Powiem od razu: nie jestem częścią tej rodziny. Jestem tylko sąsiadką z naprzeciwka, kierowniczką sklepu spożywczego na rogu, i przez trzydzieści dwa lata patrzyłam na ten dom przez witrynę mojej lodówki z napojami. Nazywam się Barbara Kwiatek, mam sześćdziesiąt jeden lat, i to, co widziałam tamtej jesieni, zapamiętam chyba do końca życia.
Wiktor Sękowski przeprowadził się do naszej wsi pod Krosnem jeszcze jako młody cieśla, zaraz po wojsku. Ożenił się z Haliną, dziewczyną z sąsiedniej wsi, cichą, pracowitą, o rękach zawsze czerwonych od prania. Chciał syna. Bardzo chciał. U nas we wsi mówiło się o tym otwarcie, bez cienia taktu — starsi mężczyźni przy piwie w barze pana Kazika potrafili rzucić: „Sękowski, ty tam same córki produkujesz, co?". Śmiali się, on milczał, płacił za piwo i wracał do domu.
Urodziła się Marta. Potem Ewa. Potem Renata. Bliźniaczki — Kasia i Ola. Potem Zosia. Potem Ada. I na końcu Julka, najmłodsza. Siedem córek. Ani jednego syna. Pamiętam, jak Halina przychodziła do mnie po mleko w proszku dla kolejnego niemowlaka i przepraszająco się uśmiechała, jakby to była jej wina, iż natura tak zdecydowała.
Wiktor nigdy nie podniósł na nią ręki, tego jestem pewna, bo ściany w tych domach są cienkie, a plotka u nas roznosi się szybciej niż grypa w przedszkolu. Ale wieczorami siadał na ganku, paląc papierosa za papierosem, i patrzył w stronę pola za stodołą. Halina mówiła mi kiedyś przy kasie, ściszając głos: „On się nie złości. On po prostu gaśnie, Basiu. Powoli."
Dom, który zbudował własnymi rękami jeszcze przed ślubem, był solidny — grube belki, pięć okien od frontu, ganek z tralkami, które sam wystrugał. Miał tam warsztat, w którym trzymał dziadowski heblarz i całą kolekcję dłut. Mówił kiedyś memu mężowi, świętej pamięci Zenkowi, iż marzy o tym, żeby przekazać komuś ten fach. Nie koniecznie synowi z krwi — po prostu komuś, kto by to podjął.
Zenek na to: „Wiktor, masz siedem par rąk w domu, naucz je." Wiktor się tylko roześmiał, jakby to był żart.
Lata leciały. Dziewczyny wyjeżdżały jedna po drugiej — Marta do liceum pedagogicznego w Rzeszowie, Ewa na pielęgniarstwo, Renata do szkoły handlowej, bliźniaczki na rachunkowość, Zosia do domu kultury, Ada nad moje, przepraszam, nad polskie morze do pracy sezonowej w ośrodku, Julka na kurs krawiecki. Dom pustoszał pokój po pokoju. Pamiętam, iż kiedy Zosia wyjechała jako ostatnia z młodszych, Halina przez tydzień nie otwierała okiennic w ich dawnym pokoju — mówiła, iż nie ma siły na to patrzeć.
Halina zmarła nagle, we śnie, jakieś sześć lat temu. Miałam wtedy okazję zanieść Wiktorowi kwiaty od sklepu na pogrzeb — u nas tak się robi, każdy sąsiad coś przynosi. Wiktor stał przy trumnie sztywno, jakby sam był z drewna, które przez całe życie obrabiał.
Po pogrzebie zjechały się wszystkie córki, po raz pierwszy od lat w komplecie. Z mężami, dziećmi, wnukami. Siedziały przy stole, piły herbatę z tego samego serwisu, z którego Halina częstowała gości na chrzcinach każdej z nich. Marta, już wtedy dyrektorka szkoły w Rzeszowie, zaproponowała ojcu przeprowadzkę do siebie. Ewa, oddziałowa na chirurgii w szpitalu w Krośnie, zaoferowała to samo. Bliźniaczki chciały podzielić rok na pół. Wiktor podniósł rękę, jakby zamykał zebranie.
— Nigdzie stąd nie ruszę — powiedział. — Wasza matka tu leży, na cmentarzu za wsią. To mój dom. Sam go stawiałem.
Odjechały. Zostałam ja, patrząca zza lady, jak stary człowiek sam nosi wodę i rąbie drewno.
Rok po roku było gorzej. W wieku siedemdziesięciu trzech lat przestał w ogóle ruszać siekierę — plecy odmówiły posłuszeństwa. Siedemdziesiąt cztery — zaczął gubić klucze, raz szukał ich w mojej lodówce z jogurtami, bo pomylił sklep z własną spiżarnią. W wieku siedemdziesięciu pięciu lat runął na tym swoim ganku i leżał tam prawie godzinę, zanim moja sąsiadka, pani Zdzisia, wracająca z autobusu za dziesięć złotych, go zauważyła i wezwała pogotowie.
