Drugie życie po pięćdziesiątce: Historia Rity i Jurka, o tym, jak przypadkowe spotkanie pod kasą zam…

twojacena.pl 1 tydzień temu

Proszę pana, niech pan się nie pcha. Fuj. To od pana tak pachnie?
Przepraszam mruknął mężczyzna, cofając się.
Coś jeszcze burknął pod nosem, niezadowolony i przygnębiony. Stał i odliczał jakąś drobnicę w dłoni. Pewnie brakuje mu na butelkę, pomyślałam niechętnie. Mimo to zerknęłam mu w twarz. Dziwne nie wyglądał na pijanego.
Proszę pana przepraszam, nie chciałam być niemiła. coś mi nie pozwalało po prostu się odwrócić i odejść.
Nic się nie stało.
Spojrzał na mnie tymi swoimi przenikliwie niebieskimi oczami, zupełnie nie wyblakłymi. Mężczyzna był chyba w moim wieku. Nigdy nie spotkałam tak niebieskich oczu, choćby w młodości.
Chwyciłam go pod ramię i odprowadziłam na bok, z dala od kolejki do kasy.
Coś się panu stało? Może potrzebuje pan pomocy? starałam się nie marszczyć nosa.
Wreszcie zrozumiałam, czym pachnie. Po prostu starym potem. On milczał, chowając drobne do kieszeni, zażenowany rozmową z obcą kobietą, do tego dobrze ubraną.
Mam na imię Małgorzata. A pan?
Stanisław.
Pomóc panu jakoś? poczułam nagle, iż się narzucam.
Bezdomnemu się narzucam. A on tylko raz spojrzał na mnie tymi oczami, potem już unikał wzroku. No cóż. Już miałam odejść, gdy nagle się odezwał:
Pracy szukam. Wie pani, gdzie można coś dorobić? Może naprawić, może coś w domu pomóc. Osiedle ładne, duże, ale nikogo tu nie znam. Przepraszam
Milczałam. Słuchałam, jak jego głos cichnie przy końcu, usłyszawszy te szeptane słowa. Zaczęłam się zastanawiać, czy warto wpuszczać do domu kogoś obcego. Właśnie planowałam remont łazienki, syn obiecał pomóc, mówił, żebym nie brała pseudo-fachowców. Ale wiecznie zapracowany, nigdy nie ma czasu
Umi Pan kłaść kafelki? zapytałam.
Potrafię.
Ile pan chce za łazienkę 10 metrów kwadratowych?
Zdziwił się, widać dla niego to duża powierzchnia jak na toaletę.
Trzeba zobaczyć. Zapłaci mi pani, ile uzna za słuszne odparł spokojnie.
Staszek zrobił łazienkę naprawdę solidnie. Najpierw zapytał, czy może skorzystać z prysznica byłam wdzięczna, iż sam na to wpadł. Dawałam mu stare ubrania po mężu, swoje wyprał. Pracę wykonał w weekend: skuł stare kafelki, starannie posprzątał, narzędzia odłożył, gdzie były. Wziął kielnię i szpachelkę, a w niedzielę wieczorem ściany i podłoga lśniły jak nowe. Trochę się denerwowałam, iż kończy. Najpewniej nie ma gdzie się podziać. Zostawić go na noc? Ale wyganiać też głupio.
W sobotę nie spałam niemal całą noc zamknęłam się w pokoju i nasłuchiwałam. Ale Stanisław, widocznie zmęczony robotą, twardo spał w salonie na kanapie.
Proszę sprawdzić robotę, Małgosiu! zawołał.
Remont był naprawdę idealny.
Staszku, a czym się pan zajmował wcześniej? zachwycałam się efektem.
Nauczyciel fizyki. Ukończyłem Uniwersytet Gdański.
Kładzenie kafelków też opanowane?
Każdy szanujący się facet powinien to umieć. Tak przynajmniej sądzę.
Kiwnęłam głową i wyciągnęłam przygotowane pieniądze. Nie skąpiłam. Dałam tyle, ile planowałam zapłacić firmie remontowej. Staszek schował pieniądze do kieszeni bez liczenia.
To co, już pan wychodzi i tyle? zdziwiłam się trochę nawet.
A co? spojrzał tymi swoimi nieprawdopodobnie niebieskimi oczami.
No zje pan chociaż! Pracował pan od rana, choćby nie jadł, tylko herbatę pił, bo nie chciał pan przerywać.
Trochę się wahał, ale ostatecznie machnął ręką.
Nie odmówię, dziękuję.
Usiedliśmy więc w kuchni, zjadł ze mną kawałek ryby sama po 18 zwykle nie jem, ale z nim jakoś miło było pogadać. Okazał się sympatyczny, wykształcony, bardzo inteligentny, choć jakiś taki zagubiony. Tej zagubienia nie zmył ani prysznic, ani rozmowa. Widocznie potrzeba czasu.
