Dzieci przychodzą do mnie odpoczywać i choćby nie zapytają, czy potrzebuję pomocy

polregion.pl 5 godzin temu

Dziś znowu przyszło mi się zastanowić, jak to jest mieć dorosłe dzieci, które rzadko dają mi wsparcie. Kiedy odwiedzają mój dom na wsi, zachowują się, jakby przyjeżdżali do kurortu nic nie robią, tylko wypoczywają. Ja natomiast jestem jak obsługa hotelowa: muszę ich przyjąć, ugoszczać, nakarmić, posprzątać i się nimi zaopiekować. Niestety, choćby najmniejszej pomocy z ich strony nie otrzymuję, o pieniądzach już nie wspomnę.

Mam syna, Tomasza, i córkę, Weronikę. Dla mnie przez cały czas są moimi dziećmi, choć przecież to już dorośli ludzie, mają własne rodziny. Tomek ma dwójkę dzieci, Weronika jedno przynajmniej na razie. Mieszkam we własnym domu pod Krakowem, więc dzieci i wnuki często mnie odwiedzają. Jednak z każdym rokiem te wizyty są dla mnie coraz trudniejsze.

Moje dzieci od dawna są przyzwyczajone, iż do mnie można przyjechać i zastać wszystko gotowe. To ja zajmuję się gotowaniem, przygotowaniami, robię zakupy. Staram się, żeby sypialnie były na ich przyjazd wysprzątane, żeby jedzenia nie zabrakło cała lodówka pełna, na stole kilka rodzajów ciast. Taką tradycję wyniosłam z domu rodzinnego. Moja mama zawsze witała gości zastawionym stołem i serdecznością. Ale ja i moja siostra nigdy nie zwalaliśmy na nią całego ciężaru. Pomagałyśmy jej myłyśmy naczynia, zajmowałyśmy się dziećmi, sprzątałyśmy, robiłyśmy zakupy. Wiedziałyśmy, iż mama nie daje rady sama i nigdy nam nie narzekała.

Teraz moje dzieci odwiedzają mnie i jeżeli ktoś z nich zmyje talerz, to jeszcze mają do tego pretensje. O synową i zięcia nie mam żalu, traktuję ich jako gości, nie czują się ze mną tak swobodnie. Ale boli mnie, iż Weronika i Tomek nie widzą, ile mam pracy. Przyjeżdżają, jedzą, oglądają telewizję, swoje dzieci zostawiają ze mną i sami znikają na miasto lub na spacer. Wszystko jest na mojej głowie naczynia, obiad i kolacja, sprzątanie podłóg. W domu robi się zamieszanie, a ja pilnuję każdego wnuka, żeby nie zrobił sobie krzywdy.

Robi się dla mnie coraz trudniej, kręgosłup boli, nie mam już siły stać godzinami przy garach. Wychowanie nie pozwala mi jednak powiedzieć dość i olać obowiązki. U nas nie uchodzi spotkać gości z pustym stołem, wszystko musi być jak należy. Cały tydzień potem dochodzę do siebie po takim weekendzie.

Wiem, iż powinnam prosić o pomoc, ale mam opory. Boję się, iż dzieci się obrażą albo uznają, iż jestem niezadowolona. Cieszę się z wizyt, ale nie daję już rady nosić wszystkiego na barkach. Ciężko mi patrzeć na prace domowe, których nie mogę już wykonać, ale wstyd mi prosić kogokolwiek o wsparcie. Przecież dzieci pracują, mają własne życie, nie chcę ich obciążać obowiązkami.

I nie wiem, co zrobić. Moje wychowanie mi przeszkadza, nie umiem sobie poradzić z tym dylematem. Robienie wszystkiego samemu jest trudne i wycieńczające. Tak naprawdę naprawdę potrzebuję pomocy, niezależnie od tego, jak na to spojrzeć. Ale u nas nie wypada o to prosić. Rodzice nas uczyli, iż sami musimy sobie dać radę. Dlatego cały czas cierpię w milczeniu, nie potrafię się przełamać. Źle mi z tym, ale nie wiem, czy tak powinno być. Nie mogę zrozumieć, dlaczego moi dzieci nie widzą, iż mam już swoje lata i nie mam dwóch serc. Nikogo nie chcę krzywdzić, ale przecież ciągle coś mnie boli. Nie wiem, jak to wszystko rozwiązać.

Idź do oryginalnego materiału