Dziadka już z nami nie ma

twojacena.pl 1 tydzień temu

Dziadka już nie ma

Kasia ledwo co wróciła z kolejnej delegacji i choćby jeszcze nie zdążyła rozpakować walizki, a już zadzwoniła do niej mama.

Głos Haliny Górniak brzmiał niespokojnie, ale Kasia choćby się tym specjalnie nie przejęła.

Może dlatego, iż była po prostu potwornie zmęczona.

Kasiu, kochanie, już wróciłaś?

Cześć mamo. Tak, dotarłam wreszcie. Właśnie weszłam do mieszkania. A ty czemu dzwonisz? Coś się stało?

To dobrze dobrze, iż już jesteś w domu.

Kasia natychmiast wyczuła, iż mama chce jej coś powiedzieć, tylko tak jakoś dziwnie się ociąga. Albo nie wie, od czego zacząć, albo kręci z jakiegoś innego powodu.

Oho, pewnie znowu zebrała plotki z całego bloku i nie może się doczekać, żeby mi wszystko opowiedzieć pomyślała Kasia. Ale nie miała dziś na to najmniejszej ochoty.

Najbardziej na świecie chciała po prostu paść na łóżko i porządnie się wyspać, bo spać w pociągu się nie dało.

W sąsiadującym przedziale jechała rozbawiona czwórka chłopaków, dla których noc była chyba wieczną libacją.

A po północy to choćby urządzili można rzec koncert. Darli się, wyjąc przy gitarze.

I co najlepsze śpiewali też o niej:

Sady jabłoniowe, śliwy się złocą,
Płynie mgła nad rzeką hen,
A wychodzi nad wodą Kasieńka,
Na wysoki brzeg, na stromy brzeg… śpiewy niosły się za ścianą przedziału.

Gdyby Kasia miała lepszy humor, to może by się uśmiechnęła Ale w tym momencie marzyła tylko o tym, by im się te struny pourywały. Niestety, nie urwały się.

Mamusiu, ja się tylko chwilę położę, ogarnę się po podróży, a potem oddzwonię i pogadamy, dobrze?

Kasiu, obawiam się, iż nie będzie okazji westchnęła mama.

Co nie będzie? Kasia dopiero teraz wyczuła w głosie matki coś niepokojącego.

Nie odpoczniesz teraz…

Dlaczego niby? Byłam przecież w delegacji. Należy mi się. Nikogo się nie spodziewam, sama nikogo odwiedzać nie mam zamiaru. Chyba iż czegoś nie wiem? Mam nadzieję, iż nie planujesz mi się zwalić dziś na głowę?

Kasiu, już nie ma dziadka

Kasia pobladła, mocno przycisnęła telefon do ucha i powoli osunęła się na kanapę.

Takiego newsa to się nie spodziewała.

Dziś rano zadzwoniła do mnie jego sąsiadka, pani Maria Dębicka. Poszła mu zanieść mleko, a Stefan Nowacki już no leżał przed progiem, za serce się trzymał i nie oddychał. Całą noc musiał biedak tak przeleżeć. Trzeba jechać na wieś, pochować dziadka. Sąsiedzi, jak coś, pomogą. Kasiu, słyszysz mnie?

Była totalnie skołowana. Ale ciche Mhm zdołała z siebie wydusić.

Maria Dębicka zadzwoniła choćby do jego krewnych. Ale ci się wypięli powiedzieli, iż gdyby zostawił im jakiś spadek, może by przyjechali. Ale po co wydawać pieniądze na podróż do jakiejś ruiny na końcu świata? Ten dom dziadka od lat nikomu niepotrzebny Halina Górniak zrobiła pauzę i ciągnęła dalej: Ja szczerze mówiąc też nie mam chęci jechać do tej wsi, zwłaszcza iż Stefan osobiście mi powiedział, żebym więcej nogi w jego domu nie postawiła. I na pogrzebie również. A ja, jak pamiętasz, obiecałam i dotrzymałam słowa. Więc wszystko w twoich rękach, córeczko. Dasz radę, Kasieńko? Zorganizujesz pogrzeb?

Mama zamilkła. Kasia też nic nie mówiła. Patrzyła tylko na komodę, gdzie leżał list od dziadka.

