— Odwołujemy restaurację. Jedziemy do mamy wykopki robić — Dariusz powiedział to między kęsem kotleta, nie przerywając jedzenia.
Agnieszka trzymała telefon jak coś, co może jej zaraz wybuchnąć w ręku. Na ekranie świecił mail z potwierdzeniem: Pensjonat Dolina Prądnika, rezerwacja na sobotę, dwadzieścia osób. Trzy miesiące odkładała pieniądze z pracy w gabinecie stomatologicznym, żeby ten weekend po prostu się wydarzył.
— Mama już całej ulicy powiedziała, iż przyjedziemy. Sąsiedzi liczą, iż pomożemy z działką — dodał Dariusz, jakby tłumaczył dziecku zasady ruchu drogowego.
— Dariusz. Dwadzieścia lat ślubu. Nie piętnaście, nie dziesięć. Dwadzieścia.
— Wiem, ile to lat.
— To skąd ta pewność, iż mogę to po prostu odwołać?
Poznali się na studiach w Krakowie, na drugim roku. Wynajmowali kawalerkę na Bronowicach, jedli kanapki z pasztetem trzeci dzień z rzędu, żeby zebrać na wesele w małej sali przy kościele na Salwatorze. Potem kredyt na mieszkanie, córka Zosia, piętnaście lat w tym samym bloku na Prądniku Czerwonym.
— Pamiętasz dziesiątą rocznicę? — Agnieszka usiadła na krześle naprzeciwko, kładąc dłonie płasko na blacie stołu. — Mieliśmy bilety do Sopotu. Twoja mama zadzwoniła, iż płot się złamał.
— Płot naprawdę się złamał.
— A na piętnastolecie zamówiliśmy stół w restauracji na Kazimierzu. Pojechaliśmy robić przetwory, bo "śliwki się nie doczekają".
Teściowa, Krystyna, od pierwszego roku traktowała Agnieszkę jak darmową siłę roboczą na działce w Zabierzowie. Co weekend — pielenie, sadzenie, zbieranie. Na Boże Narodzenie Agnieszka gotowała dla całej rodziny dwanaście potraw, a Krystyna tylko poprawiała sos grzybowy, mówiąc, iż "za mało kminku".
Tym razem Agnieszka postanowiła inaczej. Odłożyła z własnej pensji, zarezerwowała pensjonat ze spa, zaprosiła Zosię z Wrocławia, świadków ze ślubu, przyjaciółkę Beatę z liceum.
— Chciałam zrobić ci niespodziankę — powiedziała, zaciskając palce na brzegu telefonu tak, iż pobielały jej kostki.
— Niespodzianki są super, ale mama już dogadała się z sąsiadami. Dałem słowo za nas obojga.
— Bez pytania mnie?
— A co tu pytać? Mama ma siedemdziesiąt dwa lata, kto jej pomoże, jak nie my?
Agnieszka wstała, odsunęła krzesło z takim trzaskiem, iż sąsiad za ścianą pewnie usłyszał.
— Zapłaciłam za pokoje. Zamówiłam catering od firmy z Krzeszowic. Dałam zaliczkę, która nie wraca.
— To odwołaj. Ludziom można powiedzieć.
— Trzy miesiące odkładałam po dwieście złotych z każdej wypłaty, Dariusz. Zosia brała urlop specjalnie.
— Zosia zrozumie. A ziemniaki nie będą czekać, zgniją w ziemi.
Agnieszka otworzyła usta, chciała coś powiedzieć, ale zamiast tego odwróciła się do zlewu i zaczęła płukać kubek, który już był czysty. Woda leciała za mocno, rozchlapywała się po blacie, a ona dalej trzymała kubek pod strumieniem.
— Choć raz zapytaj mnie o zdanie.
— Mama potrzebuje pomocy. Pomagamy. Tak było zawsze.
Wieczorem, gdy Dariusz oglądał mecz, Agnieszka wyjęła z szafy album ślubny. Okładka z plamą po kawie z dwa tysiące szóstego roku. Zdjęcia z Salwatora — ona w sukni od ciotki, przerobionej u krawcowej na Grzegórzkach, on w garniturze pożyczonym od kolegi.
