Dziesięć lat bez kluczyków

newsempire24.com 6 dni temu

Klucze leżały w szufladzie komody w przedpokoju przez dziewięć lat i cztery miesiące. Wiem to dokładnie, bo policzyłam, siedząc kiedyś na podłodze kuchni w Bydgoszczy, z telefonem w ręku i kalendarzem otwartym na aplikacji. Nazywam się Marta Kubiak, mam trzydzieści sześć lat, pracuję jako logistyk w firmie transportowej przy ulicy Fordońskiej — ironia losu, iż codziennie planuję trasy dla kierowców ciężarówek, a sama od dekady nie potrafiłam wyjechać choćby na osiedlowy parking.

Wypadek zdarzył się w listopadzie, na obwodnicy pod Toruniem. Nie ja siedziałam za kierownicą — prowadził mój ówczesny narzeczony, Bartek. Poślizg, bariera energochłonna, karetka, dwa dni w Wojewódzkim Szpitalu Zespolonym. Fizycznie wyszłam z tego z pęknięciem obojczyka. Psychicznie — z czymś, co terapeutka nazwała później zespołem stresu pourazowego związanego z prowadzeniem pojazdów. Bartek zresztą też się wtedy zmienił, ale to już inna historia — rozstaliśmy się rok później, kiedy zrozumiałam, iż każde jego "podwiozę cię" brzmiało dla mnie jak wyrok, nie jak pomoc.

Przez te lata moje życie skurczyło się do promienia działania autobusu numer 68 i tramwaju, który jeździł spod bloku prosto do centrum. Zakupy planowałam pod kątem tego, ile uniosę w dwóch reklamówkach. Wesele kuzynki w Chełmnie omijałam, bo dojazd pociągiem zajmowałby cztery godziny w jedną stronę z przesiadkami. Mama, pani Halina, dzwoniła co niedzielę i pytała to samo: "Marteczko, może by tak spróbować, chociaż na parkingu pod blokiem?". Odpowiadałam, iż tak, może, kiedyś. Kiedyś nie nadchodziło.

Punktem zwrotnym był zwykły wtorek w marcu, kiedy moja siostrzenica, dziewięcioletnia Zosia, złamała rękę na basenie na Wyżynach, a ja stałam na przystanku i patrzyłam, jak odjeżdża mi autobus sprzed nosa. Zadzwoniłam do siostry z płaczem, bo dotarcie do szpitala zajęłoby mi czterdzieści minut zamiast dwunastu, które zajęłoby autem. Tamtego wieczoru wyjęłam klucze z szuflady i położyłam je na stole w kuchni. Leżały tam trzy tygodnie, zanim odważyłam się je dotknąć.

Pierwszy krok był śmiechu wart — usiadłam za kierownicą swojego starego opla na pustym parkingu marketu przy Wojska Polskiego, o siódmej rano w niedzielę, kiedy nikogo tam nie było. Nie ruszyłam silnika. Po prostu siedziałam, trzymając kierownicę, aż zrobiło mi się gorąco pod bluzą mimo chłodu na zewnątrz. Wróciłam tam jeszcze cztery niedziele z rzędu, zanim przekręciłam kluczyk w stacyjce.

Drugi krok okazał się trudniejszy, niż myślałam. Zapaliłam silnik, przejechałam wolno wzdłuż linii na asfalcie, jakieś dwadzieścia metrów — i wtedy z bocznej ulicy wyjechał śmieciarski samochód, zatrąbił, bo źle oceniłam odległość przy manewrze. Zatrzymałam auto na środku parkingu, wyłączyłam silnik i przez dziesięć minut nie wychodziłam z samochodu, wpatrując się w zegar na desce rozdzielczej, aż cyfry przestały mi się rozmywać. Zrezygnowałam wtedy z myśli o dalszej jeździe na trzy tygodnie.

