Dopóki sprzedajemy mieszkanie, zamieszkaj w domu spokojnej starości rzuciła córka, a jej głos rozmywał się wśród pływających pod sufitem balonów.
Zofia wyszła za mąż bardzo późno. Przez lata nie miała szczęścia i czterdziestoletnia kobieta już niemal porzuciła nadzieję, by spotkać według jej miary godziwego człowieka.
Tymczasem czterdziestopięcioletni Zenon okazał się księciem w lustrze, które zniekształcało rysy. Był już kilka razy żonaty i miał trójkę dzieci. Na mocy sądowego postanowienia oddał im własne mieszkanie na warszawskim Ursynowie w zamian za kurzem posypane zobowiązania alimentacyjne.
Z tego powodu Zofia, po kilku miesiącach tułaczki po wynajmowanych mieszkaniach za złote wyciągane z torebki, musiała przywlec męża do sześćdziesięcioletniej matki Marianny Jagielskiej.
Zenek jeszcze w progu skrzywił twarz i zmarszczył nos, całym ciałem wyrażając swoją pogardę wobec nieuchwytnego zapachu stęchlizny.
Starością tu zalatuje mruknął pełen niesmaku. Porządnie przewietrzyć musimy.
Marianna Jagielska słyszała każde słowo, ale udawała, iż są to ćmy ocierające się o firankę.
Gdzie się tu zatrzymamy? westchnął ciężko Zenek, nie mogąc pogodzić się z nową rzeczywistością.
Zofia zaczęła się uwijać, chcąc mu dogodzić i odciągnęła matkę na stronę, gdzie pod sufitem dryfowały rozpylone od zapachu kule na mole.
Mamo, z Zenkiem zajmiemy twój pokój szepnęła, a ty zamieszkasz na chwilę w mniejszym.
Jeszcze tego samego dnia Mariannę bezceremonialnie przesiedlono do schowka, który tylko z trudem zasługiwał na miano pokoju.
Swoje rzeczy przenosiła sama, bo zięć przyglądał się wszystkiemu z obojętną miną.
Odtąd dla niej zaczął się ciężki czas. Zenek narzekał na wszystko: zupę by zamienił na rosół, podłogi za mało skrzypiące, a tapety chciałby w innych barwach.
Najbardziej irytował go jednak zapach. Według niego całe mieszkanie przesycone było starością, doprowadzającą go do alergii.
Zenek w udawanej zadyszce kaszlał za każdym razem, gdy Zofia wracała do mieszkania.
Nie da się tak żyć! Trzeba coś wymyślić! wybuchnął przed żoną rozgniewany Zenek.
Nie stać nas na czynsz w Warszawie bezradnie rozłożyła ręce Zofia.
Wyślij matkę gdzieś syknął mężczyzna Nie da się tu oddychać!
Dokąd mam ją wysłać?
Nie wiem, sama wymyśl! Ta klatka i tak już zgniła. Sprzedamy ją i kupimy nowe mieszkanie mamrotał Zenek. To samo naprawi sytuację! Porozmawiaj z matką!
Ale jak mam jej to powiedzieć? zapytała zlękniona Zofia.
Coś wymyślisz! Przecież po jej śmierci mieszkanie i tak będzie twoje. Po co czekać? odpowiedział Zenek nieporuszony, jakby wycinał chmury nożyczkami do papieru.
Niewygodnie trochę
Zastanów się, kogo kochasz bardziej: ją czy mnie? To ja cię wziąłem, czterdziestoletnią, starej panny nikt by nie chciał natarczywie mówił Zenek, wiedząc, gdzie uderzyć. Odejdziesz, znowu zostaniesz sama i nikt cię już nie przygarnie.
Zofia przeciągającym wzrokiem spojrzała na męża. Ruszyła do schowka, który teraz był pokojem jej matki.
Mamusiu, pewnie nie lubisz tu mieszkać? zaczęła niepewnie.
