Lato w Warszawie bywało duszne. Wracałam zmęczona wieczorem do domu po treningu. Przechodząc przez spokojną ulicę, zobaczyłam starszego pana, który leżał na chodniku, cały bezradny, nie mogąc się podnieść. Wszyscy przechodnie omijali go szerokim łukiem, krzywiąc się z niechęcią i myśląc pewnie, iż jest pijany. On jedynie cicho mruczał coś pod nosem i wyciągał błagalnie ręce w stronę ludzi.
Od małego mama powtarzała mi, by pomagać innym tak, jak tylko potrafię. Podeszłam więc ostrożnie i zapytałam: Pomóc panu? Ale on tylko mruczał coraz głośniej, nieskładnie, a jego ręce były wyciągnięte do mnie.
Obok przechodziła energiczna kobieta i gdy mnie zobaczyła, od razu się wtrąciła: Odejdź, dziewczyno. Nie widzisz, iż pijany? Jeszcze czymś się zarazisz, cały ubrany w brud! Spojrzałam uważniej i wtedy zauważyłam, iż na jego dłoniach jest krew. Przeszył mnie lodowaty strach.
Zapytałam: Co się stało? ale jego odpowiedzią były tylko kolejne niewyraźne dźwięki. Podniósł z ziemi reklamówkę, z której wystawały roztrzaskane butelki po piwie. Dołożył jeszcze kilka kawałków szkła, które zebrał z trawnika. Zrozumiałam, czemu ma poranione dłonie.
Wyciągnęłam z plecaka wilgotne chusteczki, by przetrzeć mu ręce wiedziałam, iż jeżeli mam go podnieść i poprowadzić do domu, nie mogę wyjść cała we krwi. Gdy zmyłam z niego resztki szkła i krwi, złapałam go pod ramię i postawiłam na nogi. Na moje pytanie o adres odpowiadał tylko niezrozumiałym mamrotaniem. Wreszcie, zrezygnowany, zaczął pokazywać palcem kierunek.
Doszliśmy powoli do pobliskiego bloku. Przy domofonie uniósł palce dwa i dziewięć. Zadzwoniłam pod wskazany numer mieszkania. Z głośnika rozległ się przejęty głos kobiety. Staruszek znów z siebie coś wydusił. Po chwili wybiegła do nas kobieta z mężczyzną. Objęli staruszka, oglądając, czy nic mu się nie stało. Mężczyzna uśmiechnął się do mnie z wdzięcznością i wziął dziadka na ręce, niosąc go do mieszkania.
Kobieta zapytała, jak mogą mi się odwdzięczyć. Odmówiłam, ale zatrzymała mnie jeszcze na chwilę. Zaczekaj, kochanie! rzuciła i pobiegła do klatki. Po chwili wróciła z ogromnym koszem pachnących malin. Z naszego ogródka pochwaliła się cicho.
Podziękowałam serdecznie, ale odmówiłam przyjęcia podarku. Kobieta niemal siłą wsunęła mi kosz do rąk. Proszę, weź, uratowałaś nam dziś życie. Z trudem powstrzymała łzy. Kiedy wróciliśmy z działki i okazało się, iż dziadka nie ma, o mało nie oszaleliśmy ze strachu On był na wojnie, Niemcy zrobili mu krzywdę, połowę języka musieli amputować, bo długo gnijąca rana nie chciała się wygoić. Odkąd wnuczka Agatka pokaleczyła się na rozbitym szkle na placu zabaw, dziadek co wieczór sam chodził sprzątać mimo, iż ledwo chodzi, a my chowaliśmy klucze. Dzieci bawią się w tych brudach, a młodzież rozrzuca szkło. Pisaliśmy na policję, prosiliśmy o pomoc, ale codziennie jest to samo… Kiedyś pięć godzin leżał na ziemi i nikt mu nie pomógł! Dopiero dziś zawdzięczamy tobie, iż nic mu się nie stało
Zaniemówiłam, trzymając maliny. Skłoniłam się jej głęboko i powoli poszłam do domu, ze ściśniętym gardłem. W połowie drogi wybuchnęłam płaczem. Dlaczego w naszym kraju tak trudno o odrobinę ludzkiej troski? Dlaczego tak często obojętność wygrywa z sercem? jeżeli kiedyś zobaczysz człowieka w potrzebie, nie zakładaj od razu, iż jest pijany czy nie wart twojej pomocy. Podejdź. Być może właśnie twoja ręka jest tym, czego najbardziej potrzebuje. Szczególnie wy młodzi pamiętajmy, iż jesteśmy LUDŹMI, nie świniami!








