Dopóki żyję, nigdy nie jest za późno. Dziennik
– No to, mamo, jak się umawialiśmy, jutro po ciebie przyjadę i zawiozę cię tam. Jestem pewien, iż bardzo ci się spodoba – mówiłem, nerwowo zakładając płaszcz i cicho zamykając drzwi wejściowe.
Helena Borowska ciężko opadła na kanapę. Po długich namowach zgodziła się pojechać. Sąsiadki z podziwem szeptały:
– Twój Staś to taki opiekuńczy! Znowu wysyła cię na wypoczynek, a my żyjemy zwyczajnie
Mimo pochwał, w sercu mojej mamy pojawił się niepokój. Ale trudno, jutro wszystko się wyjaśni.
Następnego ranka zjawiłem się wcześnie. gwałtownie znosiłem mamy walizki, pomogłem jej usiąść w aucie i ruszyliśmy.
– Ale jej dobrze – plotkowały sąsiadki na ławce. To syn jej panią do pomocy wynajął, to na wyjazd zabiera Nie to, co my.
Dom opieki znajdował się pod Warszawą.
– Mamo, prawie jak pięć gwiazdek! – spojrzałem na nią błagalnym wzrokiem.
Kiedy weszliśmy na teren domu, gdzie na ławkach przesiadywali tylko starsi ludzie, mama wyczuła, iż jej obawy nie były bezpodstawne.
Ale po mamie nic nie było widać. Zawsze potrafiła zachować godność.
Nasze spojrzenia się spotkały, ale natychmiast odwróciłem wzrok. Wiedziałem, iż się domyśliła.
– Mamo, tutaj są lekarze, interesujące zajęcia, dużo towarzystwa. Spróbuj, na razie na trzy tygodnie, a potem zobaczymy – plątałem się, nie patrząc jej w oczy. Ale tylko powiedziała:
– Jedź, synku. I nie mów do mnie mamusiu, mów mamo, jak dawniej, dobrze?
Przytaknąłem z ulgą, pocałowałem ją w policzek i odjechałem.
Mamie zaproponowano pokój z sąsiadką albo osobny wybrała z towarzyszką, nie chciała zostać sama ze swoimi myślami.
– Witaj, kochana powitała ją dystyngowana pani na kanapie nareszcie nie jestem sama! Jestem Bronisława Lis.
Poznały się.
Rzeczywiście, apartament był jak z pięciogwiazdkowego hotelu starałem się. Wspólny salon, dwie sypialnie, łazienka.
Bronisława okazała się samotną, dobrze sytuowaną, dziewięćdziesięciojednoletnią damą:
– Kochana, jestem już zmęczona, chcę, żeby ktoś się mną zajął. Wynajmuję swoje duże mieszkanie w centrum, a tutaj mam spokój. Opiekę, lekarzy, kreatywne zajęcia. Mieszkanie zapisałam siostrzeńcowi, a on zabiera mnie nad morze, kiedy pogoda najlepsza. A pani, kochana? Jak tu pani trafiła? Przecież pani jeszcze młoda.
Mama uśmiechnęła się z przekąsem, ale chęć podzielenia się była silniejsza:
– Nie do końca z własnej woli. Syn z żoną mieszkają osobno. Nie dogadaliśmy się.
Też mam duże mieszkanie, ale jak zaczęli lepiej zarabiać, to od razu kupili własne i się wyprowadzili. Może to i lepiej z Agnieszką, synową, trudno było się dogadać. A na początku samotność choćby miała swój urok mama przerwała na chwilę ale zdrowie zawiodło.
– Ach, rozumiem – kiwnęła Bronisława, układając loki przed lustrem. Dziś są tańce, przyjdzie pani?
– Nie, dziękuję, dziś odpocznę odmówiła mama i położyła się w swoim pokoju.
Wszystko było jak należy. Wnuczka, Zosia, studiowała w Krakowie. Po studiach wróci i będzie gdzie założyć rodzinę.
Sama sobie winna.
Z Agnieszką się nie polubiły, bo to mama ciągle ją pouczała i nie pozwalała na gospodarzenie. Staszek wtedy był między nimi rozdzierany, a mama pragnęła, by trzymał jej stronę.
Głupota.
