Echo nocy w szpitalnej ciszy – Opowieść Aleksandry o samotności, utraconych świętach i niespodziewanej bliskości podczas Nowego Roku w polskim centrum rehabilitacji

newsempire24.com 8 godzin temu

Echo w nocy

Do oddziału rehabilitacyjnego trafiłam dwa tygodnie przed Sylwestrem. Wcześniej się nie dało zabrakło miejsc.

Zdrowie to poważna sprawa, więc kiedy dostałam skierowanie, bardzo się ucieszyłam. Centrum medyczne, do którego mnie skierowano, miało bardzo dobrą opinię w całym Krakowie.

A jednak gdzieś głęboko we mnie zakręcił się robak niepokoju. Przecież zbliża się Nowy Rok, rodzinne tradycje, sałatka jarzynowa, świeżo pieczone ciasta

Od dziecka kochałam ten czas. Ubieranie choinki, dekorowanie mieszkania, nerwową krzątaninę, wybieranie prezentów. No i te wszystkie świąteczne przygotowania A tu? Z tego wszystkiego musiałam zrezygnować.

Próbowałam sama siebie przekonywać od pierwszego dnia, iż przecież to nie ostatni Sylwester w moim życiu, iż może na Trzech Króli już będę w domu.

Chyba choćby udało się trochę pogodzić z sytuacją.

***

Umieszczono mnie w przytulnej, dwuosobowej sali z telewizorem, a moją współlokatorką została o połowę młodsza kobieta. Zlecono mi mnóstwo ćwiczeń i zabiegów, miałam rehabilitację ruchową i mawiali mi, iż radzę sobie świetnie.

Lekarze twierdzili, iż robię postępy, a ja naprawdę starałam się nie opuszczać żadnych zajęć. choćby na siłownię się zapisałam, bo pani Magda instruktorka gimnastyki bardzo mi przypadła do gustu.

Słyszałam od wszystkich pochwały i kiwałam głową z uśmiechem, a jednak w środku czułam się smutna.

Po raz pierwszy w życiu nie szykowałam się na Nowy Rok. Nie kupowałam prezentów, nie myślałam o sałatce jarzynowej ani nie wybierałam kreacji.

Nowy Rok pędził gdzieś obok, jakby mnie całkiem omijał.

Zdrowie jest najważniejsze, wmawiałam sobie po raz setny, fajnie spędzę święto z koleżanką z sali.

30 grudnia jednak koleżankę wypisali. Gdy za nią zamknęły się drzwi, zostałam zupełnie sama. W kompletnej ciszy.

***

31 grudnia rano zadzwoniły dzieci złożyły życzenia, pytały o samopoczucie i obiecały wpaść po świętach.

To zrozumiałe mają swoje rodziny, plany, obowiązki. Kilka sms-ów od dawnych znajomych z pracy jeszcze w ciągu dnia

A potem zapadła noc.

***

Słyszałam, jak po orędziu prezydenta na korytarzu pojawiły się inne towarzyszki niedoli.

Wszyscy starali się wykrzykiwać: Szczęśliwego Nowego Roku! Dużo szczęścia!

Nie ruszałam się z miejsca.

Czułam, jakby między mną a całym tym świętowaniem stał niewidzialny mur.

Smutne poczucie bycia nikomu niepotrzebną…

***

Wzięłam do ręki telefon: tak bardzo chciałam usłyszeć czyjś głos!

Ale do kogo zadzwonić?

Tyle kontaktów

Basia koleżanka ze szkoły, nie widujemy się od lat, choć czasem lajkujemy swoje zdjęcia na Facebooku.

Wygodne. I zupełnie puste.

Tomek były mąż. Do niego już nie warto dzwonić.

Szybko przewinęłam dalej.

Paweł syn. Oczywiście, odebrałby. Porozmawiałby, choćby gdyby trzeba było wszystko rzucić i przyjechać.

Ale nie chciałam pokazać się jako słaba. Syn przywykł widzieć we mnie siłę

Przejrzałam pozostałe numery i nie znalazłam nikogo, do kogo bym zadzwoniła właśnie teraz, choćby w tak wyjątkową noc. Mój telefon wydawał mi się zupełnie nie na miejscu. To chyba tylko ja poczułabym jego wagę.

Do kogo zadzwonić? Chociaż do kogokolwiek wyszeptałam w sterylnej ciszy sali.

I popłakałam się.

Tak to wyglądało: wszystko miałam dom, pracę, doświadczenie, mnóstwo znajomych.

