Dziadek odszedł na zawsze

newsempire24.com 1 tydzień temu

Nie ma już dziadka

Kinga właśnie wróciła z kolejnej służbowej delegacji i choćby nie zdążyła się rozebrać ani rozpakować walizki, gdy zadzwoniła mama.

Ton głosu Jolanty Stanisławówny był wyraźnie roztrzęsiony. Ale Kinga nie przywiązała do tego szczególnej wagi. Może przez zmęczenie.

Kingusia, kochanie, jesteś już w domu?

Hej, mamo. Tak, przyjechałam, dzięki Bogu. Ledwo weszłam do mieszkania. Co tam, coś się stało?

To dobrze, żeś już w domu…

Kinga od razu wyczuła, iż mama coś chce jej powiedzieć, tylko jakby zwleka. Albo nie wie, od czego zacząć, albo jeszcze coś innego ją blokuje.

“Pewnie znowu zebrała ploteczki z całego osiedla i już nie może się doczekać, żeby wszystko mi opowiedzieć” pomyślała Kinga, ale teraz naprawdę nie miała na to siły. Najbardziej na świecie chciała się rzucić na łóżko i porządnie wyspać, bo w pociągu za grosz nie zmrużyła oka.

W przedziale obok jechała paczka czterech studentów, co od samego wieczora nie wysychali.

Po północy urządziła się tam prawdziwa dyskoteka. Śpiewy przy gitarze.

Co ciekawe, choćby o niej śpiewali:
“Rozkwitały jabłonie i grusze, Tokłom się mgły po nad Wisłą. Wychodziła do brzegu Kingusia Na wysoki brzeg, na stromy…”

Gdyby Kinga była w lepszym humorze, to może by się uśmiechnęła. Teraz jednak marzyła tylko o tym, żeby im pękły struny w gitarze. Niestety nie pękły.

Mamusiu, ja sobie chwilkę odpocznę po drodze, ogarnę się trochę, a potem zadzwonię i pogadamy, dobra?

Obawiam się, iż nie dasz rady westchnęła mama.

Ale czego nie dam rady? Nagle Kinga zrozumiała, iż z głosem mamy jest coś nie tak.

Odpocząć nie dasz rady.

Dlaczego to niby? Byłam przecież w delegacji. Mam prawo. Z nikim dziś się nie spotykam, gości nie zapraszam, sama nigdzie nie idę. Albo może o czymś nie wiem? Mamo, nie powiesz mi chyba, iż jedziesz do mnie bez uprzedzenia?

Kingo, nie ma już dziadka…

Kinga zbladła, ściskając telefon. Powoli opadła na kanapę, zupełnie zaskoczona.

Rano zadzwoniła do mnie jego sąsiadka, Jadwiga Franciszkowa. Przyszła do niego z mlekiem, a on już leżał nieżywy, na progu, ręką trzymając się za serce. Pewnie całą noc tam przeleżał. Trzeba jechać na wieś, pochować dziadka. Sąsiedzi pomogą. Słyszysz mnie, Kingo?

Kinga była tak zbita z tropu, iż nie potrafiła nic odpowiedzieć, tylko głośne yyy wycisnęła z siebie.

Pani Jadwiga dzwoniła do rodziny dziadka, ale wszyscy odmówili przyjazdu. Mówili jej, iż gdyby coś w spadku zostawił, to może by się zastanowili. Ale tak? Po co tracić czas i pieniądze? A ten dom, co dziadek w nim mieszkał, sam wiesz, sto lat nikogo nie kręci tu mama przerwała i mówiła dalej: Ja też, szczerze mówiąc, nie palę się do tej wsi jechać. Zresztą, dziadek sam mówił, iż nie chce mnie już widzieć w swoim domu, i na pogrzebie żebym się nie pokazywała. A ja mu przecież, pamiętasz, przysięgłam, iż nie będę. Nadzieja w tobie, córeczko. Dasz radę pojechać, Kinguś? Ostatni raz dziadka pożegnać?

