Pracuję w teatrze dwanaście lat i myślałem, iż nic mnie już nie ruszy. Aktorzy to osobny gatunek — przychodzą, grają, znikają. Jedni piją, drudzy się modlą, trzeci udają, iż nie widzą, co się dzieje za oknem. Ale ten wieczór zapamiętam do końca życia.
Teatr imienia Słowackiego w Krakowie, ostatni piątkowy spektakl w sezonie. Na afiszu „Tango” Mrożka — rzecz o tym, iż wszystko się rozpada, a ludzie udają, iż tańczą. Sala prawie pełna, chociaż bilety po sto osiemdziesiąt złotych za miejsca przy przejściu. W listopadzie ludzie chętniej chodzą do teatru, może dlatego, iż na zewnątrz ciemno już o szesnastej i nie chce się wracać do pustych mieszkań.
Adam Wysocki grał Stomila. Pięćdziesiąt trzy lata, na scenie od trzydziestu, twarz, którą zna każdy, kto w latach dziewięćdziesiątych oglądał telewizję. Jeszcze dwa sezony temu brał owacje na stojąco. Dziś widownia klaskała poprawnie, bez entuzjazmu — tak klaszcze się człowiekowi, który gra dobrze, ale którego czas minął.
Po spektaklu zszedłem do garderoby po rekwizyty. Na korytarzu śmierdziało starym tynkiem i tym specyficznym zapachem teatralnej farby, której nikt nie zmienia od lat, bo w budżecie miasta nie starcza. Planowałem gwałtownie zebrać szklanki z foyer i jechać do domu na Bieżanów. Ostatni autobus 174 mam o dwudziestej trzeciej czterdzieści osiem. Zdążyłbym, gdybym nie zatrzymał się przy drzwiach numer siedem.
Wysocki siedział na krześle przodem do lustra. Nie ścierał charakteryzacji — siedział w tym swoim Stomilu, z siwym pudrem we włosach i zmęczeniem, które w sztuce grała mu tylko twarz. Ale teraz to nie była gra. Trzymał w ręku telefon i stukał kciukiem w ekran zbyt mocno, tak jak ludzie, którzy chcą zrobić cokolwiek, byle nie myśleć.
Nie powinienem był patrzeć. To nie moja sprawa. Ale w lustrze widziałem jego twarz lepiej, niż gdybym stał naprzeciwko.
— Adam, zostawiłem twoje okulary w foyer, te z pierwszego aktu. Gdzie położyć? — kłamałem gładko, wchodząc do środka.
Odwrócił się gwałtownie, jakby go ktoś przyłapał.
— Zostaw gdziekolwiek — powiedział i odłożył telefon ekranem do dołu, na toaletkę, jakby ekran parzył.
— Coś się stało?
— Nic. Znaczy… napisałem coś. Godzinę temu. Post o teatrze, o cenach prądu, o tym, iż dyrekcja miasta obcina dotacje, a nas się każe grać taniej i częściej. Napisałem, iż boję się, iż ten teatr zamkną za dwa lata. Że napisałem to samo, co mówię wam wszystkim po cichu w kuluarach, tylko teraz stoi to pod moim nazwiskiem, publicznie, i już ma sto dwadzieścia komentarzy.
Postawiłem pudło z rekwizytami na podłodze, żeby zająć czymś ręce.
— I co, źle to przyjęli?
— Różnie. — Wziął telefon z powrotem, obrócił ekranem do góry, jakby sprawdzał, czy coś się zmieniło. — Ale dzwonił Rutkowski. Dyrektor. Piętnaście minut temu, zaraz po ostatniej kurtynie. Mówi, iż urząd miasta już czytał, iż ktoś z wydziału kultury przesłał link, i iż mam to zdjąć, zanim ktokolwiek zacznie liczyć, ile kosztuje dotacja dla teatru, w którym aktorzy publicznie narzekają na władzę.
— I zdejmiesz?
Nie odpowiedział od razu. Wstał, podszedł do małego okna wychodzącego na podwórko, złapał za framugę, jakby chciał otworzyć, ale to okno nie otwierało się od lat, pomalowane tyle razy, iż skleiło się w jedną całość.
