trzask gałązek pod śniegiem.

Halo, Hania? To ja, Iga. Słyszysz mnie? Bo jakby echo, wszystko jakieś zamglone… Dlaczego dzwonię? Wiesz co, Haniu, w tym roku do was nie przyjadę. Nie na święta, nie na Nowy Rok. Po co? Ciebie będzie pilnował Wiktor, twoja córka z mężem i dzieciakami, a ja? Najwyżej nażrę się sałatki i zamówię taksówkę za podwójną stawkę, Boże drogi, te warszawskie taryfy. Przecież w cudzym łóżku nie prześpię, wiesz o tym.

Szeleszczący głos Hani dochodził przez trzaski.

Co? Sama chciałaś zadzwonić? Jedziecie? Dokąd? Do Krakowa, do ciotki Wiktora Szerokiej drogi i dobrego humoru wam życzę. Jaka jeszcze niespodzianka? Kto przyjeżdża? Saszka? Jaka Saszka? Stryjenka? Halo? O, znowu linia się rwie… Przyjąć kogoś na kilka dni? Przecież wiesz, iż nie lubię obcych w domu… Ale dobrze, niech będzie, niech przyjedzie. I z rozdrażnieniem odłożyła słuchawkę.

Siedziała tak przez chwilę, czując przytłaczający zapach gotujących się warzyw i cichutko, po cichu zaczęła im nucić. A może to dobrze, iż w święto nie będzie sama? Trzeba chociaż jakiś warzywny sałatka przygotować. Sama przeżyłaby na kanapkach, ale gościowi wypada coś podać.

Wrzątek szumiał, zielone listki kopru plątały się w powietrzu.

Za czasów, kiedy była żoną Tomka, nigdy nie siedziała tak. Już trzydziestego grudnia cała jego rodzina zjeżdżała z najdalszych zakątków Mazur, zaczynały się harce kuchnia znikała pod parą z rosołu i oparami z pieca, pod oknem ktoś wykrzykiwał Wpuść powietrza!, a pierogi warzyły się w garnkach z dziurawą przykrywką.

Gotowany bigos, pieczone serniki, smażone schabowe. Tłuszcz ściekał z blachy, a Iga ledwo nadążała albo wynosiła galaretę na balkon, albo obierała warzywa na sałatkę jarzynową. Do prawdziwego gotowania nigdy jej nie dopuszczano, odkąd zrobiła raz sałatkę z awokado.

Obrzydlistwo powiedziała ciotka Tomka i cała rodzina przytaknęła jej, mlaskając ustami.

Ale za to ich nie jest obrzydliwe? oburzała się Iga w myślach, bo przecież wszystko utonęło w majonezie, aż ściekało z łyżki. Mężczyźni zaraz sadzali się za stołem i próbowali nalewki własnej roboty. Do północy trzydziestego pierwszego wszyscy wytrzymali ledwo, na prędce.

Drugiego stycznia wyjeżdżali, wszystko jedli i dopijali do ostatniego kieliszka, a potem dom wyglądał, jakby przeszedł przez niego bałwan. Iga sprzątała cały tydzień, zmywała, czyściła, szorowała. Tomek w tym czasie świętował jeszcze na wsi. Wrócił markotny, nieogolony i rozgniewany, utyskując, iż ożenił się z kobietą, co choćby ugotować nie potrafi. Potem przypominał mu się jeszcze Vera, z którą rzekomo Iga go odciągnęła. Złości, szemrania i wszystko od nowa.

Jedyne, co pozostawało, to użalić się Hani, przyjaciółce z dzieciństwa, żywej, gwarelnej duszy. Ta wymyśliła na to sposób: każ kazała Idze obdzwonić rodzinę i postawić warunek: ona wszystko przygotuje na święta, a oni mają przyjechać przed Nowym Rokiem. Cały dzień z Hanią gotowały syte, lekkie przekąski. Rodzina przyjechała, rozsiedli się.

Gdzie mięso? zapytała rozczarowana ciotka.

Jest nadziewana gęś, tutaj na półmisku odparła Iga uprzejmie.

A pure ziemniaczane? nie odpuszczała ciotka.

Ta demonstracyjnie podniosła się: Naszykowałaś jakiś kiszon idziemy do domu. Jasiek, zabieraj płaszcz.

Wszyscy, jakby porwani przez wiatr halny, poderwali się i trzask drzwi przeleciał przez przedpokój.

No ty… westchnął Tomek, i zamachnął się na wiatrak stojący na nocnej szafce.

Poczekajcie, idę z wami rzucił za rodziną.

Rzeczy spakuj! dorzuciła Iga i podała mu torbę.

Radź sobie sama, smutasie. Sam nie zostanę, ale ty? Tomek powrzucał rzeczy do torby i wyszedł, zostawiając po sobie zapach jabłek i lukru.

Z gotującego się garnka coś wykipiało, a wraz z tym poczuła, iż chyba śni. Przykrywa się uchyla, paruje z niej świąteczna mgła. Dzwonek do drzwi obwieszcza obecność… To pewnie Saszka pomyślała, z odrobiną niepewności.

Otworzyła drzwi. Stał tam mężczyzna, może czterdziestoletni, uśmiechał się jakby był postacią z reklamy czekolady Wedla.

To ja, Aleksander Ignacy Mikołajczak, siostrzeniec Wiktora. Przyjechałem w gości, a oni pojechali do Krakowa. Pani pewnie Iga?