Zapadła cisza. Kinga patrzyła na szafkę, gdzie leżał list od dziadka.

Ostatni list, jak wskazywała pieczątka, wysłany miesiąc wcześniej.

Nie zdążyła go choćby odebrać, bo właśnie wtedy była w delegacji.

To już była trzecia jej delegacja w pół roku, a może nie ostatnia. Firma otwierała nowy oddział w Krakowie, i trzeba było wszystko zorganizować.

Wysyłali tylko ją inni pracownicy mieli wiecznie coś na głowie: a to zdrowie, a to dzieci, a to inne rodzinne dramaty Tylko ona niby “bez zobowiązań”.

Kingo… w słuchawce znowu zabrzmiał głos Jolanty Stanisławówny. Nie chcę, żeby sąsiedzi myśleli, iż całkiem o dziadku zapomniałyśmy. Chociaż był uparty, to człowiek przecież. Tobie chyba choćby dobrze się z nim układało. I co mam powiedzieć pani Jadwidze? Pojedziesz tam?

Tak, mamo. Pojadę. Tylko

Kinga wstała, podeszła do szafki, wzięła list do ręki i znów odłożyła.

Mamo, jak to się stało? Przecież dziadek był zdrowy, na Nowy Rok go odwiedzałam, wyglądał dobrze, nie narzekał.

Kingo, córuś, skąd ja mam wiedzieć Starość, co tu dużo mówić. Wielu chłopów choćby do emerytury nie dożywa, a on już ósmy krzyżyk przekroczył. Cóż, ziemia mu lekką niech będzie.

Kingi zamurowało. Uwielbiała dziadka i chyba tylko ona trzymała z nim kontakt. Ani rodzina Jana Kazimierza, ani matka od lat nie rozmawiali z nim.

Matka… to osobny temat. Ich wzajemna niechęć ciągnęła się latami.

Jan Kazimierz nie mógł jej wybaczyć śmierci Andrzeja, obwiniał ją, iż to przez nią jedyny jego syn, czyli ojciec Kingi, zszedł przedwcześnie z tego świata. Pasował wedle matki do tej grupy facetów, co to “nie dożyją do emerytury”.

A tak naprawdę, Jolanta rzeczywiście wymusiła na mężu zmianę pracy i pchała go na budowy.

Bo przecież trzeba było zrobić remont, kupić działkę, żyć jak człowiek! Andrzej jeździł na kontraktach, choć był z wykształcenia nauczycielem. Miesiącami nie było go w domu, ale za to prezenty i złotówki przywoził.

Aż raz nie wrócił. Serce nie wytrzymało.

Oj, jak Jan Kazimierz płakał na pogrzebie. Nie płakał, wył! Straszny widok.

I wszyscy przytaknęli jego bólowi bo rodzice nie powinni chować własnych dzieci.

Po pogrzebie kontakty z synową się skończyły i poprosił, żeby więcej w jego domu nie gościła.

No to proszę bardzo! odburknęła wówczas matka. Nie to nie. I żeby było jasne, nie jestem winna. Mąż od tego jest, żeby pieniądze zarabiał. A iż miał chore serce, nigdy mi nie powiedział!

Dziadek, by jej czegoś nie rzucić, z trudem się powstrzymał.

Od tej pory kontaktował się tylko z wnuczką Kingę kochał nad życie, a i ona go darzyła wielkim uczuciem.

Za czasów szkolnych spędzała u niego wakacje. Gdy dorosła, pisała do niego tradycyjne listy.

Bo Jan Kazimierz nie uznawał żadnych nowoczesnych dziwactw: telefony, telefony, tablety? Świat zwariował! E-maile? On, chłop z zasadami, listy pisał. I przez to właśnie rodzina z nim nie rozmawiała bo normalny człowiek w XXI wieku pisze listy do rąk?