Ostatni list, wysłany ponad miesiąc temu, patrząc po stemplu.

Nie zdążyła go odebrać, bo akurat wtedy była na delegacji.

W ostatnich sześciu miesiącach to już jej trzecia delegacja i nie wiadomo, czy nie ostatnia. Firma, w której pracowała, otwierała nowy oddział w innym mieście i ona, jako jedyna bez zobowiązań, mimo wszystko zawsze nadawała się do oddelegowania. Wszyscy inni dzieci, zdrowie, rodzina a ona taka niby wolna ptaszyna…

Kasiu odezwała się znowu mama w słuchawce. Szkoda tylko, żeby sąsiedzi pomyśleli, żeśmy starego zupełnie zostawili na pastwę losu. Zawsze był trudny, to prawda. Ale przecież człowiek No i wasze relacje były całkiem dobre To co? Jechać będziesz?

Tak, mamo. Pojadę. Tylko

Kasia wstała z kanapy, podeszła do komody, wzięła list od dziadka do ręki i odłożyła.

Mamo, ja nie rozumiem, jak to się stało? Dziadek czuł się dobrze. Kiedy byłam u niego na święta, trzymał się świetnie, nie narzekał na zdrowie.

No cóż, Kasiu wymruczała mama. Tyle lat przecież już miał. Teraz wielu facetów choćby emerytury nie doczeka, a twój dziadek blisko osiemdziesiątki. Żalić się nie było na co. Niech mu ziemia lekką będzie.

Oczywiście Kasia była w szoku. Bardzo kochała dziadka, może i była jedyną, która w ostatnich latach utrzymywała z nim kontakt. Ani ci krewni od strony Nowackiego, ani mama już się z nim nie kontaktowali.

No, mama to akurat zrozumiałe Nietolerancja wzajemna trwała nie od dziś.

Stefan Nowacki nie potrafił przebaczyć jej śmierci Andrzeja i uważał, iż to ona swojego męża i ojca Kasi zagoniła do tego stopnia, iż odszedł z tego świata typowy przypadek mężczyzny, co to emerytury nie doczekuje.

Faktycznie, Halina Górniak rzeczywiście namówiła Andrzeja na zmianę pracy, a potem na non stop wyjazdy do pracy za granicę. Bo trzeba było remont w mieszkaniu zrobić, kupić działkę, no i ogólnie chciała mieć trochę ładniejszego życia.

Więc Andrzej kursował na budowy, byle więcej zarobić. Choć z wykształcenia był nauczycielem. Tygodniami nie widziała go w domu, ale zawsze wracał z prezentami i pieniędzmi.

Aż kiedyś nie wrócił. Zbyt wielki wysiłek i serce się poddało.

Stefan Nowacki wył wtedy na pogrzebie jak wilk. Przykre wspomnienie. Ale wszyscy obecni rozumieli, bo to przecież nie rodzice powinni chować swoje dzieci.

Po pogrzebie dziadek z synową zerwał kontakt i oświadczył, iż jej noga w jego progu nigdy nie postanie.

No i dobrze! rzuciła wtedy Halina Górniak. Nieszczególnie mi na tym zależało! A poza tym to nie moja wina, iż chorował, nic mi nie mówił. Nie narzekał, to skąd miałam wiedzieć?

Stefan ledwie się wtedy powstrzymał, żeby nie rzucić w nią polanem spod pieca.

Od tamtej pory trzymał kontakt jedynie z wnuczką. Kasię bardzo kochał i ona jego też.

Jako dziecko spędzała u dziadka każde wakacje. A potem, jak już dorosła i zaczęła pracę, regularnie prowadzili korespondencję. Tak, dobrze czytacie, listy!

Bo żadne tam komórki, tablety, komputery dziadka nie obchodziły. I może dlatego nikt poza Kasią nie miał do niego cierpliwości. Bo przecież kto w XXI wieku pisze długopisem po papierze? Po co, skoro można zadzwonić lub napisać maila?

Rodzina miała go za kogoś lekko stukniętego. A i sąsiedzi czasem kręcili głowami.

Zwariował na starość rozprawiały emerytki na ławce. Najpierw żona, potem syn to jak tu nie zgłupieć?