Iga skinęła głową, zerkając na swoje kapcie w pepitkę.

Ale Hania mówiła o siostrzenicy… wymamrotała.

Może coś się pomyliło? Alek wzruszył ramionami i śmiał się tak, jak tylko marynarze w snach potrafią.

Cóż, pewnie tak odpowiedziała Iga, wpuszczając gościa.

Niech się pani nie martwi. Mam bilet powrotny na pierwszy dzień po Nowym Roku, szybciej nic nie było, więc długo nie zawitam rzucił z humorem Aleksander.

Iga wróciła do kuchni, spuszczając wodę z ziemniaków, pozwalając, by para czyniła na ścianach wymyślne obrazy.

Chce pani na święto jednym sałatkiem się najeść? spytał Aleksander.

A pan chce pełen serwis? Żeby mięcho na stole i miskę sałatki jarzynowej? odburknęła Iga, zaskoczona własną szczerością.

Ależ skąd! Wolę ryby, najlepiej sandacza albo karpia zaśmiał się Alek.

A ja karpia nie mam. choćby smażyć nie umiem… odparła Iga.

Aleksander, już wychodząc, krzyknął: O nic się nie martwcie. Zaraz wszystko będzie! I zanim zdążyła zaprotestować, zamknął drzwi i zniknął jak duch nocą na Starówce.

Iga roześmiała się cicho. Spodziewała się kobiety, a tu zjawił się facet z energią jak w reklamie Biedronki.

Nie było go ponad godzinę. Pomyślała, iż może się zgubił w tym labiryncie świątecznych uliczek. Ale gdy dzwonek w końcu się odezwał, pogalopowała w kapciach do drzwi.

Przed nią stanął on, Aleksander, z pachnącą, kłującą choinką w ręku i siatkami wypchanymi nie wiadomo czym.

Po co to wszystko? spytała zdziwiona.

Aleksander ustawił choinkę pod ścianą, a z jednej siatki wypadły mandarynki i szeleszczące banknoty o nominale 20 złotych.

Co to za święta bez choinki? Mandarynki, szampan, wszystko mam! Pomagaj, zanosić do kuchni, robimy święto!

I potem, jak w dawnych snach, sprzątali, żartowali, ubierali choinkę na wyścigi, wyciągali z siatki ryby i szykowali kolację. Iga, pod dowództwem Aleksandra, pierwszy raz w życiu sprawnie obierała krewetki i patrzyła, jak kroi karpia w dzwonka.

Przed północą wszystko było gotowe, kieliszki napełniły się musującym winem, a mandarynki świeciły się jak bombki.

W nowy rok, z nowym szczęściem! wznieśli toast i wypili do dna. Potem rozmawiali długo, zwierzając się ze wszystkiego.

Wie pan, gdy wzięliśmy ślub, on był zupełnie inny. Taki czuły, ludzki Albo mi się zdawało? Bo kto zakochany, ten nie widzi wad. Potem już tylko zrzędzenia i pretensje. Ale co tu o mnie jest pan żonaty? zapytała.

Aleksander westchnął: Już nie. Banał: wracam z rejsu, a ona już z innym. Po powrocie składam papiery ot, i cała historia. Jak smutno, niepotrzebnie pan, ustalmy mówimy sobie na ty. I pogadajmy o wybrykach z dzieciństwa.

Poszłam na zakład z chłopakami i wlazłam na wysoką sosnę, a zejść nie umiałam. Siedziałam tam rycząc, dopóki nie zdjął mnie wujek Franek z trzeciego piętra. A potem przez wieczór w kącie stałam zaśmiała się Iga.

Ja w szkole przykleiłem krzesło do podłogi u dyrektora i ojciec potem paskiem mnie potraktował zaśmiał się Aleksander.

Siedzieli tak i snuli historie, aż Iga ziewnęła szeroko.

Spać by poszła, ale przecież trzeba jeszcze posprzątać mruknęła.

Ja posprzątam, ty odpocznij! powiedział Aleksander stanowczo.

Iga uległa i po chwili spała.

W końcu obudził ją Aleksander delikatnie, jakby śnieg padał na poduszkę.

Iga, wstawaj, już czas, muszę iść. Zamkniesz za mną drzwi?

Już wieczór? Czemuś mnie nie obudził wcześniej?

Tak słodko spałaś, nie chciałem przeszkadzać Ale muszę się spieszyć, bo pociąg z Dworca Centralnego nie będzie czekał.

Iga odprowadziła go do drzwi, czując dziwną lekkość, jakby dryfowała na kawałku chmurki.

No to dziękuję za święta powiedziała, nieco smutno.

Aleksander się zmieszał, po czym odważnie zapytał:

Mogę przyjechać znów, kiedy będę już wolny?

Iga rozjaśniła się cała.

Przyjedź. Będę czeka

Zanim dokończyła, pocałował ją i szepnął: To do zobaczenia!

A Iga długo gładziła palcem usta i śmiała się jak dziewczynka. Bo czasem, znając kogoś latami, odkrywasz człowieka podłego; a czasem jeden dzień z nieznajomym i masz wrażenie, jakbyście śnili razem od zawsze.

No bo naprawdę, cuda na Nowy Rok się zdarzają. Zbieg okoliczności, szczypta magii, nowa miłość i nowe życie.

Idź do oryginalnego materiału