Dwadzieścia lat na receptę

newsempire24.com 1 tydzień temu

Teresa Wójcik wie, co znaczy liczba dwadzieścia lat, bo tyle przepracowała w przychodni na Mokotowie jako laborantka, i wie, co znaczy liczba sto dwadzieścia złotych, bo tyle kosztuje teraz jedno opakowanie leku, którego jej matka bierze trzy razy dziennie.

Matka ma osiemdziesiąt siedem lat i mieszka na trzecim piętrze bloku bez windy przy ulicy Puławskiej. Teresa wchodzi tam co drugi dzień, z siatką z Biedronki w jednej ręce i pudełkiem na leki w drugiej — takim z siedmioma przegródkami, na każdy dzień tygodnia. Przegródka na środę jest zawsze pusta najszybciej, bo w środę matka myli tabletki i bierze dwie naraz, a potem nie pamięta, iż już brała.

— Mamo, to jest memantyna, nie witamina — mówi Teresa, wyjmując z jej ręki fiolkę.

— A skąd ty wiesz lepiej od doktora Zawadzkiego?

Doktor Zawadzki przepisuje to samo od czterech lat. Zmienia tylko dawkę, kiedy wyniki z poradni przy ulicy Grójeckiej wskazują, iż coś się pogarsza. Teresa zapytała go raz, czy jest coś nowego, jakieś inne leczenie, bo w telewizorze — tym starym, kineskopowym, który matka trzyma w kuchni, bo w pokoju telewizor jej nie interesuje — widziała program o badaniach nad Alzheimerem. Doktor wtedy odłożył długopis, popatrzył na nią znad okularów i powiedział tylko:

— Pani Tereso, na razie dajemy to, co mamy. Niech pani nie czeka na cudy z telewizora.

To było w lutym. Teraz jest październik, matka ma gorszy dzień niż zwykle — nie poznała sąsiadki z parteru, tej, z którą grała w karty jeszcze pół roku temu — a Teresa siedzi w kuchni, miesza łyżeczką herbatę, której nie pije, i myśli, iż to głupie, czekać na coś, co może nigdy nie nadejdzie.

Ale czeka. Bo co innego ma robić.

Siostra Teresy, Agnieszka, mieszka w Niemczech od dziewięciu lat i do rozmów o matce dołącza głównie przez telefon, zwykle w niedzielę po mszy, kiedy ma już spokojną głowę i czas. Agnieszka płaci — co miesiąc przelewa pięćset złotych na konto matki, uczciwie, bez przypominania — ale nie widzi tego, co widzi Teresa: jak matka szuka słowa "widelec" przez dobre pół minuty, jak czasem nie wie, gdzie jest łazienka we własnym mieszkaniu, w którym żyje od trzydziestu dwóch lat.

— Może trzeba ją oddać gdzieś, gdzie jest personel — mówi Agnieszka przez telefon, jak zwykle rzeczowo, jak zwykle z dystansu bezpiecznego o tysiąc trzysta kilometrów.

— "Oddać" — powtarza Teresa i czuje, jak coś w niej twardnieje. — To nie pralka, Agnieszko. To mama.

Rozmowa się urywa, bo Agnieszka musi odebrać dziecko ze szkoły, a Teresa zostaje z telefonem w ręce i z poczuciem, iż znowu wszystko spadło na nią samą, jak zawsze, bo ona jest tu, w Warszawie, a nie tam, w Essen.

W przychodni, gdzie pracuje, kolega z laboratorium, Marek, pokazuje jej kiedyś na telefonie artykuł — przetłumaczony z angielskiego, trochę krzywo, ale zrozumiały. O naukowcach, którzy biorą krew od pacjentów z Alzheimerem, zmieniają komórki w komórki macierzyste i wyrastają z nich maleńkie, wielkości grochu, modele mózgu. Każdy taki model niesie w sobie te same cechy choroby, co dawca krwi. Naukowcy podają im lek — ten sam antydepresant, który czasem przepisuje się przy demencji — i patrzą, co się dzieje. U niektórych modeli reakcja jest silna, pozytywna. U innych praktycznie żadna. Tak jak u ludzi — u jednych pacjentów lek działa, u innych nie, i nikt wcześniej nie wie, który to będzie przypadek.