W ostatnim miesiącu życia dziadek jeszcze bardziej zyskał łatkę oryginała. choćby pani Maria Dębicka, która go długo broniła, zaczęła się zastanawiać.

Co się stało? Ano zaczął rozmawiać nie z sąsiadami, nie z samym sobą, tylko z kotem.

Nic dziwnego, tylko iż tego kota nikt nigdy nie widział.

No to jak tu się nie zastanawiać?

Po rozmowie z matką Kasia rzuciła telefon na łóżko, długo gapiła się w jeden punkt. Po czym cicho zawyła.

Planowała odwiedzić dziadka tego lata, ale jak zwykle się nie wyrobiła. Najpierw jedna delegacja, zaraz druga, potem trzecia

Szef, szczerze mówiąc, zwariował już całkiem i na wszelkie jej narzekania odpowiadał jedynie uśmieszkiem:

Pani Katarzyno, mają panie prawo się zwolnić. Ale z taką pensją nigdzie indziej pani nie znajdzie zatrudnienia.

I faktycznie, zarabiała nieźle, więc grzecznie jeździła, chociaż trochę była zawiedziona takim traktowaniem. Przecież ludzi nie traktuje się jak niewolników. Też ma prawo do życia choćby jeżeli go aktualnie nie ma i do odpoczynku.

*****

Na cmentarzu wszystko miało swój rytm: minuta ciszy, ostatni gwóźdź w wieko trumny okute bordowym suknem, i mężczyźni ostrożnie opuszczający ją na dno mogiły.

Zostało tylko rzucić grudkę ziemi, potem resztę dopełnią chłopy.

Świeże kwiaty, wieńce, świeża mogiła. To już wszystko? nie mogła pojąć Kasia. Był dziadek i już go nie ma

Chociaż czekał jeszcze stypa, tam będą pić na umór i perorować o zmarłym tam dziadek choć trochę powróci. Bo ludzie o nim pogadają, powspominają. Chociaż na wspomnieniach będzie żył.

Gdy wódeczka i jedzenie się skończyły, sąsiedzi jeszcze raz wyrazili Kasi współczucie i rozeszli się.

Jedni do siebie, drudzy na zakupy.

Po chwili Kasia została zupełnie sama. Bolesna pustka i smutek ścisnęły ją mocno za gardło.

Nie zdążyłam zobaczyć dziadka przed śmiercią westchnęła ciężko.

Żeby pozbyć się tych myśli, wzięła się za porządki.

Przewietrzyła wszystkie pokoje, umyła do cna podłogę, powycierała zakamarki, pozamiatała pajęczyny, wrzuciła resztki do lodówki.

Zrobiło się trochę lżej.

Dziadkowy dom był prosty i urządzony swojsko, po wiejsku. Ale miał swój urok.

Wyglądając przez okno, Kasia zorientowała się, iż już wieczór. Wyszła przed dom, zaciągnęła się powietrzem pachnącym jabłoniami.

Obeszła działkę ogrodzenie, grządki, nic szczególnego. Wszystko w rządkach, chociaż w tym roku kilka posiał chyba coś przeczuwał.

W sadzie kwitły jabłonie, porzeczki i maliny. Dziadek nie pozwalał ziemi próżnować lub dziczeć.

Ciekawe, kto to teraz ogarnie? westchnęła Kasia, siadając pod jabłonką.

Zadzwoniła do mamy, przekazując, iż dziadka już pożegnała.

Dobrze, Kasiu. Nieważne, jaki był, ale człowiek.

Był zupełnie normalny, mamo. Po prostu życie go trochę przeorało. Nie obracaj się już do niego plecami. On kochał tatę nad życie, dlatego ci nagadał głupot.

Ech, Kasiu westchnęła Halina. Ja już dawno nie mam do niego żalu. Niech odpoczywa. A ty, wracasz jutro?

Jeszcze nie. Wzięłam wolne, chcę odpocząć trochę tutaj, na wsi. Do miasta mi się nie spieszy. Zresztą, i tak jeszcze za kilka dni wypada odwiedzić cmentarz. Może wpadniesz do mnie na te dziewięć dni?

Kasiu, gdzie tam takie wyprawy Czasu nie mam, sezon działkowy, przecież wiesz.

