Dopóki nie przyjedzie autobus Koniec października w Warszawie to wyjątkowy stan. Powietrze chłodne, pachnie mokrymi liśćmi i obietnicą pierwszego przymrozku. W taki właśnie wieczór Wika, otulona wielkim kraciastym szalem, krążyła niespokojnie na przystanku, z tęsknotą wpatrując się w powolny strumień samochodów. Telefon milczał i gubił zasięg, a w głowie Wice brzmiała natrętna melodia z wczorajszego serialu. Spóźniła się na autobus. Spóźniła się, jak zawsze. Obok stał ktoś jeszcze. Chłopak. Wika zauważyła go kątem oka: ręce w kieszeniach płaszcza, prosta sylwetka, spojrzenie nie zagubione, ale raczej uważne. Nie patrzył na ulicę, ale na gniazdo srok w nagim klonie po drugiej stronie jezdni. Wika mimowolnie podążyła za jego wzrokiem. Sroki w pośpiechu znosiły ostatnie gałązki do ocieplania domu na zimę. – Pewnie u nich też korki – odezwał się spokojnym tonem, nie patrząc na nią. – I jedna sroka zawsze się spóźnia. Wika parsknęła – zaskoczona i szczerze. – I wiecznie gubi dziób w tunelu – dodała z rozbawieniem. On spojrzał na nią i się uśmiechnął. Ciepło, przyjaźnie. – Mikołaj. – Wika. Autobus nie przyjeżdżał. Stali nadal, już razem, w ciszy – spokojnej i wspólnej. Potem podjechał jej autobus, a ona z żalem ruszyła do drzwi. – Jutro chyba będzie przymrozek – powiedział w ślad za nią. – Trzeba zabrać termos z herbatą – potwierdziła, wchodząc do środka. I właśnie 'jutro’ spotkali się w tym samym miejscu o tej samej porze. Bez umawiania. Wika trzymała w rękach termos z zieloną herbatą, on podał jej paczuszkę z dwoma miniaturowymi eklerami. „Na wypadek głodu kulturalnego” – wyjaśnił. Tak zaczęło się ich „czekanie”. Bez umawiania randek, spotykali się na przystanku o 18:30, jeżeli po pracy zostawali dłużej. Czasem autobus był punktualnie i ledwie zdążyli zamienić kilka zdań, czasem czekali pół godziny, rozmawiając o wszystkim: o dziwnych szefach, snach i o tym, dlaczego pizza z ananasem to zbrodnia (tu się zgadzali), a jaka muzyka najlepiej pasuje do jesiennego wieczoru (tu się spierali). Pewnego dnia Mikołaj nie przyszedł. Ani kolejnego. Wika łapała się na tym, iż patrzy nie na ulicę, ale na puste i ciche gniazdo srok. Zrobiło się jakoś zbyt pusto. Po tygodniu, już na początku listopada, znów go zobaczyła – blady, z cieniami pod oczami. „Tata w szpitalu. Już wszystko dobrze, dzięki Bogu” – wyjaśnił krótko. Stali obok siebie w ciszy, aż Wika ostrożnie chwyciła jego dłoń. Była lodowata – ścisnęła ją we własnej, ciepłej. – Chodź, dziś odpuszczamy autobus. Idziemy na gorącą czekoladę. Z pianką i dwoma eklerami na spółkę – zdecydowała Wika. Od tego dnia wszystko się zmieniło. Ich trasa się zmieniła – już nie tylko czekali. Chodzili do przytulnej warszawskiej cukierni za rogiem, gdzie pachniało wanilią i cynamonem. Początkowo tylko pili czekoladę i rozmawiali o drobiazgach. Z czasem rozmowy stały się głębsze – jakby, przestając czekać na autobus, pozwolili sobie zwolnić i zobaczyć drugą osobę naprawdę. Okazało się, iż za spokojem Mikołaja krył się cały świat. Był inżynierem mostowym – opowiadał o mostach jak o żywych istotach z własnym charakterem. – Ten przez Wisłę na Siekierkach – stary, uparty, nie znosi ciężarówek. Skrzypi. A ten nowy, na wyjeździe z miasta – jeszcze dziecko, uczy się nosić ciężar. Wika słuchała z zachwytem. Widziała poezję tam, gdzie inni widzieli beton i obliczenia. A Wika wcale nie była „dziewczyną od bloga”, ale badaczką niewidzialnych więzi. Potrafiła, idąc przez miasto, wyłapać zapach szczawiowej zupy z okna trzeciej klatki i wiedzieć, iż tam mieszka Babcia Ania, która gotuje ją co wtorek. Mikołaj, przyzwyczajony do schematów i liczb, stopniowo zaczynał dostrzegać nowe dźwięki, kolory, zapachy. Zaczęli odwiedzać się nawzajem. On z podziwem oglądał jej twórczy nieład, stosy książek, kolorowe karteczki, niedopitą herbatę z miętą. Poznał smak domowych pierników, a „domowe” już nie było dla niego abstrakcją. Jej oczarował stary rodzinny album Mikołaja – na jednym zdjęciu młody tata