Sąsiedzi i rodzina uważali go za… no, osobliwego. I trochę stukniętego. A zwłaszcza starsze panie na ławce.

No, poszedł chłop mundrem szeptały. Najpierw żonę stracił, potem syna. To jak tu głowy nie stracić?

Ostatnie tygodnie życia tylko utwierdziły sąsiadów w przekonaniu, iż Jan Kazimierz przegina. Zaczął gadać. Nie z ludźmi choćby nie sam do siebie. Z kotem.

I to żadna nowość nie byłaby, gdyby nie fakt, iż nikt tego kota na oczy nie widział.

No jak tu nie pomyśleć, iż mu się poprzestawiało?

Po rozmowie z matką Kinga rzuciła telefon na łóżko. Długo wpatrywała się w ścianę, aż w końcu popłakała.

Tak bardzo chciała dziadka odwiedzić tego lata, ale nie zdążyła. Planowała to na wiosnę, ale ciągle delegacje Szef chyba postradał rozum, a na jej narzekania tylko się uśmiechał:

Zgodnie z kodeksem pracy, Kinga Stanisławówna, mam prawo. A nie odpowiada nikt was tu na smyczy nie trzyma. Możecie choćby złożyć wypowiedzenie. Tylko ciekawe, kto wam tyle zapłaci?

No, pensja była rzeczywiście przyzwoita, więc… machała ręką.

W końcu kiedyś te wyjazdy się skończą, wróci do starego życia.

Choć w głębi duszy było jej przykro, iż traktują ją jak niewolnika do zadań specjalnych. Przecież człowiek to nie robot. Też ma prawo do życia. Choć aktualnie nie miała za bardzo żadnego.

*****

Na cmentarzu wszystko szło swoim tempem: minuta ciszy, wbicie ostatniego gwoździa w wieko trumny, mężczyźni na linach opuszczają ją do grobu.

Wystarczy już tylko wrzucić grudkę ziemi i potem panowie zasypią resztę.

Świeże kwiaty, wieńce, świeża mogiła. “To już koniec? Dziadek był i już go nie ma?” to w głowie Kingi nie mieściło się za nic.

Choć nie jeszcze stypa, gdzie poleje się wódka i uroni łzę, a w mowie pożegnalnej padnie kilka dobrych słów o zmarłym.

Chyba właśnie dzięki tym opowieściom dziś na stypie i kiedyś w przyszłości Jan Kazimierz będzie “żył”. Tyle iż już nie tak na codzień, tylko w pamięci ludzi, którzy go znali.

Gdy posiłki i flaszki się skończyły, mieszkańcy dali Kingze wyrazy współczucia i zaczęli się rozchodzić.

Kto do siebie, kto na zakupy.

Po chwili Kinga została zupełnie sama. Było jej przykro, dziwnie i samotnie.

“Nie zdążyłam Tak bardzo nie zdążyłam pożegnać się z dziadkiem, nim odszedł” westchnęła ciężko.

Żeby się oderwać od tych myśli, postanowiła posprzątać.

Przewietrzyła porządnie wszystkie pokoje, umyła stary drewniany podłog, wytarła kurz, pozamiatała pajęczyny, resztki ze stołu schowała do lodówki.

Zrobiło się trochę lżej.

Solidny, przestronny dom dziadka miał wiejski klimat, choć na bogatość nie grzeszył.

Patrząc przez okno, Kinga zauważyła, iż już robi się wieczór. Wyszła na ganek i głęboko zaczerpnęła świeżego powietrza.

Potem obeszła podwórko. Cóż zwykły działkowy ogródek. Grządki w rzędach, w tym roku jeszcze nic nie posiane może dziadek już przeczuwał, iż nie zdąży. Albo po prostu nie miał już siły.

W sadzie kwitły jabłonie, krzewy porzeczek i malin. Dziadek nie pozwalał ziemi leżeć odłogiem. Zawsze pilnował, by ogród był zadbany.

