Edmund Szwed. Jak w epoce nadprodukcji i obfitości dóbr daliśmy sobie wmówić procedurę nędzy

elblag24.pl 42 minut temu

Wyobraź sobie scenę godną filmu Barei: przed straganem uginającym się od gnijących bananów siedzi wycieńczony człowiek i cicho umiera z głodu. Owoce za kwadrans wylądują na śmietniku, bo nikt ich nie kupi, ale głodnemu nikt ich nie da. Dlaczego? Bo nieszczęśnik nie posiada przy sobie paru prostokątnych papierków z wizerunkami dawno zmarłych władców ani kawałka plastiku z mikroczipem. Dwie małpy siedzące na gałęzi pobliskiego drzewa patrzą na to widowisko, pukają się w czoło i dochodzą do prostego wniosku: ten gatunek dwunogów poszedł w ślepą uliczkę ewolucji.

W tym jednym kadrze zamyka się cały majestat współczesnej ekonomii. Ubieramy ten system w napuszone szaty profesorskich teorii, podczas gdy prawda jest prostacka jak konstrukcja cepa. 99% populacji to posłuszne stado owiec hodowane na wełnę w czasie pokoju i na kotlety w czasie wojny.

Rządy z armią urzędników pełnią rolę owczarków pilnujących porządku w zagrodzie, a z tylnego siedzenia limuzyny całą tą wesołą farmą zarządza międzynarodowa finansjera.

Żyjemy w czasach, o jakich dawnym monarchom się nie śniło. Średniowieczny król marzł w swoich zamkowych komnatach, w zębach miał próchnicę, a jedyną rozrywką był nadworny błazen. Dziś przeciętny zjadacz chleba ma w kieszeni dostęp do wiedzy całego świata, sklepy pękają w szwach, a automaty wykonują za nas najcięższą robotę. Epoka obfitości i zarazem panicznego strachu. A jak reaguje na ten bezprecedensowy dobrobyt współczesny człowiek?

Budzi się o 3 w nocy zlany zimnym potem, drżąc przed utratą etatu, kolejną ratą kredytu i wizytą komornika.

Kiedyś szewc w pocie czoła dłubał 1 parę butów dziennie. Dziś nowoczesna maszyna w fabryce wypluwa 1000 par na godzinę, wyręczając pracę 24 000 rzemieślników. Logika podpowiadałaby wspaniale, technologia pracuje, my wreszcie odpoczywamy. Rzeczywistość mówi: szewc ląduje na bruku jako nędzarz bez grosza. Półki uginają się od butów, a bezrobotny chodzi boso, bo nie ma czym zapłacić. Zamiast dzielić się owocami cywilizacji, system funduje nam upokarzające jałmużny, mnoży fikcyjne biurokratyczne stołki pod hasłem „pracy dla samej pracy dla swoich i z uśmiechem wpycha nas w kredytowe kajdany.

Cudotwórcy z okienka, czyli jak większość ludzi święcie wierzy, iż bank działa jak poczciwy sąsiad. Bierze oszczędności pana Staszka i pożycza je panu Zbyszkowi na samochód. Wolne żarty. Bank komercyjny to jedyna instytucja na planecie, która legalnie opanowała sztukę wyczarowywania materii z niczego – dzięki paru kliknięć w klawiaturę.

Przypomina to cwanego hotelarza na wyspie, który mając do dyspozycji zaledwie 10 domków wypoczynkowych, podpisuje 100 całorocznych umów najmu. Wie przecież doskonale, iż urlopy realizowane są krótko i goście nigdy nie zjadą się w ten sam poniedziałek.

Gdyby taki numer wywinął zwykły przedsiębiorca, prokurator przywitałby go z otwartymi ramionami za pospolity szwindel. Gdy robi to bank, dorabia się do tego uniwersytecką etykietę „dźwigni finansowej”. Na 1 realną złotówkę w sejfie bank wpuszcza w obieg 10, a w okresach kryzysowych choćby 30 wirtualnych złotych długu.