— Rutkowski powiedział wprost: jeżeli tego nie zdejmę do rana, nie przedłuży mi kontraktu na przyszły sezon. Mam pięćdziesiąt trzy lata. Wiesz, ile teatrów w Polsce zatrudnia aktora charakterystycznego po pięćdziesiątce na stałe? Policzyłbym na palcach jednej ręki i jeszcze by mi zostały.
Telefon zawibrował. Spojrzał, nie podnosząc go od razu.
— Siostra. Ze Świdnicy.
— Odbierz.
Odebrał, ale mówił krótko, ja słyszałem tylko jego połowę. „Tak, widziałam już”. „Nie, jeszcze nic nie zrobiłem”. „Nie, mamo nie mów, sam wiem, co robię”. Rozłączył się i przez chwilę patrzył na ekran tak, jakby tam, w czarnym szkle, miała się pojawić odpowiedź.
— Mówi, iż ludzie w komentarzach piszą, iż mam rację. Że wreszcie ktoś znany powiedział to głośno. A trzy minuty później dzwoni Rutkowski i mówi, iż mam to zdjąć, bo inaczej po sezonie mnie tu nie będzie. I teraz siedzę tutaj, jeszcze w charakteryzacji Stomila, i muszę zdecydować, komu wierzyć: sto dwudziestu obcym ludziom czy człowiekowi, który podpisuje mi umowę.
— To nie jest wybór między nimi — powiedziałem. — To wybór, czy potrafisz spać po tym, co zrobisz.
Zaśmiał się krótko, bez radości.
— Ładnie powiedziane. Jak z jakiejś sztuki.
Wziął telefon oburącz, kciuk zawisł nad ekranem. Widziałem, jak mięśnie szczęki mu drgają, tak jak wtedy, gdy na scenie Stomil miał wypowiedzieć ostatnią kwestię aktu.
— Trzy miesiące temu graliśmy w Bytomiu, w domu kultury, gdzie w garderobie stał kaflowy piec i trzeba było palić węglem, bo nie było czym ogrzać budynku. I wiesz, co pomyślałem wtedy? Że trzydzieści lat pracy po to, żeby wrócić do pieca kaflowego w garderobie. Że jeżeli teraz zdejmę ten post, to będzie dokładnie to samo. Piec kaflowy, tylko cyfrowy.
Nacisnął coś na ekranie. Nie „usuń”. Powiększył napis pod postem — liczbę komentarzy, która w tej sekundzie przeskoczyła ze stu dwudziestu na sto dwadzieścia jeden.
— Zostawiam — powiedział. — Niech Rutkowski robi, co chce. Jak mnie wyrzuci, to przynajmniej będę wiedział, iż ostatnie słowo w tym teatrze powiedziałem sam, a nie ktoś za mnie.
Odłożył telefon ekranem do góry, tym razem na dobre. Wstał, zaczął ściągać perukę Stomila powoli, jakby zdejmował coś więcej niż rekwizyt.
— Zabierz te okulary — dodał już spokojniejszym głosem. — I powiedz w rekwizytorni, iż jutro przyjdę wcześniej. Chcę jeszcze raz przejrzeć tekst na sobotę. Może zagram to inaczej.
Wyszedłem z garderoby, zostawiając go przy lustrze, gdzie ścierał już charakteryzację, warstwa po warstwie, jakby chciał zobaczyć własną twarz, zanim pójdzie do domu.
Na przystanku stałem jeszcze długo po tym, jak odjechał mój autobus. Patrzyłem, jak nad placem Szczepańskim wiatr obrywał z platanów ostatnie liście. Nie zadzwoniłem do nikogo. W końcu zamówiłem Ubera, kosztował trzydzieści siedem złotych — dużo jak na rekwizytora, ale tamtego wieczoru nie chciałem wracać do domu autobusem pełnym ludzi z twarzami takimi jak u Wysockiego, zanim zdecydował się nacisnąć „zostaw”. Nazajutrz sprawdziłem — post wciąż tam był. Komentarzy przybyło. O kontrakcie na przyszły sezon nikt jeszcze nic nie ogłosił, ale Wysocki przyszedł do teatru pierwszy, zanim otworzono drzwi dla reszty ekipy.