Przerzucała strony powoli, jedną po drugiej, aż zatrzymała się na zdjęciu z pierwszej wspólnej kawalerki — on z kanapką w ręku, ona śmiejąca się do obiektywu. Palcem przejechała po krawędzi fotografii, jakby chciała wygładzić zagięty róg, choć żadnego zagięcia tam nie było.
Zamknęła album. Odstawiła go na półkę, równo, tak jak stał wcześniej.
Rano, zanim Dariusz wyszedł z łazienki, zadzwoniła do Beaty:
— Impreza jest. W sobotę, jak planowałam.
— A Dariusz pojedzie na działkę?
— Dariusz sam zdecyduje, gdzie chce być.
Potem potwierdziła rezerwację w pensjonacie, wysłała wiadomości do wszystkich gości. Gdy Dariusz wrócił z pracy i usłyszał, iż impreza się odbędzie, zatrzymał się w progu z kluczami w dłoni, nie zdejmując jeszcze butów.
— Serio? A mama?
— Twoja mama ma sąsiadów, którzy obiecali pomoc.
— Nie pojedziesz tam sama?
— Czemu sama — kroiła sałatkę, nie podnosząc głowy. — Zosia przyjedzie, Beata, świadkowie. Pełna sala.
— A ja?
— Ty miałeś kopać ziemniaki. Twoje słowa.
Godzinę później zadzwoniła Krystyna, na głośniku.
— Agnieszka! Co to za cyrk urządzasz?! Już całej ulicy powiedziałam, iż przyjedziecie! Kartofli w tym roku tyle, iż na trzy rodziny wystarczy!
— To świetnie. Sąsiedzi będą mieli więcej.
— Rozumiesz, ile ja w tę działkę włożyłam?! Dla was się starałam!
— Krystyna, to moja rocznica ślubu. Raz w roku, nie częściej.
— Jak ty śmiesz! Niewdzięczna! Do rodziny cię przyjęłam, a ty…
Agnieszka odłożyła telefon na stół, ekranem do dołu, i wróciła do krojenia sałatki. Nóż stukał o deskę równo, jedno uderzenie za drugim.
Nadeszła sobota. Dariusz w milczeniu pakował torbę z roboczymi ubraniami, trzaskając szafą. Przy drzwiach rzucił przez ramię:
— Rozmyślisz się — przyjeżdżaj. Mama czeka do obiadu.
Agnieszka stała przy oknie kuchennym, patrząc, jak jego stary Passat odjeżdża w stronę obwodnicy. Na stole został nietknięty talerz z jajecznicą — ugotowała dla niego, a on choćby nie spróbował. Zebrała go, zeskrobała resztki do kosza i umyła talerz, choć mogła zostawić to na później.
Do pensjonatu dojechała przed południem. Zosia czekała przy recepcji, z plecakiem po nocnym pociągu z Wrocławia.
— Mamo! Wyglądasz obłędnie! A gdzie tata?
— Pojechał kopać ziemniaki — Agnieszka postawiła torbę na podłodze. — Chodź, pokażę ci pokój.
W sali bankietowej zebrali się najbliżsi. Beata z mężem, brat Agnieszki z rodziną, świadkowie ze ślubu — Marta i Tomek, przyjechali z Tarnowa. Na stole stały tace z pierogami i karpiem w galarecie, które przygotowała kuchnia pensjonatu, bo Agnieszka specjalnie poprosiła o menu z ich wesela.
— Agnieszka, brawo, iż nie odwołałaś! — Marta podniosła kieliszek. — Za twoją odwagę!
Wspominali studia, pierwszą kawalerkę, jak mała Zosia wylała kompot na suknię ślubną podczas rocznicowej sesji zdjęciowej. Puścili wideo z wesela — młodzi, chudzi, pełni nadziei, tańczący do oberka, który grał wujek na akordeonie.
— Mamo, a nie żałujesz? — zapytała Zosia podczas wieczornego spaceru po parku pensjonatu.
