Dziewiątego czerwca wydawałam za mąż córkę. Gości było niewielu, może trzydziestu pięciu, głównie krewni i przyjaciele pana młodego

polregion.pl 8 godzin temu

Dziewiątego czerwca wydawałam za mąż córkę.

Gości było niewielu, może trzydziestu pięciu.

Głównie krewni i przyjaciele pana młodego.

Moja Kasia wyglądała prześlicznie, jak każda panna młoda.

Dla mnie jej wczesne zamążpójście w wieku dziewiętnastu lat było zaskoczeniem.

Miałam nadzieję, jak każda matka, iż najpierw skończy studia.

Ale stało się, co się stało.

Córka była na drugim roku, jej narzeczony Tomek na ostatnim.

Postanowili się pobrać i koniec.

Tomek uważał, iż życie bez ślubu to brak powagi.

Jego dziewczyna zasługiwała, by od razu zostać żoną na całe życie.

Mój były mąż, ojciec Kasi, nie pojawił się na weselu.

A przecież go zaprosiliśmy.

Dał córce trochę złotych, no to zawsze coś.

Minęło pięć lat, jak odszedł z domu.

Nie garnął się do kontaktów z córką.

Ograniczał się do alimentów przesyłanych przez księgowość.

Wesele było w pełni, wodzirej znał się na rzeczy.

Niepokoił mnie tylko jeden z gości.

Pewnie jakiś daleki krewny pana młodego.

Nie spuszczał ze mnie wzroku.

Gdziekolwiek się ruszyłam, czułam na sobie jego spojrzenie.

Nawet się zirytowałam.

Jak ten chłopak śmie tak na mnie patrzeć?

Zabrzmiał walc, rzadki na współczesnych imprezach.

Mało kto go teraz potrafi.

Uwielbiam walce, ruszyłam więc w tany z tym samym chłopakiem.

Tańczył fenomenalnie.

Staliśmy się najpiękniejszą parą na parkiecie.

Suknia szmaragdowa układała się wdzięcznie na mojej sylwetce.

Fryzura i blask w oczach czyniły mnie nieodpartą.

— Gdzieś się tak nauczył tańczyć? — spytałam, gdy odprowadzał mnie po tańcu.

— Latami trenowałem tańce towarzyskie — odpowiedział z uśmiechem.

— Od razu wiedziałem, iż nikt tu nie zatańczy lepiej od pani.

Resztę wieczoru Adam, tak się przedstawił, tańczył tylko ze mną.

Nie odstępował mnie na krok.

Miałam zawroty głowy od szampana i dziwnej lekkości.

Co z tego, iż młodszy, myślałam.

Dziś tańczę, ile zechcę, kiedy znów będę miała okazję?

Po ślubie Kasia wyprowadziła się do męża.

Na razie wynajmowali mieszkanie.

Mój urlop się skończył, wróciłam do pracy w ośrodku pomocy społecznej.

Byłam zaskoczona, widząc Adama z bukietem róż przed budynkiem.

— Po coś tu przyszedł? I jeszcze z kwiatami? — obruszyłam się.

— Jutro koleżanki będą się ze mnie śmiać.

— Już pracuję po studiach, kończę godzinę wcześniej — odparł urażony.

— Paliła mnie ochota, żeby panią zobaczyć.

— Adres wyciągnąłem od córki. Nie jestem aż taki młody, mam dwadzieścia pięć lat.

— A ja czterdzieści, jakby co — zawróciłam w stronę przystanku.

— Czterdzieści? Niemożliwe! A choćby jeśli, co z tego?

— Będę panią kochał w każdym wieku, nikt mi nie zabroni.

— Uwierzyłem w miłość od pierwszego wejrzenia, na weselu jestem zgubiony.

Adam zaczął czekać na mnie codziennie.

Dojeżdżał ze mną autobusem pod dom, a potem wracał do siebie.

Nic nie wymuszał, był uprzedzająco grzeczny.

Jego zalety pochlebiały mi, ale zdawałam sobie sprawę z różnicy wieku.

Nie chciałam mu życia psuć, powinien znaleźć młodszą dziewczynę.

Choć starałam się go odtrącać, z czasem zaczęliśmy się zbliżać.

Adam okazał się wrażliwym i dojrzałym człowiekiem.

Gdy zachorowałam na zapalenie płuc, zaopiekował się mną.

Właściwie to on mnie wyleczył.

Wtedy zrozumiałam, iż to nie zabawa, on naprawdę mnie kocha.

Nie wytrzymałam tego natarcia uczuć i poddałam się.

Która kobieta by wytrzymała?

Adam oświadczył się.

Córka i zięć namawiali, żebym go przyjęła.

Wahałam się, byłam pewna, iż prędzej czy później odejdzie.

Może się myliłam.

Idź do oryginalnego materiału