A jednocześnie nie miałam nic. I nikogo.

***

Gdy to do mnie dotarło z całą mocą, postanowiłam uciec.

Narzuciłam płaszcz i wyszłam na zewnątrz. Ostry zimowy wiatr przeszył mi płuca.

Obok centrum rehabilitacyjnego jest mały, zasypany śniegiem park. Zaczęłam tam iść nie wiedząc po co. Po prostu musiałam sobie znaleźć jakieś miejsce.

Na ławce siedział mężczyzna mniej więcej w moim wieku, może trochę starszy.

Nie patrzył na światła miasta, tylko gdzieś w przestrzeń.

Nagle zrobiło mi się go żal. Chciałam powiedzieć choć jedno słowo.

Cicho powiedziałam:

Dobry wieczór.

Mężczyzna podniósł wzrok. Uśmiechnął się pogodnie, ze śladami zmarszczek wokół oczu.

Dobry wieczór, szczęśliwego Nowego Roku.

Odruchowo odpowiedziałam uśmiechem. Takie proste, odpowiednie słowa. W środku aż zadźwięczało.

A pan dlaczego tutaj?

Nie mam już z kim rozmawiać w domu odpowiedział cicho. Żona nie żyje od trzech lat. Córka mieszka w Niemczech, dzwoniła dzisiaj, złożyła życzenia, ale jest zajęta. Więc przyszedłem tutaj. A pani jest z ośrodka?

Pokiwałam głową:

Tak. Dochodzę do siebie po chorobie. I dziś uświadomiłam sobie, iż w tę sylwestrową noc nie mam do kogo zadzwonić. Telefon pełen kontaktów, a nie mam komu powiedzieć choćby słowa.

Nie był tym zaskoczony.

Tak to już jest. Samotność przychodzi po cichu. Pewnego dnia dociera, iż jeżeli coś się nam stanie, nikt się nie dowie. Nikt nie usłyszy. Nikt nie przyjdzie spojrzał na mnie przenikliwie. I wtedy, żeby nie zniknąć, trzeba się odważyć. Na przykład odezwać się pierwszemu. Tak jak pani dzisiaj To oznacza, iż ma pani siłę.

Wcale się nie czuję silna

To nie ma znaczenia odparł łagodnie. Silnymi się nie rodzimy. Silni stajemy się wtedy, gdy mimo wszystko idziemy dalej, choćby gdy życie się od nas odwróci. I proszę jeżeli jutro tu nie przyjdzie pani ja i tak poczekam. Bo już wiem, iż pani istnieje.

Usłyszałam te słowa i nagle pojęłam wyraźnie: całe życie szukałam kogoś, kto ochroni mnie przed samotnością nie wiedząc, iż mogę stać się wsparciem dla kogoś innego.

***

Wracając na salę ściskałam w dłoni karteczkę z numerem telefonu, który nowy znajomy pan Stefan Janusz starannie zapisał drżącym pismem.

Pustka w środku nie zniknęła, ale zagościło w niej coś ciepłego. Echo czyjegoś głosu:

Będę czekać

Pierwszy raz od dawna rozmyślałam nie o tym, co straciłam, ale o tym, co może mnie czekać. Nie o nowym życiu, tylko o jutrze. Rano.

Może zadzwonić? myślałam, zasypiając po prostu, by powiedzieć: Dzień dobry, panie Stefanie…albo pójść do parku? Przecież mogłabym przynieść kawę z automatu Albo upiec w kuchni wspólnie jakieś drożdżówki, gdy już wrócę do domu?

Uśmiechnęłam się do siebie.

Zrozumiałam coś jeszcze samotność bywa przestrzenią, w której słychać echa. Nie swoich własnych myśli, ale jeszcze cichszych pragnienia, żeby znaleźć drugiego człowieka.

Wzięłam głęboki oddech. Odłożyłam telefon na stolik. Wiedziałam już, iż nie chodzi o to, do kogo zadzwonić tego wieczoru, ale o to, żeby następnego dnia spotkać kogoś na ławce i powiedzieć: Jestem. Chciałam się przywitać.

A w tej sali, nieco rozjaśnionej światłami z zewnątrz, z poczuciem, iż gdzieś tam ktoś naprawdę czeka, zamknęłam oczy.

Po raz pierwszy od bardzo dawna poczułam się na swoim miejscu.

Po drugiej stronie nocy czekało jutro i tym razem nie bałam się go wcale.

Idź do oryginalnego materiału