Dżem z mniszka lekarskiego Skończyła się śnieżna zima, w tym roku nie było mocnych mrozów – taka ła…

polregion.pl 1 tydzień temu

Dżem z mniszka lekarskiego

Zima śnieżna minęła, nie była w tym roku ani sroga, ani długotrwała, raczej łagodna i biała. Ale ileż można wytrzymać pod ciężarem śniegu i grubych płaszczy? Tęsknota za zielenią, za kolorami, za tym, by zrzucić ciepłą odzież, była tak silna, iż wszyscy wyczekiwali wiosny.

Do niewielkiego miasteczka na Mazowszu zawitała wiosna. Teresa zawsze kochała tę porę roku, czekała na przebudzenie przyrody, wreszcie się doczekała. Siedząc przy oknie na trzecim piętrze, myślała:

Wraz z ciepłymi dniami miasto jakby na nowo się obudziło po długiej, zimowej drzemce. choćby ciężarówki ryczą inaczej, a targ nabrał życia. Ludzie paradują w barwnych kurtkach i płaszczach, każdy dokądś się śpieszy, a rankami budzą nas już ptaki, nie budziki. Ach, dobrze jest na wiosnę, a latem będzie jeszcze lepiej

Teresa mieszkała w tej pięciopiętrowej kamienicy już od dawna, teraz żyła tylko z wnuczką, Weroniką, czwartoklasistką. Rok temu rodzice Weroniki wyjechali do pracy na kontrakt do Kongo oboje lekarze, więc córkę powierzyli opiece babci.

Mamo, oddajemy ci naszą Weronikę pod opiekę, nie będziemy jej targać na drugi koniec świata. Wiemy, iż zadbasz o naszą kochaną córkę mawiała córka Teresy.

A jakże spokojnie, mam dla kogo żyć, będzie mi weselej z nią na emeryturze, zajmiemy się sobą. Jedźcie już, a my tu z Weroniką sobie poradzimy odpowiadała Teresa.

Huraaa, babciu, będziemy razem chodzić do parku, rodzice nie mają czasu. Dobrze będzie! cieszyła się wnuczka.

Nakarmiwszy Weronikę śniadaniem i odprowadzając do szkoły, Teresa zabrała się za domowe obowiązki. Czas płynął niepostrzeżenie.

Skoczę do sklepu, a Weronika już zaraz wróci, obiecałam coś słodkiego za dobre oceny myślała, szykując się do wyjścia.

Przed wejściem do klatki schodowej na ławeczce siedziały już dwie sąsiadki, podłożyły pod siebie poduszki, bo ławka jeszcze zimna. Pani Zofia, kobieta w wieku nie do ustalenia mówią, iż ponad siedemdziesiąt, ale nikt nie wie dokładnie; zawsze skrywała swój rok urodzenia, mieszkała samotnie na parterze, w kawalerce. Pani Jadwiga, starsza, czytała dużo, znała mnóstwo ciekawostek, miała pięćdziesiątkę na karku, śmiała się głośno, była duszą towarzystwa, zupełnie różna od Zofii, która zawsze narzekała.

Gdy tylko śnieg znikał, a słońce przygrzewało, ta ławka zawsze była zajęta. Zofia z Jadwigą były stałymi bywalczyniami, od rana do wieczora przesiadywały, w przerwach wracały do domu na obiad, potem znów wracały na swój posterunek. Wiedziały wszystko o wszystkich, nic nie mogło się przed nimi ukryć.

Teresa również czasem przysiadała z nimi, rozmawiały o nowinkach, o tym, kto co przeczytał, jaka audycja była w telewizji, Zofia zawsze chętnie wspominała o swoim ciśnieniu.

Witajcie, kochane, przywitała się z uśmiechem Teresa. Już na służbie?

Witaj, Teresko, jesteśmy, bo inaczej nie zaliczymy dyżuru. Ty do sklepu się wybierasz? dopytywała Zofia, spoglądając na torbę w jej rękach.