— To znaczy, iż mogliby sprawdzić z góry, czy lek pomoże twojej mamie, zanim zacznie go brać — mówi Marek, odkładając telefon na stół laboratoryjny.

Teresa czyta artykuł jeszcze raz, już sama, w domu, przy tej samej kuchennej lampie, pod którą matka kiedyś cerowała jej szkolny mundurek. Najbardziej zapada jej w pamięć fragment o czymś, co nazywają pęcherzykami zewnątrzkomórkowymi — maleńkimi przesyłkami informacji, które te sztuczne mózgi wypuszczają do otaczającej cieczy. Niosą w sobie białka, które w tkance chorej na Alzheimera zmieniają się w bardzo charakterystyczny sposób. Naukowcy piszą, iż to mogłoby pewnego dnia posłużyć jako coś w rodzaju biopsji z krwi — bez nakłuwania mózgu, bez operacji, po prostu analiza próbki.

Teresa myśli o matce, która co pół roku jedzie na rezonans do szpitala na Banacha, czeka w korytarzu na krześle, które uwiera, boi się tego hałasu w tunelu, mimo iż boi się go już dwadziesty raz. Myśli, jak to by było, gdyby wystarczyła kropla krwi.

Nie mówi o tym matce. Matka i tak nie zrozumie, a choćby jeżeli zrozumie w tej chwili, zapomni za godzinę, i trzeba będzie wyjaśniać od nowa, i to też jest coś, co Teresa już umie robić bez irytacji — tłumaczyć po raz setny to samo, spokojnym głosem, jakby pierwszy raz.

Dzwoni do Agnieszki w niedzielę, zamiast czekać, aż siostra zadzwoni sama.

— Czytałam o takich badaniach — mówi, i streszcza, jak umie, co zapamiętała. — Może za pięć lat, może za dziesięć, ale coś się dzieje. Lekarze w ogóle zaczynają mówić o leczeniu dopasowanym do konkretnego człowieka, nie do choroby w ogóle.

Agnieszka milczy chwilę, a potem mówi, cicho, inaczej niż zwykle:

— Mama jeszcze to doczeka?

— Nie wiem.

I to jest pierwsza prawdziwa rozmowa, jaką mają od miesięcy — nie o pieniądzach, nie o tym, kto więcej robi, tylko o tym, iż obie boją się tego samego: iż zabraknie czasu, zanim nauka dogoni chorobę ich matki.

Teresa nie czeka już jednak z rękami złożonymi. Następnego dnia idzie do doktora Zawadzkiego, ale nie po to, żeby pytać o cudy. Przynosi wydrukowany artykuł, kładzie go na biurku i mówi:

— Proszę mi powiedzieć szczerze: czy to, co bierze moja mama, w ogóle ma sens, czy tylko spowalniamy coś, co i tak się stanie.

Doktor czyta, zdejmuje okulary, odkłada je na kartę pacjentki.

— Ma sens — mówi. — Dawka, którą bierze, utrzymuje ją w stanie, w którym jeszcze panią rozpoznaje. To już coś, pani Tereso. To nie jest mało.

Teresa wraca do mieszkania na Puławskiej z tą jedną zdaniem w głowie. Otwiera pudełko z przegródkami, sprawdza środę — pusta, jak zawsze — i napełnia ją na nowo, tabletkę po tabletce, dokładnie, bez pośpiechu. Matka siedzi przy kuchennym stole, patrzy na nią i mówi:

— Tereniu, a ty dzisiaj przyszłaś czy wczoraj?

— Dzisiaj, mamo. I przyjdę jutro też.

Nie ma w tym cudu. Nie ma odkrycia, które jutro zmieni wszystko. Jest środowa przegródka, znów pełna, i telefon do Agnieszki zapisany w kalendarzu na następną niedzielę — nie dlatego, iż coś musi, ale dlatego, iż teraz obie chcą wiedzieć, co dalej.

Idź do oryginalnego materiału