Domownik – Strażnik Polskiego Domu

newskey24.com 2 godzin temu

Domowy

Kuba, to ty zrobiłeś porządek na podwórku? Barbara dotknęła syna w ramię.

Chłopak drgnął i zsunął słuchawki. Potwory na monitorze dalej tłukły się wzajemnie, ale Kuba już ich nie widział.

Co, mamo?

Pytam, dawno wróciłeś ze szkoły?

Dopiero co.

A na podwórku kto tak posprzątał?

Skąd mam wiedzieć? Może Paulinka?

Barbara uśmiechnęła się. Jej trzyletnia córka była niby rezolutną dziewczynką, ale na takie wyczyny jeszcze się nie zdobywała.

Żartowniś!

No to domowy!

Wiadomo, domowy! Ty to jesteś gaduła. Lepiej pójdź po Paulę do babci, bo się zasiedziała. A ja w tym czasie zrobię kolację. Głodny jesteś?

Nooo! Jedliśmy z chłopakami drożdżówki w stołówce, ale to było po drugiej lekcji. Mamo, a kiedy będziemy mieć pierwszą zmianę?

Nie wiem, synku. Na razie nic nie mówią. Szkoła przepełniona.

No trudno. Ale za to można się rano wyspać Kuba jak zwykle szukał dobrej strony problemu.

Barbara pocałowała syna w czubek głowy, rutynowo szarpnęła go za ucho, kiedy próbował unikać jej czułości, i poszła do kuchni.

Nastoletni Trzynaście lat. Już sam się za dorosłego ma, a przecież Zawsze się spina, gdy jej usta dotykają tych ciemnych, twardych jak u ojca włosów.

Dzieci ma zupełnie różne. Kuba ciemnooki, niebieskooki, wysoki wykapany Tomasz, jego tata. I nie tylko z wyglądu. Charakter ledwie się zarysowuje, a Barbara już widzi: też taki będzie uparty, odpowiedzialny, dobry Może podwórka nie posprzątał, ale naczynia na pewno umył. A podłoga w kuchni jeszcze lśniła niedoschniętymi deskami. Gdzie drugiego takiego pomocnika znaleźć? Chyba iż córka podrośnie.

Paulina była dla Barbary cudem. Niemal dziesięć lat czekania, cienka nitka nadziei. Problemy po pierwszym porodzie niemal odebrały jej i tę możliwość. A jednak ta iskierka wystarczyła pojawiła się ich córka z Tomkiem. Jasna jak rumianki na łące. Słomiane loki, takie same niebieskie oczy jak Kuba. Wdała się w Barbarę. Łagodna, przytula się do mamy albo brata i stoi cicho.

Paulo, co tam?

A od jej uśmiechu w pokoju robiło się jasno. Tak nikt na świecie się nie uśmiechał jak jej córka. Barbara to wiedziała. Już nikt

Ten uśmiech cieszył Barbarę i rozdzierał w najczulsze miejsce. Ojca uśmiech. Tomka. A jego już nie ma

Chciała wyć z żalu, ale nie mogła. Dzieci były obok.

Jej mąż był strażakiem. Gasił pożary, ratował ludzi. I tych ze wsi uratował Całą rodzinę. Ojca, matkę, trójkę dzieci. Wrócił po babcię. Ona nie chciała odejść, ratując zwierzęta, a potem było już za późno. Ognista pułapka zatrzasnęła się.

To, iż Tomka już nie ma, Barbara wyczuła pierwsza. Serce jej ścisnęło się i zaczęło boleć, przepowiadając nieszczęście. Oderwała od siebie rozdrażnioną Paulinkę, zawołała do teściowej, która przyjechała pomóc z niemowlęciem:

Mamo, weź ją! Muszę zadzwonić!

A potem pędziła samochodem do sąsiedniej miejscowości, gdzie był posterunek straży, nie czując, jak przemokła od mleka bluzka, nie czuła dłoni.

Jak się wtedy nie rozsypała? Jak to wytrzymała?

Dzieci pomogły. Kuba nie odstępował jej na krok.

Kuba, chodź, położę cię spać! teściowa Barbary, Aldona, ledwie już się trzymała na nogach, ale Barbary nie zostawiła. Wmuszała w nią jedzenie, przynosiła Paulę do karmienia.

Ja zostanę z mamą! Kuba kręcił głową i przytulał dłoń Barbary do policzka. Babciu, czemu ona ma takie zimne ręce?

Barbara to wszystko pamiętała tylko we fragmentach. Tak samo jak pakowanie rzeczy, wciskanie w pośpiechu do torebek zabawek i ubranek.