“Ciekawe, kto teraz o tym pomyśli?” pomyślała ciężko Kinga.

Usiadła pod jabłonią, zadzwoniła do matki i poinformowała, iż dziadka pożegnała.

No i dobrze, Kingusiu. Taki był, a jednak człowiek.

Był w porządku, mamo. Po prostu miał w życiu za dużo straty. Daj już spokój z urazami. On bardzo kochał mojego tatę, więc i powiedzieć coś przykrego potrafił.

No dobrze, przestań, Kingusia westchnęła pani Jolanta. Nie mam już żalu, niech sobie leży spokojnie. Powiedz tylko wracasz dziś czy jutro? Nie boisz się sama zostać na wsi?

Nie wracam dziś ani jutro. Wzięłam sobie wolne i zostanę tu trochę. Odpocznę od miejskiego zgiełku. No i do dziewiątego dnia jeszcze. Może ty przyjedziesz?

Kingusiu, gdzie ja będę takie kilometry jechać? Nie mam czasu. Zapomniałaś, iż teraz sezon działkowy?

No dobra, nie nalegam. Ale przypominam, tu i tata pochowany, a ty się do grobu jeszcze nie pofatygowałaś. Ani razu od pogrzebu.

Mówiłam dziadkowi, iż Andrzeja trzeba było zabrać do grobu w mieście, a nie na wieś. Ale kto by mnie słuchał… Oj, Kinga, serial mi się zaczyna, lecę już. Dzwoń, jak coś.

Kinga uśmiechnęła się pod nosem.

Mama jak zawsze gdy nie wie, co powiedzieć, nagle przypomina jej się coś bardzo ważnego do załatwienia.

Wróciła do domu, zaparzyła herbatę z liści porzeczki, mięty i melisy z zasobów dziadka, wypiła i położyła się spać.

Przed snem wyjęła z torebki list od dziadka. Już go czytała, pierwszego dnia po przyjeździe.

Ale list ten wywoływał w niej dziwne uczucia.

Zwykle dziadek pisał o sobie, a tym razem prawie cała korespondencja dotyczyła jakiegoś kota.

No właśnie jakiego kota? Nigdy nie miał żadnego kota. On do zwierząt w ogóle był obojętny.

Dlatego Kinga jeszcze raz zdecydowała się przeczytać ten list. Spokojnie, w ciszy.

I znów nic nie zrozumiała…

Kim jest ten Czarnuch, o którym pisał dziadek? Skąd się wziął?

“Wyobraź sobie, wnuczko, Czarnuch uwielbia mleko. Mówią, iż dorosłym kotom nie wolno mleka, a on wczoraj wypił pół litra. Muszę znowu poprosić sąsiadkę o mleko. Zdziwi się, bo zwykle litr starcza mi na tydzień, a tu znów trzeba. Ale co tam zawsze jej za mleko płacę. A Czarnuch bardzo głodny jest. Prawie pustka w lodówce, nie mam już czym go karmić. Ale najdziwniejsze wciąż się mnie boi. Ledwo go widziałem. Mignie coś czarnego w stronę stodoły i tyle. Dniem, nocą z latarką szukałem nie ma. Ale czuję na plecach czyjś wzrok. Koci wzrok. Bardzo na Ciebie czekam, wnuczko. Może razem go złapiemy. Mam wrażenie, iż ludzie go mocno skrzywdzili i się przez to chowa”

To był tylko fragment o jego kudłatym przyjacielu. Tylko… przecież Kinga ani śladu po żadnym kocie nie odnalazła.

Mieszkała już tu od kilku dni. I gdyby kot był, chyba by nie przeoczyła?

Choć dziwne, przeszywające spojrzenie na plecach, które opisywał dziadek, poczuła dziś wyraźnie. Kilka razy się obracała, ale nikogo nie widziała.