Wrócisz mi mój pokój? zapytała Marianna z delikatnym zdenerwowaniem.
Nie, ale mamy inny pomysł. W końcu to mieszkanie przepiszesz mi, prawda?
Oczywiście, dziecko.
To po co zwlekać! Chcę sprzedać to mieszkanie i kupić inne, w lepszej okolicy.
Może lepiej zrobić tu remont?
Nie, musimy zdobyć więcej powierzchni.
Dokąd mam się podziać, córeczko? drżały wargi Marianny.
A Ty tymczasem zamieszkasz w domu spokojnej starości Zofia promiennie zakomunikowała matce niesamowitą nowinę ale to tylko tymczasowe rozwiązanie. Później cię na pewno zabierzemy.
Naprawdę? zapytała Marianna, pełna nadziei.
Oczywiście, mamo. Wszystko załatwimy, zrobimy remont i wtedy wrócisz do nas Zofia ujęła matkę za rękę, dłonie miały dziwnie śliskie.
Nie pozostało nic innego, jak uwierzyć i przepisać mieszkanie.
Po załatwieniu formalności Zenek z euforią pocierał dłonie.
Spakuj babcine rzeczy! Wieziemy ją do domu starości.
Już? zdziwiła się Zofia, wręcz gryzła ją wstydliwa wina.
A na co czekać? choćby z jej emeryturą nie jest nam potrzebna. Więcej z nią kłopotu niż pożytku. Swoje życie już przeżyła Zenek profesjonalnym tonem recenzował sytuację.
Przecież jeszcze nie sprzedaliśmy mieszkania?
Rób, co mówię, bo znów zostaniesz sama powiedział z chłodną pewnością.
Po dwóch dniach rzeczy Marianny i samą kobietę wsadzono do malucha i zawieziono za miasto, do domu spokojnej starości.
W drodze Marianna starała się ukradkiem ocierać łzy. Serce drżało niczym szklanka rozesłana echami.
Zenek nie pojechał. Powiedział, iż musi wywietrzyć mieszkanie ze wspomnień.
W domu spokojnej starości Mariannę zarejestrowano błyskawicznie. Zofia pożegnała się pospiesznie, niemal bezszelestnie znikając za szeleszczącymi drzwiami.
Córeczko, naprawdę po mnie wrócisz? spytała Marianna, chwilę przed rozdzieleniem.
Oczywiście, mamo a spojrzenie Zofii uciekło gdzieś za okno.
Wiedziała, iż Zenek nigdy nie pozwoli na powrót Marianny do nowego mieszkania.
Po przejęciu majątku, para gwałtownie sprzedała mieszkanie i kupiła nowe, większe na obrzeżach Warszawy.
Zenek zapisał je tylko na siebie, tłumacząc, iż Zofii nie można ufać choćby z makiem w szufladzie.
Po kilku miesiącach kobieta spróbowała poruszyć temat matki, ale Zenek ryczał jak klakson na bazarze.
Chociaż jeszcze raz wspomnisz o niej, wylecisz! groził, mrużąc oczy.
Zofia ugryzła się w język wiedziała, iż to nie groźba, a wyrok.
Chciała ją odwiedzić, ale wizja zapłakanej matki paraliżowała ruch.
Marianna przez pięć lat codziennie czekała na powrót córki, licząc odgłosy kroków na korytarzu.
Nigdy nie doczekała się Zofii. Z sercem przegnanym przez świat odeszła na tamtą stronę.
Zofia dowiedziała się o tym ponad rok później, już po tym, jak Zenek wyrzucił ją z mieszkania, a echo winy stało się ciężarem niemożliwym do uniesienia.
W końcu wstąpiła do klasztoru, by w ciszy i kadzidle odpokutować swój grzech, śniąc, iż matka czeka na nią pod wielkim drzewem na środku pustego mieszkania.