Nie mogę już tu zostać Ciągle mam wrażenie, iż Tomek zaraz trzaśnie drzwiami i zakrzyczy jak zwykle: Jestem!

Dobrze, Basieńko! Nie ma co. Pojedziecie do mnie. Potem coś się wymyśli.

Nie. I do was nie chcę Przepraszam. Tam wszystko też o nim przypomina. Boli Ja jadę do babcinego domu.

Ależ Basia! Tam od lat nikt nie mieszkał! Z dziećmi?!

Nic nie szkodzi. Posprzątam i będzie dobrze. A wy będziecie blisko. Sama nie dam rady.

A jak! Nie zostawię was przecież. Tylko wy mi zostaliście

Nie płaczmy już Jeszcze tyle trzeba zrobić. Popilnuj Pauli. Ja skończę z rzeczami. I Kuby trzeba by nakarmić. Prawie nie je. Tylko ze mną przy stole siada. A ja sama apetytu nie mam.

Tak nie można! zabrzmiał w głosie Aldony ton matki. Ty jesteś matką! Jak ty będziesz się trzymać, to dzieci też. A jak siebie zajedziesz, to co z nimi będzie? Basia, już nie dam rady. Oszczędzaj się!

Basia, łapiąc dłonie teściowej, gwałtownie pocałowała je i znów zabrała się za pakowanie. Uciec stąd! Jak najdalej! Szczęścia, które tu panowało, nie da się już odzyskać, a kręcić się dalej po tych ścianach Nie do wytrzymania.

Dom babci powitał ją chłodno. Sama sobie winna. Odeszła w nowe życie i zapomniała o nim. Nie odwiedzała.

Barbara przeszła przez pokoje, głaszcząc ściany palcami, zgarnęła kurz z komody, nakrytej jeszcze babciną serwetą z haftem, i szeroko otworzyła okna, wpuszczając zimne, jesienne powietrze.

Mamo, zabierz na razie dzieci. Potem przyjdę nakarmić Paulę.

Dobrze. Poradzisz sobie?

Pewnie

Nie została sama. Po pół godzinie w sieni zadźwięczały drzwi. Stała tam Grażyna, koleżanka Barbary z klasy.

choćby nie uprzedzisz, iż przyjedziesz? Taki już jesteś z ciebie książę. Gdzie szmata?

Grażyna od zawsze była zaradna. Gaduła, potrafiąca śmiać się godzinami, ale dla bliskich gotowa rozbić się w drobiazgi.

Basia zmyła pianę z rąk i niezdarnie przytuliła przyjaciółkę.

Cześć

Cześć! A dzieci gdzie?

U mamy.

Jasne! Co stoisz? Ruszajmy się, chyba tu dziś nocować będziesz?

Chciałam tu spać.

No to do roboty!

Grażyna wymknęła się z objęć przyjaciółki i rozglądała się za miską z wodą.

Grażka Barbara westchnęła, patrząc na nią.

No co? Ach, to Tak! Tak wyszło.

Kiedy?

W lutym. Ale nie panikuj! Jestem w ciąży, a nie chora.

Z kim?

Jak to z kim! Grażyna chwyciła ścierkę i przeleciała nią po parapecie. Jezu, co tu brudno!

Grzesiek? Ale przecież

Wyjechał, prawda. Będę samotną matką. Basia, pogadamy potem, dobrze? Wszystko ci opowiem, ale nie teraz.

Wróci?

On? Nie. Doszedł do wniosku, iż wolność ważniejsza. Jego wybór. Ja będę miała syna, Basiu Albo córkę

Nie wiadomo jeszcze?

Eee, chowa się. Ale co za różnica? Moje dziecko.

Barbara wiedziała, co te słowa znaczą dla Grażyny. Z pierwszym mężem rozstała się przez to, iż niby nie mogła mieć dzieci; cała jego rodzina patrzyła na nią jak na dziwadło, współczuła Olegowi. Grażyna płakała, potem poszła po rozum do głowy i rozwiodła się.

Po co męża, co nie stanie za własną żoną? Lepiej żadnego.

Oleg zaraz się ożenił znów. Okazało się, iż problem nie w Grażynie. Nowa żona nie płakała kazała się przebadać i wyszło szydło z worka. Po leczeniu urodziła syna, potem córkę.

Grażyna Olegowi wybaczyła. Była choćby wdzięczna. Gdyby nie rozstanie, nie byłoby nowych nadziei i szczęścia. Choć Grzegorz ją zostawił, już to nie miało znaczenia. Nie była już tą bojącą się dziewczyną.