Masz rację. Ale przypomnę ci delikatnie, iż tutaj też jest taty grób, a nie byłaś ani razu od pogrzebu.

A mówiłam, żeby go chować w mieście! Ale dziadek przecież mnie nie słuchał. Dobra, kończę, bo serial mam! Dzwoń, jak coś!

Kasia uśmiechnęła się do siebie.

Jej mama zawsze potrafiła wymyślić sobie coś ważniejszego w kluczowym momencie.

Wróciwszy do domu, Kasia zaparzyła herbatę z suszonych liści porzeczki, mięty i melisy, które znalazła w kuchennych zapasach, wypiła i położyła się spać.

Przed snem sięgnęła jeszcze raz po list od dziadka. Przeczytała już po powrocie, ale tak dziwnie się po nim czuła.

Zawsze pisał o sobie, a tu nagle cały list o jakimś kocie.

Jakim kocie, u licha? Przecież nigdy nie miał zwierząt, zwłaszcza kota, bo był wobec nich zawsze raczej obojętny.

Postanowiła przeczytać raz jeszcze.

I znowu nic nie rozumie.

O jakiego Czarnuszka chodzi? Skąd ten Czarnuszek?

Wyobraź sobie, wnuczko, Czarnuszek bardzo lubi mleko. Mówili mi ludzie, iż dorosłym kotom mleka się nie daje, a Czarnuszek wczoraj prawie pół butelki wypił. Będę musiał prosić Marysię Dębicką, żeby mi jeszcze mleka przyniosła, bo trzylitrowy bańka już nie wystarcza. A kot głodny, ledwo co mam, żeby go nakarmić. W lodówce pustki. Ale powiem ci ciekawostkę: jeszcze się przede mną nie pokazał. Przemyka tylko, czarny cień koło stodoły. I w dzień, i w nocy z latarką no nie widać go. Tylko czuję jego wzrok na plecach. Może razem go złapiemy, jak przyjedziesz? Mam wrażenie, iż ktoś go skrzywdził i przez to unika ludzi.

To była tylko część historyjki, którą opisał dziadek. Tylko że…

…żadnego kota nie znalazła. Ani w domu, ani na podwórku.

Już od kilku dni była na miejscu. Gdyby był kot, musiałaby go kiedyś zobaczyć.

Chociaż dziś rzeczywiście poczuła na sobie spojrzenie Dziewczyna kilka razy się odwracała, ale nikogo nie zobaczyła.

Jutro zapytam Marię Dębicką, o co chodzi z tym Czarnuszkiem

*****

Obudziła się o świcie.

Pierwsze promienie słońca nieśmiało przebijały się przez zasłony, wróble darły dzioby, koguty próbowały przekrzyczeć się między sobą.
Klasyczny wiejski poranek.

Kasia wstała, szeroko otworzyła okno i z zamkniętymi oczami wsłuchała się w te niecodzienne dla siebie dźwięki.

Przypomniało jej się dzieciństwo, jak przyjeżdżała tu do dziadka. Przypomniała sobie, jak razem robili budki dla ptaków. I o tym, co chciała jeszcze spytać sąsiadkę

Jaki kot? zdziwiła się Maria Dębicka.

Sama nie wiem Czarnuszek jakiś. W kwietniu, jak pisał list, ani słowem nie wspominał. Za to w ostatnim tylko o Czarnuszku.

Aa, już wiem! stuknęła się w czoło Maria. Jakieś trzy tygodnie przed śmiercią zaczął przemawiać do kota. Przechodziłam koło płotu, słyszę przekonuje jakiegoś kota, żeby się pokazał. Zajrzałam nikogo. Kolejnego dnia znowu to samo. Później już niemal codziennie gadał z tym swoim niewidzialnym przyjacielem. Opowiadał mu o żonie, o synu. Czarnuszkiem go wołał. I inni ludzie to słyszeli, choć nikt kota nie widział. Do niego często wpadałam raz z mlekiem, raz z ciastem, czasem tylko na herbatę. Pytam udaje, iż nie wie o co chodzi: Złapię, to pokażę. Powiem ci szczerze, Kasia, wyglądało, jakby mu się trochę pomieszało na starość. No przecież gdyby był kot, ktoś by go w końcu zobaczył, prawda?