Tak, skoczę zanim Weronika wróci, obiecałam coś słodkiego za ocenę bardzo dobrą odpowiedziała Teresa i poszła dalej.

Dzień upłynął zwyczajnie, odebrała wnuczkę ze szkoły, zjadły wspólny obiad, Weronika usiadła do lekcji, Teresa do swoich spraw, potem włączyła telewizor.

Babciu, idę na taniec! zawołała Weronika.

Stała już z plecaczkiem, w ręku telefon. Od sześciu lat uczęszczała na zajęcia taneczne, bardzo to lubiła, występowała na akademiach, konkursach; Teresa była dumna z wnuczki.

Idź, kochanie, odpoczniesz tam, odparła babcia.

Teresa siedziała sama na ławce pod blokiem, czekając aż Weronika wróci z tańca.

Nudzisz się? podszedł sąsiad z drugiego piętra, pan Edward.

W taki dzień to niemożliwe! Pogoda piękna, wiosna w rozkwicie, odpowiedziała Teresa.

Oj tak, słoneczko grzeje, ptaki śpiewają, wszędzie zielono, a żółto od kwiatów mniszka. Wyglądają jak małe słoneczka powiedział z uśmiechem sąsiad, a Teresa przytaknęła.

Nagle Weronika podbiegła, rzuciła się babci na szyję i zawołała:

Hau, hau!

Ależ z ciebie urwis, nie strasz tak babci, można się wystraszyć! Teresa roześmiała się.

Oj, jeszcze za wcześnie na takie tematy, odparł Edward, klepiąc ją po ramieniu.

Chodźmy, urwisie, dla ciebie starłam marchewkę i posypałam cukrem, pewnie się zmęczyłaś na tańcu. Usmażyłam kotleciki, twoje ulubione powiedziała Teresa czułym głosem.

Edward podniósł się i poszedł za nimi w stronę klatki.

Dlaczego chowasz się przed świeżym powietrzem? zdziwiła się Teresa.

Tak apetycznie mówiłaś o kotletach, aż zgłodniałem. Pójdę coś przegryźć, a potem wyjdźcie jeszcze na ławkę, może razem pospacerujemy zaproponował sąsiad.

Nie obiecuję, dużo pracy, zobaczymy powiedziała.

W końcu wieczorem wyszła na ławkę, pożegnała się z sąsiadem, i uśmiechając się do siebie, Teresa z Weroniką weszły do klatki, Edward poszedł za nimi.

Babciu, Edward się z tobą umawia! zaśmiała się Weronika, gdy weszły do przedpokoju.

Oj tam, co ty wymyślasz? broniła się Teresa.

Wiesz, jak on na ciebie patrzy! Gdyby tak Michał z równoległej klasy tak na mnie patrzył, wszystkie dziewczyny by zazdrościły zaśmiała się Weronika, przewracając oczami.

Siadaj do stołu, jesteś bardzo spostrzegawcza. Michał jeszcze spojrzy uśmiechnęła się babcia.

W końcu wieczorem znów wyszła na ławeczkę Teresa, Edward już tam był i na nią czekał. Ku jej zdziwieniu stałych sąsiadek nie było.

Zofia z Jadwigą właśnie poszły na kolację oznajmił radośnie Edward.

Od tego wieczoru spotykali się często, czasem w parku naprzeciwko, czytali razem gazety, rozmawiali o przepisach, artykułach, aktorach, wymieniali się historiami.

Sam Edward nie miał lekkiego życia. Kiedyś miał żonę, córkę i wnuka, ale gwałtownie został wdowcem, córkę Martę wychowywał sam, jak umiał. Pracował na dwóch etatach, by Marta miała wszystko, czego potrzebuje, ale czasu dla niej miał niewiele. Wychodził do pracy zanim mała jeszcze spała, wracał, a ona już spała.

Córka dorosła, wyszła za mąż, wyjechała do innego miasta i urodziła syna. Odwiedzała go sporadycznie, na tym skończyły się ich kontakty. choćby gdy przyjeżdżała, nie było między nimi rodzinnego ciepła. Z mężem się rozstała po piętnastu latach, syna wychowywała sama.