Bierzesz kredyt na mieszkanie? Bank nie fatyguje się do skarbca. Dopisuje po prostu wirtualne zera na koncie dewelopera. Przez kolejne 30 lat oddajesz realny pot i krew, by te fikcyjne zera z ekranu wykasować, ale odsetki, które płacisz, są już w 100% prawdziwe – i to z nich zarządy fundują sobie jachty ze złotymi klamkami.

Efekt? Długi na świecie są dziś 2000 razy większe niż cała roczna produkcja globu. Tego długu matematycznie nie da się spłacić, i o to dokładnie chodzi. Niewolnik ze spłaconym długiem staje się bezużyteczny.

Kto ustawia się z nożycami do golenia nas, gdy tylko uda się nam wytworzyć cokolwiek wartościowego? Pojawiają się natychmiast wielkie fundusze inwestycyjne, banki komercyjne spijające śmietankę z monopolu na kreację długu i ściąganie odsetek, fiskus i machina urzędnicza, strażnicy własności intelektualnej itp.

Gdyby zlikwidować te wszystkie pasożytnicze ogniwa, ceny w sklepach spadłyby o co najmniej 80%. Kupując cokolwiek, zaledwie 20% płacimy za realny trud twórcy – pozostałe 80% to haracz za prawo wstępu na rzeźnię.

Żeby zobaczyć ten obłęd w pełnej krasie, wystarczy spojrzeć na polską rzeczywistość, np.:

  • Pomogłeś bezinteresownie sąsiadowi wyremontować dom po powodzi! Urząd skarbowy z miejsca uzna to za „nieodpłatne świadczenie” i wyciągnie rękę po podatek dochodowy. A jak pogorzelec nie ma z czego zapłacić, dowali mu się 75% karnego domiaru od nieujawnionych dochodów. Państwo z urzędową powagą karze za sam odruch ludzkiej solidarności.
  • Uboga matka nie radzi sobie finansowo? Zamiast dać jej zasiłek na przetrwanie, sąd odbiera dziecko i przekazuje je obcej rodzinie zastępczej, której państwo bez mrugnięcia okiem płaci 1500 zł miesięcznie.
  • Rząd potrzebuje funduszy na budowę dróg. Zamiast wyemitować bezodsetkowy pieniądz przez własny bank centralny, usłużnie i w pokłonach idzie do prywatnych banków komercyjnych po drogi kredyt. Kto funduje bankierom ten gigantyczny zysk? My wszyscy w podatkach. Klasyczny transfer publicznego grosza do prywatnej kieszeni, a gdy ludzie wreszcie zaczynają wiązać koniec z końcem, bank centralny podnosi stopy procentowe, by „schłodzić gospodarkę” – czyli w praktyce przydusić mały biznes i wywołać bezrobocie, wmawiając nam, iż to dla naszego dobra.

Wmawianie nam, iż obecny system to naturalny stan rzeczy, brzmi jak zbiorowy syndrom sztokholmski.

Polacy, czas sięgnąć po elementarną higienę myślenia. Pieniądz to miara, nie towar. Nie handluje się metrem ani litrem, więc handel samym pieniądzem i naliczanie odsetek od inwestycji w przyszłość to czysta patologia. Kredyt inwestycyjny na rozwój powinien być bezodsetkowy. Pieniądz musi opierać się na sile nabywczej, na koszyku dóbr gwarantujących godne przeżycie, a nie na nastrojach giełdowych spekulantów.

Przestańmy powtarzać mantry o „konieczności zaciskania pasa”. W świecie uginającym się pod ciężarem nadprodukcji. Ta cała ta skomplikowana architektura finansowa służy wyłącznie temu, by owce same prosiły o kolejne strzyżenie. Gospodarka ma służyć człowiekowi, a nie wykresom giełdowym. Pora wreszcie zacząć dyskusję o fundamentach budowy Wielkiej Polski.

Edmund Szwed

Idź do oryginalnego materiału