naprawiający wielki zegar, obok kilkuletni Kola przyglądający się z powagą. Tatowa nauka: każda skomplikowana rzecz składa się z prostych części – jeżeli coś się zepsuje, wystarczy znaleźć i naprawić uszkodzony element. „To o zegarach?” „I o życiu” – uśmiechnął się Mikołaj. Z biegiem czasu przestali być „tym chłopakiem z przystanku” i „tą dziewczyną z szalikiem”. Stali się po prostu Kolą, który wie, iż Wika pije herbatę tylko z niebieskiego kubka, i Wiką, która rozumie, iż gdy Kola milczy, patrząc w okno – układa myśli. Byli dla siebie czymś więcej niż romantycznym zainteresowaniem – stali się miejscem, do którego zawsze można wrócić, choćby jeżeli trzeba będzie przepuścić autobus. Minął rok. Ich znajomości stuknął dokładnie rok i dwa miesiące, gdy przy kolacji w ukochanej cukierni Mikołaj nieśmiało powiedział: – Wik, mam propozycję. Tylko proszę, nie odpowiadaj od razu… Moja prababcia mieszka na wsi pod Siedlcami. Zawsze czeka na mnie na Sylwestra. Jest prawdziwa bania, wielkie zaspy, cisza, aż dzwoni w uszach… I bardzo prosiła, żebym przywiózł „tą dziewczynę, o której tyle opowiadam przez telefon”. To nie SPA, choćby internet łapie ledwo przy skrzynce na listy, mróz, gęsi wojownicze… Możesz powiedzieć „nie”. Wika popatrzyła w niego z błyskiem w oczach: – Gęsi, powiadasz? Głośne? A śnieg prawdziwy, po pas?.. Babcia ma gliniany piec? To pakuję walizkę. Daj mi tylko listę i BHP przy spotkaniu z lokalną fauną. Zimowa wieś przebiła oczekiwania. Babcia Kapitolina, drobna i energiczna, od razu obdarzyła Wikę serdecznością: nakarmiła blinami z miodem, wręczyła wielką futrzaną kurtkę i wysłała z Kolą po choinkę do lasu. Stół sylwestrowy uginał się od domowych przysmaków. O północy wypili szampana, babcia wychyliła „za zdrowie młodych” i znikła, zostawiając ich samych przy stole. Cisza tej nocy była wyjątkowa: tylko trzask płonących w piecu polan i delikatne światło choinki. Mikołaj podszedł do pieca, poprawił drewno pogrzebaczem, a potem spojrzał na Wikę. – Wiesz – zaczął z przytłumionym wzruszeniem – dziś, gdy szliśmy po choinkę i Ty w babcinej kurtce, z czerwonym nosem i śmiechem, który w tym mrozie dźwięczał jak dzwoneczek… zrozumiałem, iż to właśnie jest moje najszczęśliwsze wspomnienie. Lepsze niż jakiekolwiek miasto, most czy projekt. Ukląkł przed nią na jedno kolano, wyciągnął niewielkie pudełeczko z kieszeni swetra, złapał jej dłoń – i lekko drżącymi palcami zapytał: – Wika. Dziewczyno z przystanku, która otworzyła mi świat – czy zostaniesz moją żoną? Zbudujesz ze mną przyszłość, gdzie zmieści się Twój twórczy bałagan, moje rysunki, babci bliny i… wszystko, co tylko będziemy chcieli? Wika ze łzami szczęścia, ale uśmiechnięta najjaśniej na świecie, wyszeptała: – Tak, Kolu. Oczywiście, tak. Włożył jej pierścionek na palec – idealnie pasował, jakby był dla niej stworzony. Kiedy się objęli, za oknem na ciemnym niebie pojawiły się pierwsze noworoczne fajerwerki. W ich małej, pachnącej świerkiem chacie było jasno – od szczęścia, które nie było już kruche jak światełka na przystanku. Było solidne, jak pierścionek, jak wypowiedziane „tak”. Droga, która zaczęła się od jesiennego przystanku na warszawskiej ulicy, zaprowadziła ich w zimowy bajkowy wieczór do ciepła domowego ogniska. I wiedzieli: cokolwiek przyniesie przyszłość, jakiekolwiek mosty będą musieli budować – zrobią to razem. Bo najważniejsze połączenie już się dokonało. Biło w rytmie dwóch serc, które znalazły siebie w najbardziej odpowiednim momencie. Po prostu dlatego, iż pewnego dnia oboje spóźnili się na autobus.

naszkraj.online 9 godzin temu
Zanim przyjedzie autobus Koniec października w Warszawie ma swój niepowtarzalny klimat. W powietrzu czuć chłód, aromat mokrych liści i zapowiedź pierwszego przymrozku. W taki wieczór Weronika, otulona wielkim, kraciastym szalem, stała na przystanku i z tęsknotą patrzyła na powoli przesuwające się auta. W dłoni miała telefon, który uparcie milczał i nie mógł złapać zasięgu. W […]
Idź do oryginalnego materiału