Dziewczyna opiekowała się samotną starszą sąsiadką, wszyscy w kamienicy myśleli, iż robi to dla spadku, ale prawda okazała się zupełnie inna

polregion.pl 1 dzień temu

16 kwietnia 2023

Moja sąsiadka, pani Stefania z trzeciego piętra, od dawna była bliską przyjaciółką mojej zmarłej babci. Kiedy żyła jeszcze babcia, te dwie kobiety praktycznie nie rozstawały się piekły razem ciasta, chodziły na spacery po ławkach w parku Jordana i wzajemnie sobie pomagały. Wszyscy wiedzieli, iż były jak siostry.

Moje dzieciństwo nie należało do najłatwiejszych. Ojciec odszedł od mamy wcześnie, więc wychowywała mnie tylko mama i dziadek. Był dla mnie oparciem, człowiekiem zastępującym wszystko: ojca, autorytet, przyjaciela. Z babcią rozstałem się jeszcze jako mały chłopak, potem los zabrał też mamę przegrała z rakiem, gdy miałem dziesięć lat. Zostałem z dziadkiem. W Krakowie mojego dzieciństwa zawsze pachniało świeżym chlebem i mlekiem w woreczkach, a teraz pozostał tylko on i ja.

Pracowałem, zarabiałem na chleb, ale zawsze starałem się być przy dziadku, szczególnie gdy jego zdrowie zaczęło gasnąć niczym powoli dogasający knot świecy. Wiedziałem, iż jego dni są już policzone.

Pewnego popołudnia dziadek przywołał mnie bliżej łóżka. Piotrku, chciałbym cię o coś prosić.

Słucham, dziadku?

Wiesz, twoja babcia miała najlepszą przyjaciółkę. Przez lata codziennie się odwiedzały. Gdy babci zabrakło, ja jeszcze zaglądałem do Stefy, żeby jej pomóc, naprawić kran, pogadać przy herbacie. Obiecaj mi, kiedy mnie już nie będzie, nie zostawisz jej samej.

Nie zastanawiałem się długo, tylko pokiwałem głową. Obiecuję.

Następnego dnia dziadek odszedł. I oto zostałem sam. Zacząłem odwiedzać panią Stefanię częściej, robiłem zakupy, pomagałem w gotowaniu, poprawiałem kontakt, żeby radio działało. To mnie trzymało w pionie, pozwalało nie myśleć o samotności. Choć pani Stefa miała rodzinę dwie siostry we Wrocławiu i jakiegoś wnuka pod Warszawą nikt się o nią nie troszczył. Była dla nich niemal niewidzialna.

Mijały lata. Gdy pani Stefania zakończyła swoją ziemską wędrówkę, zaraz po pogrzebie w jej mieszkaniu zaroiło się od krewnych. Brzęk kluczy, szelest papierów każdy czegoś szukał. Wszyscy wiedzieli, o co chodzi: o pieniądze, o biżuterię, o złotówki i rodzinne pamiątki.

Mnie w tym mieszkaniu nie ciągnęło do niczego poza jednym zdjęciem, na którym były razem z moją babcią, śmiejące się na polanie gdzieś pod Krakowem.

Następnego dnia przyszła do mnie jedna z jej sióstr.

Piotrze, tak się sprawy mają Wiesz, Stefa zostawiła testament. Spisała wszystko na ciebie. Ale przecież my jesteśmy rodziną! Byłam zajęta, miałam swoje problemy, wiesz jak jest. Oddaj nam to, co dostałeś, znajdzie się dla ciebie jakiś grosz.

Popatrzyłem na nią spokojnie. Dobrze, przekażę wszystko, jak tylko trzeba.

Cały spadek po pani Stefanii, razem z oszczędnościami, przekazałem krakowskiemu Domowi Dziecka nr 5. Rodzina Stefy już do mnie nie wróciła.

Po latach, gdy wracam do tych wydarzeń, wiem, iż dobro da się czynić po cichu i nie dla oklasków. Najważniejsze wartości w życiu nie mierzy się w złotówkach, tylko sercem.

Idź do oryginalnego materiału