A jak się wyprowadzili na początku było dobrze. choćby relacje się poprawiły, odwiedzali ją z Agnieszką i Zosią często. Ale znów, coś jej nie pasowało!
Sama sobie winna.
Czuła się zapomniana, zaczęła wymyślać choroby, udawała słabość. Myślała, iż wtedy będą przychodzić częściej. Ale syn postanowił inaczej. Może bał się kolejnych kłótni z Agnieszką? Albo naprawdę miał za dużo pracy.
Tylko o sobie myślała.
Sama sobie winna.
W końcu wynajął jej panią do pomocy, potem kolejną. Ale żadna jej się nie podobała. Chciała, żeby zwracać na nią uwagę, tymczasem wyszło inaczej.
Zosia, ukochana wnuczka, wyjechała na studia. Dzwoniła często:
– Babciu, niedługo przyjadę, u mnie wszystko dobrze. A u ciebie?
– U mnie też dobrze odpowiadała mama.
– Babciu, nie smuć się, już niedługo będziemy razem Zosia naprawdę ją kochała.
Sama sobie winna.
Nawymyślała Staszkowi, iż zaczęła się gubić w lekach, iż zapomina. Skłamała.
Myślała, iż zaprosi ją do siebie.
Ale Staszek wystraszył się, pewnie uznał, iż jest już bardzo słaba. On i Agnieszka dużo pracują kto by się nią opiekował? Dlatego zabrał ją tutaj.
Do tego luksusowego domu seniora.
Mama spojrzała w lustro.
Starsza kobieta, pod osiemdziesiątkę, i co z tego?
Jeszcze przy zdrowych zmysłach, siły ma.
Sama sobie winna. Może faktycznie tak lepiej.
Położyła się i zasnęła.
Trzy tygodnie dłużyły się w nieskończoność.
Syn przyjeżdżał w piątki. Przywoził smakołyki, choć wszystkiego tu nie brakowało.
Wszystko byłoby idealne, gdyby to naprawdę był wakacyjny pobyt w eleganckim hotelu. Ale świadomość, iż to może już na zawsze, była dla niej nie do zniesienia.
– Proszę pana, przebadaliśmy panią Helenę. Ma świetne zdrowie, tylko trochę nerwy szwankują, jak u każdego poinformowali mnie przy kolejnym przyjeździe jej opiekunowie.
I wtedy zobaczyłem, iż się zdziwiłem i ucieszyłem równocześnie. Mama uznała, iż wszyscy tylko czekają, aż odejdzie.
Niespodziewanie wpadła Zosia:
– Babciu, tata mówił, iż jesteś na wczasach? Dziwne miejsce wybrałaś Obronilam magisterkę, gratuluj mi! Kiedy wracasz? Bez ciebie w domu pusto. Chcę z tobą zamieszkać, mogę?
Serce mamy aż zadrżało Zosia była taka szczera.
– Tata jutro przyjeżdża, zbieraj się, wracamy do domu!
Mama kiwnęła tylko głową, bo zaraz by się rozpłakała.
Bronisława, poprawiając fryzurę, przygotowywała się do wieczoru:
– Tobie, kochana, do domu trzeba wracać, to nie miejsce dla ciebie powiedziała z lekką zazdrością. Ty nie jesteś dama, ty jesteś domowa dodała i dumnie się oddaliła.
Mama spakowała walizkę, sama nie wierząc, iż opuści to miejsce.
Staszek przyjechał wcześnie. Wszedł, uśmiechnął się i tylko powiedział:
– Mamo po czym objął ją mocno.
W aucie siedziała już Zosia i co było sporym zaskoczeniem Agnieszka. Spojrzeli na siebie, a mamę ogarnęło ciepło:
„Sama sobie winna. Wszystkim dyrygowałam, rządzić chciałam. Nie pozwalałam żyć. Po co? Widzisz, jak na mnie patrzą Przecież to moje dzieci.”
– Dziękuję Wam – wyszeptała mama, a ja otworzyłem dla niej drzwi i pomogłem wsiąść.
W drodze do domu rozpierały ją euforia i szczęście.
Teraz już wszystko będzie inaczej. Teraz wierzy, iż może być dobrze.
Bo nigdy nie jest za późno, żeby po prostu żyć, cieszyć się i czynić innych szczęśliwymi.
I ja też w końcu to zrozumiałem.