No niby tak zamyśliła się Kasia. Ale jakoś dziadek nigdy nie sprawiał wrażenia szaleńca. Może po prostu nie wiemy wszystkiego? Albo kot naprawdę dobrze się chował. Nie ginęły wam ostatnio koty tam we wsi?

Właśnie nie! U nas choćby nikt nie ma czarnych kotów.

Wróciła na swoją działkę i, żeby nie rozmyślać, zabrała się do porządnych porządków.

Cały czas jednak myślała o tym kocie z listu.

To naprawdę dziwne myślała Kasia. jeżeli był kot, to gdzie się teraz podział?

A tymczasem, zza ukrycia, patrzył na nią czarny kot.

Już od pierwszych chwil zwrócił na nią uwagę. Spośród wszystkich ludzi tylko do niej czuł coś bliskiego i znajomego Może była do dziadka podobna?

Nie podchodził, tylko obserwował z daleka.

Miał rację dziadek, pisząc, iż kot boi się ludzi.

Bał się i to nie bez powodu. Jeszcze jako kociaka strasznie go przeganiano, później rzucano w niego patyki, kamienie.

Wędrował od wsi do wsi, marząc o prawdziwym domu.

Aż trafił na dziadka. Stefan Nowacki okazał się zupełnie inny niż inni miał dobre oczy, przyjazny głos. Słuchał go cierpliwie, kiedy samotnie siedział pod jabłonią albo coś majstrował przy domu. Serce się kociakowi ściskało z żalu do niego.

Ale lęk przed ludźmi był silniejszy od ciekawości i tęsknoty.

Aż pewnego dnia dziadka zabrakło.

Czarnuszek natychmiast wyczuł zapach śmierci. Pobiegł do drzwi, zamknięte. Do okna nie da rady wejść. Całą noc siedział pod drzwiami i cicho, po kociemu, płakał.

Teraz podglądał Kasię. Wiedział, iż to dobry człowiek, iż ma miękkie serce jak jej dziadek.

Ale nie zbliżał się, doświadczenie podpowiadało, iż lepiej nie ryzykować.

Zdarzyło się jednak, iż Kasia go wypatrzyła akurat w dziewiąty dzień po pogrzebie, jakby przeznaczenie tego chciało.

Tego dnia na działce znowu pełno ludzi, więc Czarnuszek siedział niżej trawy, ciszej od wody.

Kiedy wszyscy wyszli, poczuł się odważniej. Nie zauważył jedynie, jak Kasia się odwróciła i zauważyła czarnego gościa.

Ooo, to ty, Czarnuszku! zawołała z uśmiechem. Czyli dziadek miał rację w liście. Chodź, poznajmy się!

Ale kot natychmiast zniknął jak kamfora.

No czemu takiś nieśmiały, Czarnuszku? śmiała się Kasia, zaglądając pod krzaki. Jutro wyjeżdżam, a ty się ukrywasz. Nie bój się, nie gryzę, tylko pogłaskać chcę

Sąsiadka, która właśnie przynosiła Kasi pierogi na drogę, usłyszała ten dialog.

Zerknęła przez płot, zobaczyła Kasię, kota ani śladu.

No proszę przeraziła się Maria, natychmiast zapominając o pierogach. Najpierw dziadek, teraz wnuczka rozmawia z niewidzialnym kotem. To już przez powietrze się zaraża?

Po południu nadciągnęły stalowe chmury, słońce zgasło, zapanowała dziwna, złowroga cisza, przerywana tylko gdakaniem Mariowych kur i pomrukami gromów gdzieś w oddali.

Chyba się zbliża burza zmartwiła się Kasia. Jak nic, będzie nawałnica.

No i rzeczywiście, gryzło w nos na deszcz, a ledwo pomyślała o oknie i kap, kap, spadły pierwsze krople.

Wołała kota, zapraszała do domu, ale Czarnuszek się nie pojawiał.

W tym samym czasie Czarnuszek schował się najgłębiej, jak mógł, i przeraziony słuchał grzmotów. Burzy bał się chyba jeszcze bardziej niż ludzi.

*****

Deszcz bębnił w dach jednostajnie, to ucichając, to rozpędzając się znów. Za oknem szybka ciemność. Kasia przewracała się w łóżku, nie mogła zasnąć.