“Trzeba się jutro Jadwigi spytać o tego Czarucha”

*****

Obudziła się o świcie.

Pierwsze promienie słońca nieśmiało wpadały przez zasłonięte okna, na zewnątrz żywo ćwierkały wróble, a z sąsiednich podwórek wrzeszczały koguty, kto głośniej.

Słowem typowy wiejski poranek.

Kinga wstała, szeroko otworzyła okno, zamknęła oczy i wsłuchiwała się w te zupełnie inne dźwięki.

Wspomniała, jak przyjeżdżała tu jako dziecko na wakacje. Przypomniała sobie, jak z dziadkiem robili budki lęgowe dla ptaszków. I, iż miała iść do sąsiadki podpytac o kota…

Jaki kot? zdziwiła się Jadwiga Franciszkowa.

Sama nie wiem… Czaruch. Dziadek w żadnym z wiosennych listów o nim nie wspominał, ale w ostatnim prawie cały czas o nim.

Aaa klepnęła się w czoło Jadwiga. Już kojarzę. Ostatni miesiąc Jan Kazimierz mówił do jakiegoś kota. Przechodziłam i słyszałam, jak go prosił, żeby się pokazał. Zaglądałam przez płot nikogo nie było. Następnego dnia to samo. Potem codziennie gadał ze swoim ‘niewidzialnym przyjacielem’. Opowiadał mu o sobie, o żonie, synu, pokój im wieczny. Tak, Czaruch tak właśnie nazywał. Ludzie też to słyszeli, jak przechodzili. Ale kota nikt nigdy na oczy nie widział. W domu też nie. Odwiedzałam go często, mleko przynosiłam, ciasto, herbatę popijał. Pytałam wprost tylko żartował, iż jak złapie, pokaże wszystkim. Myślę, iż mu się na starość w głowie pomieszało. Gdyby naprawdę kot był, ktoś by go musiał zauważyć, nie?

No tak zamyśliła się Kinga. Ale dziadek zawsze miał głowę na karku. Może po prostu czegoś nie wiemy. Albo kot faktycznie jest tak dobry w chowaniu się, iż nikt nie widzi. Nie zginął wam żaden kot we wsi ostatnio?

Właśnie nie! Powiem ci więcej nikt tu nie ma czarnego kota.

Po rozmowie Kinga wróciła na podwórko, zaczęła sprzątać, a cały czas myślała o kocie, którego opisał dziadek, a którego nikt nigdy nie widział.

Naprawdę dziwaczna sprawa rozmyślała. jeżeli był kot, to gdzie się podział?

Tymczasem, z ukrycia, właśnie ten czarny kot czujnie obserwował dziewczynę.

Od razu zwróciła jego uwagę i spośród wszystkich ludzi, jacy ostatnio przechodzili przez ten dom, to do niej czuł… hm, sympatię.

Sam nie wiedział, co go przyciąga, może po prostu wyglądała jak dziadek, który przez ostatni miesiąc poił go mlekiem, karmił kiełbasą, kotlecikami, czym popadło.

Pilnie unikał jej wzroku, ale miał ją na oku. Z dystansu.

Jan Kazimierz dobrze zgadywał Czarnuch faktycznie bał się ludzi, dlatego się krył.

Kiedy był mały, ciągle go przepędzali, potem rzucali w niego patykami, kamieniami. Nie miał smaku do życia między ludźmi.

Więc powoli przewędrował od wsi do wsi, szukając swojego miejsca.

Trafił na tego dziadka, który wydawał mu się inny. Dobre miał oczy i przyjazny głos. Czarnuch mógłby go słuchać godzinami i słuchał, jak Jan Kazimierz zwierzał mu się na ławce pod jabłonią.

Żal mu było tego człowieka, ale strach przed ludźmi wciąż był silniejszy niż ciekawość.

