Wiesz co? Zorientowałam się, iż mój były mąż mnie zdradza przez… zamiatanie ulicy. Absurdalne, nie? Ale właśnie tak było. On był elektrykiem i pracował z domu miał warsztat w garażu, cały dzień grzebał w kablach i narzędziach, a obsługiwał klientów zza rogu. Do domowych obowiązków miał dwie lewe ręce. Nie chodzi o to, iż nie mógł, on po prostu nie znosił tego typu rzeczy. Wolne chwile spędzał, patrząc w telewizor, popijając piwo z kumplami albo rozpalając grilla na działce. Spokojny gość, bez cienia agresji, nie szalał na imprezach. Totalnie nie był typem faceta, który od razu wzbudzał podejrzenia.
Nasza ulica w Warszawie to była taka zwykła, szeroka, wysypana żwirem, z dużymi kasztanami po bokach. Zawsze same liście, pył i błoto. Zamiatanie było codziennością zwykle ja ogarniałam to rano, robiąc przy okazji śniadanie. Pewnego razu do sąsiedniego domu wprowadziła się nowa sąsiadka, pani Marta. To nie było nic dziwnego ta chałupa była wynajmowana, co chwila ktoś się zmieniał.
Kilka miesięcy po tym, jak się wprowadziła, mój mąż nagle zaczął odzywać się:
Nie przejmuj się, dziś ja pozamiatam.
Na początku mi się to choćby podobało mogłam wtedy zająć się naczyniami, sprzątnąć łazienkę, czy przejrzeć papiery. Nie patrzyłam mu na ręce, nie miałam choćby powodu.
Ale z tygodnia na tydzień sprzątał codziennie. I zawsze o tej samej porze punkt siódma rano. Ani wcześniej, ani później. Zaczęło mnie to zastanawiać, bo on nigdy nie był typem wszystko o stałej godzinie poza robotą. Z ciekawości, pewnego dnia zerkam przez firankę.
I co widzę?
On z miotłą, zamiast zamiatać, stoi i gada. Szczerzy się. Przed nim pani Marta. Myślę sobie: przypadek. Ale następnego dnia powtórka. I kolejnego też. Za każdym razem, gdy wychodził z miotłą ona też akurat była na zewnątrz. Jakby byli umówieni.
Zaczęłam patrzeć uważniej. To nie były już tylko poranki. W sobotę powiedział, iż idzie na piwo z kolegami. Normalka. Ale kiedy zamykał drzwi, miałam przeczucie… Wyglądam przez okno i widzę, jak pani Marta wychodzi w tym samym czasie. Woła na cały głos:
O, dzień dobry sąsiedzie! Miłego wieczoru!
On odpowiada bez skrępowania. A ona dorzuca:
Co za przypadek, ja też idę w tamtą stronę.
I idą razem.
Tydzień później twierdzi, iż idzie grać w piłkę. Nigdy wcześniej nie widziałam, żeby to robił! Wychodzi, a za chwilę pani Marta też wychodzi z domu, dzwoniąc do kogoś i idzie patrz przypadek w tę samą stronę.
Nie miałam dowodów żadnych wiadomości, fotek, nic. Tylko te schematy. Godziny, niby przypadkowe spotkania, które już przypadkami nie były.
W końcu nie wytrzymałam. Mówię wprost:
Wiem, iż coś masz z sąsiadką.
Patrzy na mnie totalnie zaskoczony. Najpierw zaprzecza, ale ja na to:
Widziałam was. Codziennie. Nie wciskaj mi kitu.
Zamilkł, spojrzał na podłogę i w końcu powiedział:
Tak, jestem z nią. Zakochałem się.
Wybuchnęłam, kazałam mu się wynosić. Nie mieliśmy dzieci, więc choćby nie było o czym gadać. Najbardziej absurdalne jest to, iż zamieszkał wtedy… u niej, tuż za płotem.
Nie posiedzieli tam długo góra dwa miesiące. Potem razem się wyprowadzili. Co i jak, nikt nie wiedział. Opuścili Warszawę, słuch po nich zaginął. Sąsiedzi plotkowali, rodzina też, ale ja nie chciałam już nic wiedzieć.