Aż nagle trach!

Usiadła wyprostowana, spojrzała w okno. Takiej burzy w życiu nie słyszała. Po niebie goniły błyski, a szare zasłony porwał wiatr.

Nagle zobaczyła w oknie dwa święcące punkciki.

O rany! wrzasnęła, wciskając się w kąt łóżka.

I w tym momencie coś czarnego, mokrego, z impetem wpadło do środka. Przemknęło obok nóg, wpakowało się pod szafę, potem pod łóżko i tam zaległo.

To był Czarnuszek!

Wywabić kota spod łóżka nie było łatwo, ale się udało.

Potem starannie wytarła go ręcznikiem, wzięła do łóżka, i kiedy za zamkniętym już oknem szalała burza, dziewczyna i kot grzali się razem pod kołdrą.

I choćby te pioruny nie były już tak przerażające jak na początku.

*****

Obudziła się, bo ktoś niecierpliwie drapał w szybę. Wiadomo kto Czarnuszek, rzecz jasna.

Słońce znowu gościło w pokoju, burza minęła.

No dokąd się wybierasz, koleżko? uśmiechnęła się, widząc kota na parapecie.

Kot zatrzymał się i spojrzał na nią z wyrazem jakby lekkiego zażenowania za wczorajszą histerię.

Miauuu zamiauczał, prosząc o wypuszczenie.

A tak łatwo to nie! Najpierw śniadanko, potem sam zdecydujesz, czy chcesz tu zostać, czy jedziesz ze mną do miasta. Myślę, iż dziadek chciałby, żebym zabrała cię ze sobą. Ja sama też tego chcę. Ale decyzję zostawiam tobie. Mam nadzieję, iż wybierzesz dobrze.

Nakarmiła kota, wypuściła na dwór i zaczęła się pakować. Do autobusu zostało jeszcze parę godzin.

Kiedy pojawiła się z walizką na ganku, kot już czekał.

Podszedł, zawinął się wokół nóg i spojrzał w oczy. Decyzja zapadła jedzie razem z nią do miasta. Po pierwsze, bo rzeczywiście Kasia nie gryzie. Po drugie, bo z nią dobrze. I właśnie dzięki niej Czarnuszek przezwyciężył lęki przed ludźmi i burzami.

A poza tym już mu się znudziło ciągłe chowanie chciał być po prostu zwyczajnym domowym kotem.

No i dobrze uśmiechnęła się Kasia. Wiedziałam, iż tak zrobisz.

Gdy Maria Dębicka zobaczyła Kasię z kotem na rękach (przyszła oddać jej klucz do domu), aż nie mogła uwierzyć.

To naprawdę ten kot?

Dokładnie ten! potwierdziła Kasia. Więc, widzi pani, niesłusznie podejrzewaliście dziadka o szaleństwo. Wszystko przez kota! Zwyczajnie się bał ludzi. Ale burzy jeszcze bardziej. Teraz już wszystko gra.

A widzisz Ja już myślałam westchnęła Maria. Kasiu, nie martw się, przypilnuję domku po dziadku. Przyjeżdżajcie czasem z Czarnuszkiem, dobrze?

Oczywiście. Będziemy tu wracać, nie wiem jak często, ale na pewno wrócimy.

To weź jeszcze pierogi na drogę. Sąsiadka podała jej reklamówkę.

Dziękuję, Pani Mario. Za wszystko.

Kasia siedząc już w autobusie, spojrzała w niebo i miała wrażenie, iż w jednej z chmur zobaczyła twarz dziadka.

Nawet Czarnuszek przytulił się do szyby i popatrzył w górę.

To oblicze patrzyło na nich łagodnie i jakby się uśmiechało. Może choćby mrugnęło okiem.

Gdy autobus ruszył, chmura zniknęła. Ale choćby jeżeli im się tylko przewidziało, nie ma to już znaczenia.

Najważniejsze, iż wiedzą, iż dziadek w nich pozostał. przez cały czas żyje w ich pamięci i w sercach. I gdziekolwiek teraz jest, Stefan Nowacki na pewno cieszy się, iż jego wnuczka i tajemniczy czarny kot wreszcie się dogadali.

Idź do oryginalnego materiału