Staszku, co się u pana wydarzyło? Przepraszam, iż pytam.
Przez chwilę milczał. Potem odpowiedział:
Wie pani, gdybym zaczął opowiadać, wyszłoby patetycznie albo żałośnie. Słyszałem takich historii przez ostatnie lata mnóstwo. Tyle, iż moja przydarzyła się naprawdę. Po co pani to wiedzieć?
Zwyczajnie mnie dziwi, iż taki człowiek, jak pan w takiej sytuacji
Spojrzał na mnie uważnie, a potem nagle powstaliśmy z miejsc jednocześnie. Zamieszanie, poszedł do drzwi, nasze drogi się skrzyżowały. Nasz kontakt był nagły, odruchowy. A ja nie przypuszczałam, iż mając pięćdziesiąt trzy lata, może mnie to spotkać. Myślałam, iż namiętność to sprawa dla młodych. Taka gorąca, prawdziwa.
Potem powiedział, iż osiem lat temu chciał pomóc swojemu uczniowi, zdolnemu, ale z patologicznej rodziny, wciągniętemu do złej bandy. Chłopak też nie był zadowolony, tylko tak łatwo się z tego nie wychodziło. Wtedy wychowawca, Stanisław, poszedł porozmawiać z szefem tej bandy. Młody, bez zahamowań. Próbowali go pobić. Na szczęście Staszek wiele lat ćwiczył judo. Odparł atak; główny napastnik uderzył w ścianę, złamał kręgosłup nie przeżył. Stanisław sam zadzwonił po karetkę i policję, pewien, iż będzie mu można postawić tylko przekroczenie granic obrony koniecznej. I to niepewne, bo padł ofiarą ataku kilku osób naraz.
Odsiedział wyrok art. 148, wyszedł cztery lata przed czasem za wzorowe zachowanie. Łącznie 8 z zasądzonych 12 lat.
Tam też ludzie żyją tylko tyle powiedział o więzieniu.
A gdy wrócił, nikt na niego nie czekał. Mama zmarła, wcześniej sprzedała mieszkanie i dożywała u brata. Żona brata jasno powiedziała:
Tego kryminalisty tu nie chcę.
Jego własna żona dawno się rozwiodła, wyszła za mąż za innego. Pojechał ze Szczecina do Warszawy, ale szczęścia nie miał. Nigdzie go nie chcieli przyjąć po wyroku. Próbował dorabiać u mieszkańców miasteczka, gdzie zawędrował przez przypadek. Jak nie brak zrozumienia, to pogarda albo niechęć. Z czasem został bez dachu nad głową. Znajomy, u którego mieszkał na początku, poprosił go uprzejmie, żeby się nie przyzwyczajał.
Od kiedy tak pan żyje? zapytałam, patrząc na żarzący się papieros w jego palcach.
Dwa tygodnie już odpowiedział cicho.
Papierosy miał moje. Ja raz na pięć lat zapalę, a paczka walała się w szafce. Chciał kupić swoje, ale mu nie pozwoliłam. Teraz myślałam, jak to jest, tak mieszkać przez dwa tygodnie nigdzie. W ciemności, przy świetle tlącego się papierosa, łatwiej było się przyznać do tego, co zrobił.
Przygarnęłam go do łóżka. Trudno już było udawać.
Masz dowód? zapytałam go.
Mam, ale nie mam meldunku. To podstawa wszystkich moich problemów.
Został. I dobrze nam się układało. Załatwiłam mu tymczasowy meldunek, dostał pracę, chociaż nie w zawodzie sprzedawca w sklepie z narzędziami. Jak na początek, było dobrze. W weekendy dorabiał korepetycjami, stopniowo zdobywając nowych uczniów. Tak minęły dwa i pół miesiąca sielanki, gdy przyjechał do mnie syn. Oceniając sytuację, wyciągnął mnie na rozmowę poza dom.
Mamo, musisz się go pozbyć.
Słucham?! zdębiałam.
Już od dawna nie wchodziliśmy sobie w życie.
Pozbądź się go, mówię. Po co ci taki darmozjad? Myślisz, iż jest z tobą z miłości? Mieszka, bo nie ma dokąd iść! A ty jesteś naiwna!
Spoliczkowałam Piotrka.
Nie waż się! Nie mieszaj się do mojego życia.
Mamo, chyba zapomniałaś, jestem twoim spadkobiercą. Nie chcę się dzielić z żadnym przybłędą! A jeżeli wyjdziesz za niego, będzie miał prawo do części spadku!
No proszę bardzo, już mnie grzebiesz? zirytowałam się. Co ty tu liczysz do podziału? Może cię jeszcze przeżyję!
