Słuchaj, muszę ci opowiedzieć tę historię nie uwierzysz, co zrobiłam w dniu, kiedy szłam się rozwieść.
Kiedy Paweł, mój mąż, oznajmił mi, iż chce rozwodu, pierwsze co zrobiłam, to otwarłam szafę i wyjęłam moją suknię ślubną.
On patrzy na mnie przerażonym wzrokiem i pyta: Co ty, do licha, robisz?
Odpowiadam spokojnie: Założę tę suknię do sądu, strzepując z niej kurz, bo trochę już przeleżała nieużywana.
Paweł robi wielkie oczy: Zwaryowałaś? Przecież nie możesz iść się rozwieść ubrana jak panna młoda!
Mówię: A czemu nie? Ty też załóż garnitur, ten ślubny. Skoro w nim przysięgałeś miłość na całe życie, to w tym samym stroju zakończmy ten rozdział. Niech to będzie do końca uczciwie.
Widziałam, jak próbuje coś wymyślić, ale nie ma choćby jednego sensownego argumentu. Dosłownie dwadzieścia minut później szukał marynarki po całej szafie, coś tam pod nosem mrucząc.
Jak podjechaliśmy pod sąd w Warszawie, ochroniarz z wrażenia aż zamarł. Jedna kobieta krzyknęła: Gratuluję! Druga ją szturchnęła i szepnęła: Cicho bądź, oni się rozwodzą, nie żenią!
Sędzina o mało co nie spadła z krzesła, jak nas zobaczyła ja cała na biało, welon, pełna gala. Paweł w smokingu, mucha pod szyją, lakierki wypucowane jak na ślub.
Proszę pani, mówi sędzina, ledwo powstrzymując śmiech, mogę zapytać, dlaczego jest pani ubrana jak panna młoda?
Mówię z pełną powagą: Wysoki Sądzie, ten mężczyzna przysięgał mi miłość, mając na sobie dokładnie ten garnitur. Skoro śmierć jeszcze nas nie rozdzieliła, a on mimo to chce wszystko zakończyć, niech przynajmniej patrzy na mnie tak, jak wtedy, gdy obiecywał wieczność.
Paweł spojrzał na mnie z mokrymi oczami: Nigdy Cię nie okłamałem. Naprawdę Cię wtedy kochałem, naprawdę.
Zapytałam cicho: A teraz? I sama poczułam, iż głos mi się łamie.
Sędzina chrząknęła: Wiecie co? Dam wam pół godzinki przerwy. Idźcie się przejść, pogadajcie. jeżeli wrócicie, dalej chcąc się rozwieść i w tych strojach, przeprowadźmy tę sprawę. Ale mam przeczucie, iż ktoś, kto tak tu dziś przyszedł, jeszcze nie powiedział ostatniego słowa.
Wyszliśmy na korytarz. Paweł poprawił mi welon, który przekrzywił mi się ze stresu.
Mówi: Wyglądasz przepięknie. Jak wtedy.
Ty też niczego sobie wyglądasz, powiedziałam, choć nie mogłam się powstrzymać od ironicznego uśmiechu. Choć z ciebie głupek.
Tak staliśmy w tych ciuchach, jak na własnym weselu, tylko iż w sądowym korytarzu i nie bardzo wiedzieliśmy, co robić dalej.
I wtedy Paweł cicho mówi: A może… zamiast rozwodu pójdziemy na kawałek tortu weselnego i przypomnimy sobie, dlaczego się pobraliśmy?
Nie wiem, stara miłość nie rdzewieje czy po prostu jesteśmy taką dwójką ludzi, którzy muszą wszystko przeżyć w pełnej krasie choćby rozwód? Ech, życie…