A teraz żałował, iż nie zdążył się z nim naprawdę zaprzyjaźnić. Niby już się odważył pokazać, ale… w jeden piękny dzień dziadka zabrakło.

Poczuł wtedy w powietrzu śmierć. Rzucił się pod drzwi, zamknięte. Pod okna, też bez szans. Całą noc spędził pod drzwiami, ledwo słyszalnie lamentował.

Teraz Czarnuch wypatrywał z krzaków tej dziewczyny z miasta i czuł, iż i ona ma dobre serce.

Tak samo jak dziadek.

Wyglądało na to, iż jest dobrze, ale kot nie miał ochoty jeszcze się pokazywać.

Doświadczenie podpowiadało mu, by nie ufać na dzień dobry.

No ale pewnego dnia dał się podejść akurat na dziewiąty dzień po pogrzebie.

Tego dnia znowu było pełno ludzi, Czarnuch był jak mysz pod miotłą. Gdy wszyscy poszli, trochę się rozluźnił, stracił czujność i Kinga go zauważyła.

No wreszcie, to ty, Czarnuch! ucieszyła się. Czyli dziadek nie wymyślał w listach. Chodź tu do mnie, poznajmy się!

Ale tylko się ruszyła w jego stronę, kot zniknął. Znowu.

No co ty, Czarnuchu, taki wystraszony? żartowała, zaglądając w krzaki. Jutro już wracam, a ty się chowasz. Nie bój się, nie gryzę. Bardzo chcę cię poznać!

Akurat to podsłyszała Jadwiga, niosąc Kindze pierogi z kapustą na drogę, bo to, co zostało ze stypy, sąsiedzi zjedli do ostatniego okruszka.

Usłyszała, iż Kinga gada sama do siebie, zajrzała przez płot Dziewczynę widzi, a kota nie widać.

No pięknie pomyślała po cichu sąsiadka, ruszając do domu i zapominając całkiem o pierogach. Najpierw dziadek, teraz wnuczka z niewidzialnym kotem. Na wsi się mówi, iż choroby psychiczne przenoszą się jak przeziębienie

Po południu ciemnogranatowe chmury przysłoniły słońce, co jeszcze niedawno grzało do upadłego.

Nad wsią zawisła groza, tylko gdzieniegdzie przerywana nerwowym gdakaniem kur na podwórku u Jadwigi i dalekimi pomrukami grzmotów, jakby ostrzeżenie.

Pogoda się psuje krzywiła się Kinga, patrząc na niebo. Spodziewaj się burzy…

I rzeczywiście, nadciągała burza, taka prawdziwa, co cię zmoczy do majtek i przewróci wiaderko. Zanim zdążyła o tym wszystkim pomyśleć, poczuła pierwsze krople deszczu na głowie.

Wołała kota kilka razy, zapraszając go do domu, ale nie przyszedł…

W tym czasie Czarnuch ukrył się, przylgnął do ziemi, drżał i nasłuchiwał wystraszony. Burzy bał się jeszcze bardziej niż ludzi.

*****

Deszcz dudnił godzinami, raz ciszej, raz mocniej. Na zewnątrz ciemno jak w piwnicy, Kinga wierciła się w łóżku, nie mogąc zasnąć.

Aż nagle łup!

Usiadła przerażona, spojrzała w okno. Takiego huku burzy jeszcze nie słyszała. Ale to nie był koniec…

Za oknem salwował się światłem co chwilę piorun, zasłony wywijało na wszystkie strony. Zanim zdążyła podejść, żeby je zamknąć, w oknie zamajaczyły dwa świecące ślepia.

O Matko Boska! krzyknęła, zwiewając na drugi koniec łóżka.

Po chwili, coś czarnego i mokrego wskoczyło przez okno, przemknęło przez pokój, wpadło do szafy, zaraz wybiegło i znikło pod łóżkiem…

“No tak to musi być Czarnuch” domyśliła się.