Teresko, córka zapowiedziała wizytę, będzie za dwa dni. Dzwoniła rano. Tyle lat się nie odzywa powiedział Edward, bo już dawno przeszli na ty.

Może stęskniła się? Z wiekiem człowiek chce być bliżej rodziny domniemywała Teresa.

Nie wiem, nie wierzę

Marta przyjechała. Wciąż była szorstka, bez uśmiechu, zamknięta w sobie. Edward czekał na poważną rozmowę i nie musiał długo czekać.

Tato, przyjechałam nie bez powodu zaczęła Marta. Sprzedajmy twoje mieszkanie, przeprowadzisz się do nas. Z wnukiem będzie weselej wepchnęła ten temat jakby decyzja już zapadła.

Edward poczuł się niepewnie, nie chciał porzucać swojego domu w obcym mieście pod opiekę niezbyt serdecznej córki. Odmówił, tłumacząc, iż jest przyzwyczajony do samotności.

Marta nie dawała za wygraną, dowiedziała się, iż ojciec zaprzyjaźnił się z Teresą, więc poszła z wizytą do niej. Uprzejmie przywitała się, weszła do kuchni, Teresa postawiła herbatę, cukierki i dżem.

Słucham, Marto, powiedziała łagodnie Teresa.

Zauważyłam, iż bardzo się przyjaźnisz z moim tatą. Czy mogłabyś namówić go na pewną sprawę?

Jaka to sprawa?

Pomóż przekonać go, by sprzedał mieszkanie Po co mu tyle metrów samemu, nie mógłby pomyśleć o innych? dodała ostro Marta.

Teresa była zaskoczona jej wyrachowaniem i odmówiła pomocy. W Martę jakby coś wstąpiło. Czerwona ze złości, zaczęła piszczeć:

Aha, wszystko jasne Pewnie sama chcesz to mieszkanie! Znalazłaś samotnego staruszka i wymyśliłaś prezent dla wnuczki… Siedzicie razem na ławce, spacerujecie, rozmawiacie o mniszku lekarskim. Dwa mniszki, a co Pewnie już złożyliście wniosek do urzędu stanu cywilnego! Uprzedzam, nic z tego nie będzie krzyczała, i na ty groźnie dodała nic ci się nie uda, wiedźmo i trzasnęła drzwiami.

Teresa poczuła się nieswojo, bała się, iż ktoś usłyszał wrzaski Marty. Ale Marta wyjechała. Teresa zaczęła omijać Edwarda, spychała każdą rozmowę, gdy go widziała, gwałtownie wracała do domu.

A jednak nie da się nie rozmawiać, nie da się uciekać. Pewnego dnia, wracając ze sklepu, Teresa zobaczyła Edwarda siedzącego pod blokiem. W dłoniach trzymał żółte kwiaty, mniszki, zaczął choćby zaplatać wianek.

Teresa, nie uciekaj, poprosił, posiedź chwilę. Przepraszam za moją córkę. Wiem, co potrafi powiedzieć Porozmawiałem z nią poważnie, wnukowi będę pomagał. Ale ona Tak nie można traktować ludzi Powiedziała, iż nie ma już ojca. No i zamilkł, dał niedokończony wianek z mniszków Weź, a dżem z mniszka lekarskiego zrobiłem, bardzo zdrowy i smaczny, spróbuj koniecznie. Do sałatek też pasują uśmiechnął się.

Po tej rozmowie przygotowali wspólnie sałatkę z mniszkiem. Teresa napiła się herbaty z dżemem z mniszka, bardzo polubiła ten smak. Wieczorem poszli razem do parku.

Mam świeży numer naszego ulubionego magazynu powiedział Edward, poczytamy pod naszą lipą na ławce.

Teresa usiadła obok i roześmiała się. Rozpoczęła się rozmowa, dwa serca zapomniały o całym świecie. Było im razem dobrze.

Dziękuję za czytanie, wsparcie i dobre myśli. Szczęścia Wam w życiu!

Idź do oryginalnego materiału