Do prawdziwej jazdy potrzebowałam kogoś, kto nie znał mnie z czasów przed wypadkiem. Znalazłam ogłoszenie instruktora, pana Roberta, sześćdziesięciodwuletniego mężczyzny o głosie tak spokojnym, iż przy nim choćby trzaśnięcie drzwi sąsiada nie wydawało się groźne. Pierwsza godzina jazdy z nim skończyła się tym, iż zjechałam na pobocze ulicy Skłodowskiej-Curie i poprosiłam o pięć minut przerwy, bo ręce mi się trzęsły tak, iż nie czułam kierownicy. Pan Robert nie ponaglał. Powiedział tylko, żebym otworzyła okno i policzyła samochody, które nas wymijają, aż do dwudziestu. Doliczyłam do trzynastu i ruszyłyśmy dalej.

Dziś jeżdżę regularnie od czternastu miesięcy. Most Uniwersytecki wciąż potrafi przyspieszyć mi puls, a deszcz na obwodnicy przez cały czas wywołuje suchość w ustach, ale nie zawracam już z trasy tak jak jeszcze rok temu. W zeszły weekend dostałam propozycję od lokalnego salonu, żeby przetestować kabriolet — czerwony, z opuszczonym dachem, zupełnie inny od mojego oplaka. Umówiłam się na sobotę rano, na pusty parking przy hali widowiskowej, tam gdzie zaczynałam moją drogę powrotną kilkanaście miesięcy wcześniej.

Kluczyki od kabrioletu podał mi młody sprzedawca, Kacper, który nie miał pojęcia, iż dla mnie to coś więcej niż testowa jazda. Usiadłam, zapięłam pas, ustawiłam lusterko — dokładnie tak, jak nauczył mnie pan Robert. Silnik zaskoczył cicho. Ręce na kierownicy nie drżały już tak, jak drżały czternaście miesięcy temu.

Zadzwoniłam do mamy z parkingu, zanim jeszcze ruszyłam. Powiedziałam jej, iż siedzę w kabriolecie, dach opuszczony, słońce grzeje w twarz, i iż za chwilę pojadę do Chełmna — tego samego Chełmna, na wesele, do którego kiedyś nie dojechałam. Mama przez chwilę nic nie mówiła, tylko słyszałam, jak w tle brzęczy czajnik, który zawsze stawiała, kiedy się denerwowała. Potem powiedziała tylko: "To jedź, córeczko. Zadzwoń, jak dotrzesz".

Na obwodnicy zaczął padać drobny, kłujący deszcz. Włączyłam wycieraczki i poczułam, jak żołądek zaciska mi się w supeł, kiedy z lewego pasa wyprzedziła mnie ciężarówka z naczepą — takie same auta planuję codziennie w tabelkach w pracy, ale z tej perspektywy wyglądała jak ściana blachy pędząca centymetry od drzwi. Ręka sama zaczęła się przesuwać w stronę kierunkowskazu, żeby zjechać na najbliższy parking i przeczekać. Zamiast tego zdjęłam nogę z gazu, zwolniłam do sześćdziesięciu i włączyłam radio na stację, którą zawsze słuchał tata. Most Uniwersytecki majaczył już przede mną, szary od deszczu, a ja liczyłam przęsła, tak jak kiedyś liczyłam samochody z panem Robertem — jedno, drugie, trzecie — aż skończyły się razem z mostem.

Dotarłam po czterdziestu minutach, zaparkowałam pod domem cioci, wysiadłam i przez chwilę stałam, dotykając dachu auta, ciepłego od słońca, które w końcu przebiło się przez chmury. Zosia, już bez gipsu, wybiegła mi na spotkanie i zapytała, czy to moje auto. Powiedziałam, iż nie, iż tylko na weekend — ale iż to ja je prowadziłam, całą drogę, sama, choćby przez most. Zosia wzruszyła ramionami, jakby nic w tym nie było niezwykłego, i pociągnęła mnie za rękaw w stronę ogrodu, gdzie ciocia rozstawiała już stoły na przyjęcie. Odpisałam mamie jedną wiadomość: "Dojechałam. Zadzwonię wieczorem".

Idź do oryginalnego materiału