Mamo, nie zmuszaj mnie do nieprzyjemnych kroków. I tak wam nie dam spokoju. Zajmuję się własnym interesem. Gdybyś znalazła kogoś przyzwoitego, bogatego nie odezwałbym się słowem. Ale tak
Więc według ciebie człowieka mierzy się portfelem? Co się z tobą dzieje? Chyba nie tego cię uczyłam!
Mamo powiedziałem ci wszystko. Za tydzień wracam, ma go tu nie być. Potem nie płacz, ostrzegam.
Weszłam do domu, ledwie panując nad łzami.
Syn policjant? zapytał Staszek.
Przepraszam, nie powiedziałam
Nic nie szkodzi.
Jest prokuratorem. Dobrym człowiekiem, Staszku. Ale zbyt ostrożny. Martwi się o mnie.
Co masz zamiar zrobić? przyjrzał mi się poważnie.
Usiadłam przy stole. Sama nie wiedziałam. Piotrek był uparty i jeżeli powiedział, iż nie pozwoli nam być razem znajdzie sposób, choćby jakby miał wpakować Staszka z powrotem za kratki. Nie chciałam tego, choć trudno mi było uwierzyć, iż syn naprawdę posunie się tak daleko.
Wiosna powiedział nagle Staszek. Nie zdecydowałaś? To ja może coś zaproponuję.
Milczałam z wrażenia. On się zaczął denerwować.
Wiesz, trochę uzbierałem. Na działkę tutaj mi nie starczy, ale kawałek dalej dwadzieścia kilometrów, wystarczy. Póki co postawimy barak, potem zaczniemy się budować. Korepetycje mogę prowadzić dalej, a pracę da się rzucić. Sam zbuduję nam dom. Co ty na to?
Zaniemówiłam. On niepewnie dodał:
Wiem, iż przywykłaś do wygód. To tymczasowe niedogodności, potem wszystko ci urządzę i upiększę.
Staszek ja też mam oszczędności. Mogę się dorzucić do budowy. zamyśliłam się.
Nie śmiałbym prosić.
Nie musisz! Sama chcę. To dla nas przecież.
Podszedł do mnie, objął od góry, przytulił. Poczułam ciepło, pewność i uczucie. Kto by pomyślał, iż choćby w tym wieku można jeszcze rozpocząć nowy rozdział
Szybko wszystko załatwiliśmy. Stanowczo chciałam, żeby własność była wspólna, mimo iż nalegał, abym to ja widniała jako właścicielka.
Mam swoją nieruchomość, to, iż mnie wygnali, nie znaczy, iż nie, a ty nic. Nie licz na mnie mam spadkobiercę! zażartowałam, przypominając sobie słowa Piotrka.
Postawiliśmy barak, podciągnęliśmy prąd, a Staszek z zaangażowaniem wziął się za budowę domu. Okazało się, iż moich oszczędności nie wystarczy, więc rzucił się w wir udzielania korepetycji. Urządził sobie kącik, z którego nie było widać, iż pracuje z baraku. Każdą złotówkę oszczędzaliśmy na dom. Kafelek po kafelku. W ciepłe letnie wieczory rozkładaliśmy koc na swoim kawałku ziemi i patrzyliśmy w gwiazdy.
Powiedz, co czujesz? obejmował mnie Staszek.
Mam drugie życie odpowiadałam.
To ja mam drugie życie śmiał się. A ty powinnaś czuć moją miłość.
Czułam. Bez dwóch zdań.
Kiedy przyszła jesień, musiałam jechać do mieszkania po ciepłe ubrania, kołdry i trochę naczyń. W domu zastałam Piotrka, siedział w kuchni i palił.
Cześć, synku! Ja tylko na chwilę, jak tam u ciebie?
Spojrzał na mnie podejrzliwie. Opalona, szczuplejsza, promienna.
Mamo, czemu tu cię nigdy nie ma?
Przecież wiesz, nie mieszkam już tutaj. Wpadłam po kilka rzeczy, chyba mogę?
Zamilkł zszokowany byłam inna, nie tylko z wyglądu. Lżejsza, szczęśliwsza.
Synku, jak się wybudujemy, zaproszę cię, oczywiście. Teraz śpieszę się. Mam jeszcze masę roboty!
Wrzuciłam rzeczy do toreb, w biegu pocałowałam Piotrka w policzek i wyszłam.
Mamo, co się dzieje? zawołał za mną.
Odwróciłam się w drzwiach, szeroko się uśmiechając.
Drugie życie, Piotrusiu. I miłość. Najzwyklejsza miłość! Pa, kochany zaśmiałam się i wybiegłam.
Nie było czasu, czekało dziś wykańczane wspólnie ganku.

Idź do oryginalnego materiału