I faktycznie: pod łóżkiem siedział czarny, trzęsący się kot. Ten sam, którego widziała na podwórku.

Z trudem udało się go wywabić, ale w końcu wzięła go na ręce, wytarła ręcznikiem do sucha i położyła się z nim do łóżka. A za oknem szalała burza, teraz już im niestraszna bo razem ogrzewali się swoim ciepłem.

*****

Kinga obudziła się, gdy ktoś energicznie próbował otworzyć okno. No, zgadnijcie kto? Oczywiście, Czarnuch.

Przez zasłony wpadały promienie słońca, burza uciekła. Kinga zerknęła na kota.

A ty to gdzie się wybierasz, kolego? zapytała z uśmiechem, spoglądając na niego z parapetu.

Czarnuch się zawahał.

Potem spojrzał w jej oczy i miał minę, jakby się tłumaczył ze swojej kapitulacji wczoraj.

Miau… zamiauczał, drapiąc szybę łapką, wyraźnie prosząc o wypuszczenie na dwór.

Tak łatwo to nie będzie, Czarnuchu. Najpierw śniadanie! A potem… zobaczymy. Chcesz tu zostać czy jechać ze mną do miasta? Myślę, iż dziadek chciałby, żebym cię zabrała. Ja chyba też tego chcę. Ale decyzja należy do ciebie. Mam nadzieję, iż podejmiesz słuszną.

Nakarmiła kota, wypuściła na dwór i sama zebrała się do drogi. Do autobusu jeszcze było parę godzin.

Gdy wyszła z walizką z domu, Czarnuch już siedział na ganku.

Kot podszedł, popatrzył jej w oczy i zaczął ocierać sie o nogi. Decyzję podjął jedzie z nią do miasta. Po pierwsze, bo rzeczywiście nie ugryzie. Po drugie, bo jest mu z nią dobrze. To dzięki niej odważył się pokonać strach przed ludźmi, a choćby burzą…

Po prostu miał już dosyć ukrywania się. Pragnie stać się zwyczajnym, domowym kotem.

Dzielny jesteś, uśmiechnęła się Kinga. Wiedziałam, iż tak zrobisz.

Kiedy Jadwiga zobaczyła Kingę z kotem (przyszła oddać jej klucze od domu, bo ktoś musiał doglądać na czas nieobecności), nie mogła się nadziwić.

To ten… kot?

Ten sam, przytaknęła Kinga. A więc niesłusznie plotkowałyście o moim dziadku. Z głową miał wszystko w porządku. To tylko taki płochliwy kocur. Ludzi się bał. Ale grzmotów jeszcze bardziej. Ale teraz wszystko będzie dobrze.

A widzisz… A ja już myślałam, iż Jan Kazimierz… No cóż, Kingusiu, o dom się zatroszczę. Przyjedziesz jeszcze?

Oczywiście, i to razem z Czarnuchem. Jak często? nie wiem, ale będziemy przyjeżdżać na pewno.

To dobrze. A tutaj, weź na drogę podała jej torbę z drożdżówkami.

Dziękuję, pani Jadwigo. Za wszystko, dziękuję.

Gdy Kinga siedziała już w autobusie i patrzyła na niebo, przez chwilę wydawało się jej, iż w chmurach widzi twarz dziadka.

I choćby Czarnuch, który siedział na jej kolanach, nagle podskoczył do okna i wpatrywał się w niebo.

Ta twarz patrzyła na nich dobrotliwie i uśmiechała się. choćby jakby puszczała oczko.

Potem autobus ruszył i chmura zniknęła. Może tylko im się wydawało cóż z tego?

Najważniejsze, iż wiedzieli już na pewno dziadek nie odszedł bez śladu. Został w ich głowach i sercach. Gdziekolwiek jest, Jan Kazimierz bardzo się cieszy, iż jego wnuczka i jego tajemniczy, puszysty przyjaciel w końcu się odnaleźli.

Idź do oryginalnego materiału