To wtedy coś musiało pęknąć w tych siedmiu głowach jednocześnie, bo we wrześniu, gdy liście na jego starej gruszy zaczęły żółknąć, przed dom zajechała ciężarówka z przyczepą pełną belek drewna. Za nią dwa samochody osobowe. Wysiadały z nich wszystkie po kolei — z mężami, dziećmi, w roboczych kurtkach. Stałam w drzwiach sklepu z workiem cukru w rękach i patrzyłam, jak Wiktor wychodzi na ganek i zamiera.
— Co wy wyprawiacie? — usłyszałam jego głos przez całą ulicę.
— Budujemy dom, tato — odpowiedziała Marta. — Nowy.
Nie wierzyłam własnym oczom. Następnego ranka zobaczyłam, jak Renata w gumiakach miesza zaprawę, jak bliźniaczki w rękawicach roboczych podają cegły mężom, jak najmłodsza Julka, ta w szpilkach na pogrzebie matki, teraz w starych dresach piłuje deski razem z mężem, budowlańcem z zawodu. Okazało się, iż Ewa wyszła za pielęgniarza szpitalnego, który po godzinach dorabiał na budowach, iż mąż Renaty prowadził własną firmę remontową, iż zięć znad morza znał się na dachach jak nikt inny we wsi.
Przez trzy tygodnie patrzyłam z okna sklepu, jak stary dom Wiktora znika w rusztowaniach, jak obok niego rośnie nowy, mniejszy, ale ciepły, z podjazdem dla wózka, z szerokimi drzwiami, z łazienką na parterze — bo ktoś tam pomyślał, iż staruszkowi będzie trudno wchodzić po schodach. Wiktor przez pierwszy tydzień siedział na starym krześle pod gruszą i tylko patrzył, nic nie mówiąc. Zanosiłam mu czasem bułki, bo nikt nie miał czasu gotować przy takim tempie pracy, a on brał je w milczeniu, z twarzą człowieka, który nie wie, czy ma się cieszyć, czy się bać.
Pamiętam dzień, kiedy postawili ostatnią belkę więźby dachowej. Wiktor wstał z krzesła, podszedł, dotknął drewna — sprawdzał, jak to robił całe życie, czy jest suche, czy dobrze heblowane. Marta stała obok z rękami umazanymi w wapnie.
— Kto to wam ciął? — zapytał chrapliwie.
— Ja, tato — odpowiedziała cicho Ola, ta bliźniaczka, która od dziecka najbardziej lubiła siedzieć w jego warsztacie. — Pamiętasz, jak mnie uczyłeś trzymać dłuto? Nikt inny nie chciał się uczyć, więc siadałam z tobą.
Wiktor nic nie powiedział. Odwrócił się i poszedł do warsztatu, tego starego, jeszcze ocalałego z rozbiórki, i wrócił z dziadowskim heblarzem owiniętym w szmatę, tym samym, o którym mówił kiedyś memu mężowi. Podał go Oli bez słowa. Ona wzięła narzędzie obiema rękami, jakby ktoś jej wręczał order.
Dom skończyli w listopadzie, tuż przed pierwszymi przymrozkami. Zorganizowały parapetówkę — zaprosiły całą wieś, i mnie też, bo przez lata sprzedawałam Halinie mleko dla dzieci na kredyt, kiedy pieniądze się kończyły przed wypłatą. Na stole stał żurek, bigos i ciasto drożdżowe upieczone przez Zosię. Wiktor siedział na honorowym miejscu, w nowej koszuli, którą kupiła mu Julka, ta od krawiectwa, uszyta na miarę, bo stary już schudł i nic na niego nie pasowało.
W pewnym momencie wstała Renata, ta z firmą handlową, i wyjęła z torebki teczkę z dokumentami.
— Tato, musisz to podpisać — powiedziała, kładąc papiery na obrus obok talerza z żurkiem.
Wiktor spojrzał podejrzliwie.
— Co to?
— Akt notarialny. Dom zapisujemy na wszystkie osiem — poprawiła się, licząc siebie i siostry — to znaczy na siedem, w równych częściach. Ale mieszkasz tu ty, dożywotnio, i nikt, choćby żadna z nas, nie ma prawa cię stąd ruszyć ani sprzedać niczego bez twojej zgody. Notariusz z Krosna już to sprawdził, wszystko jest czyste.
Wiktor trzymał długopis w palcach, które drżały bardziej niż zwykle. Podpisał. Potem odłożył pióro i powiedział coś, co usłyszałam, bo stałam akurat najbliżej, dolewając herbaty.
— Ja przez pięćdziesiąt lat myślałem, iż budowałem dom dla syna, którego nie było. A wyszło, iż budowałem go dla córek, które przyjechały z całej Polski, żeby postawić mi nowy.
Nikt nic na to nie odpowiedział. Julka tylko dolała mu żurku, a Ola odłożyła obok jego talerza ten sam heblarz, wyczyszczony i naoliwiony, jakby miał znowu służyć.
Ja poszłam do domu koło jedenastej, bo rano trzeba było otwierać sklep. Za oknem paliło się światło w nowym domu Wiktora Sękowskiego — pierwszy raz od śmierci Haliny widziałam, żeby świeciło się tam do tak późna, i żeby dochodził stamtąd śmiech.