Agnieszka zdjęła sandały, niosła je w ręku, idąc boso po wilgotnej trawie.
— Nie, córeczko. Zobacz, jaka trawa chłodna o tej porze.
Na działce w Zabierzowie sprawy szły inaczej, niż Krystyna planowała. Brat Dariusza zadzwonił rano — dziecko zachorowało, nie przyjedzie. Siostra odmówiła przyjazdu bez męża. Sąsiedzi, widząc, iż pomocników mało, zażądali zapłaty za robotę.
— Widzisz, co twoja żona narobiła! — Krystyna nie przestawała narzekać, wbijając szpadel w ziemię. — Wszystko zepsuła! Nastrój zniszczyła!
Dariusz kopał w milczeniu, ziemia wchodziła mu pod paznokcie, plecy bolały od schylania się. Co jakiś czas prostował się, patrzył na rząd worków z ziemniakami, i znowu się schylał.
Wieczorem, zabłocony po kolana, nieumyty, wsiadł do samochodu i ruszył do pensjonatu. Przyjechał prawie na koniec — impreza już wygasała, ale na tarasie jeszcze siedziała grupka gości. Agnieszka, w zielonej sukience kupionej specjalnie na tę okazję, rozmawiała z Beatą, gestykulując szeroko, opowiadając coś, czego Dariusz nie dosłyszał.
Zobaczyła go i zamarła z kieliszkiem w połowie drogi do ust. Dariusz podszedł wolno, w rękach miał słoik — ogórki od matki, które miał zawieźć sąsiadom, a przywiózł tutaj, bo nie wiedział, co innego ze sobą zrobić.
— Możemy pogadać?
Odeszli do altanki w głębi parku. Lampki solarne rzucały słabe światło na żwirową ścieżkę. Dariusz postawił słoik na drewnianej ławce, zdjął czapkę, zaczął ją miąć w dłoniach.
— Ja… — zaczął i urwał. Patrzył na swoje buty, oblepione ziemią.
— Co się stało?
— Cały dzień kopałem. — Przełknął ślinę. — Mama cię obrażała przez telefon, ja stałem obok i nic nie powiedziałem. Jak zawsze.
Milczał chwilę, kręcąc czapkę w rękach.
— Dziesiąta rocznica. Piętnasta. Teraz to.
— Dariusz…
— Nie, czekaj. — Odetchnął głęboko. — Liczyłem po drodze. Wyszło mi, iż chyba nigdy cię o nic nie zapytałem. Tylko mówiłem, co będzie.
Wziął jej dłoń, niepewnie, jakby nie był pewien, czy wolno.
— Przepraszam. Za ziemniaki, za mamę, za te wszystkie lata też, chyba.
— Przyniosłeś ogórki — powiedziała Agnieszka, patrząc na słoik.
— Mama dała. Nie wiedziałem, co z nimi zrobić.
Stali tak chwilę w ciszy altanki, on wciąż miął czapkę, ona trzymała jego dłoń, a z sali dobiegał stłumiony śmiech gości i brzęk sztućców o talerze.
— Zostań na resztę wieczoru — powiedziała w końcu. — pozostało kawałek karpia.
Następnej wiosny Krystyna, jak zwykle, zaczęła budować wielkie plany. Rozbudować szklarnię, naprawić płot, założyć nowe rabaty.
— Dariusz, na majówkę przyjedziecie. Pracy jest sporo — zadzwoniła, nie pytając, a stwierdzając fakt.
— Mamo, pomożemy w jeden z weekendów, jeżeli zdołamy. Ale na majówkę mamy swoje plany.
— Jakie jeszcze plany?!
— Nasze, rodzinne. Agnieszka i ja sami decydujemy, jak spędzamy wolny czas.
Krystyna obraziła się, tydzień nie dzwoniła.
Słoik z ogórkami stał od tamtej pory w kuchennej szafce Agnieszki i Dariusza, nietknięty, za szklankami, które rzadko były w użyciu.