Sprzątały do wieczora. Warto było. Dom jakby westchnął, mrugnął zardzewiałymi okiennicami, zamruczał pod nosem. Ożył.

Grażyna, zmęczona ale zadowolona, usiadła za stołem i patrząc, jak Barbara parzy herbatę, rozmyślała.

Jak gwałtownie to przemija

Kiedyś przybiegały tu po świeże drożdżówki, uciekając na rzekę pod zrzędliwy krzyk babci Barbary:

O, szalone! A po ludzku zjeść nie łaska?

Nie zwalniały choćby na chwilę, machały tylko i wołały:

Za godzinkę!

Godzina przeciągała się do wieczora. A potem, zastając babcię w ogrodzie, łapały motyki i pomagały jak mogły. Jak tu prowadzić duże gospodarstwo jednej kobiecie, jeszcze i pracującej? Babcia Barbary była dojarką.

Gospodarstwo wielkie. Bo trzeba wychować wnuczkę. Syn mieszkał w mieście z nową rodziną. Barbara była najstarszą wnuczką. Matka umarła przy porodzie, ojciec rozżalony wyjechał w miasto; babci nie pozostało nic innego, jak wziąć wnuczkę do siebie. Gdy u syna urodziło się kolejne dziecko, babcia zabrała Barbarę do miasta. Zostały na krótko. Trzyletnia Basia choćby nie zrozumiała, czemu babcia nagle wraca na wieś, milczy całą drogę, tylko ociera łzy i głaszcze po głowie.

Babci nie było już, gdy Barbarze stuknęło osiemnaście. Właśnie zakochała się w Tomku, nie zauważyła, jak bardzo babcia opadła z sił. Ocknęła się, gdy w nocy usłyszała ciche jęki.

Babciu, co jest?

Dali im tylko trzy miesiące. Tylko tyle, by wyznać wszystko najważniejsze Nigdy nie wystarcza

Ale babcia zrobiła coś, za co Barbara jej do dziś dziękuje. Poprosiła matkę Tomka. Wypędziła Barbarę i długo z nią rozmawiała. O czym Basia nie wie, ale odtąd miała jeszcze jedną mamę.

Teściową nazywała matką jeszcze przed ślubem.

Mogę? Zawisło w powietrzu, i ulga, gdy zobaczyła skinienie głową.

Nie zwykła się zwierzać nikomu prócz babci. A teraz był jeszcze ktoś, kto patrzył tak samo.

Z teściową Barbara się nigdy nie sprzeczała. Po co? Tylko wsparcie i radę od niej widziała. Jak już coś doradziła, to z czułością. Więc po co się kłócić? Ile jest ludzi, którzy są rodziną nie tylko z nazwy? Mało! To Barbara wiedziała na pewno.

Przekonała się też szybko, iż rodzina nie zawsze znaczy bliskość. Po śmierci babci zjawiła się cała delegacja z miasta. Ojciec, macocha i jej matka.

Dobry dom. Da się dobrze sprzedać.

Wysoka kobieta, Barbara jej nigdy wcześniej nie widziała, chodziła po działce i kiwała głową.

Wszystko zapuszczone! Trzeba było sprzątnąć. Kupujący lubią porządek.

Jacy kupujący? Barbara ocknęła się, zaczęła drżeć.

Cały tydzień po pogrzebie chodziła jak w malignie. Coś tam zjadała, gdy Aldona ją zmuszała, coś robiła po domu, przerywała, czekała Może to straszny sen i babcia zaraz wyjdzie z letniej kuchni, odpędzi ręcznikiem osy od garnka dżemu i zrzędzi:

Nabiegałaś się? To chodź umyć słoiki na zimę!

Jakie, jakie? teściowa ojca Barbary wzruszyła opalonym ramieniem, ramiączko sukienki opadło, i Barbarę aż zemdliło. Kto kupi dom.

Nic jej nie odpowiedziała. Uciekła za stodołę i zaczęła płakać. Kiedy wróciła, była już Aldona.

Wynoście się stąd, teraz!

A pani to kto? Na jakiej podstawie rządzi?

Dom jest Barbary. Jest darowizna.

Jaka darowizna?

Zwykła. I testament na konto. Wszystko zgodnie z prawem. Pomagałam. A wy już tutaj nie macie co robić. Znaleźli się, obdzierać sierotę!

Burza, która wisiała w powietrzu, Barbary nie dotknęła. Aldona wciągnęła ją za rękę, już po chwili kładła w swojej sypialni, zdejmowała brudną bluzę.

Nie płacz! Nie dam cię skrzywdzić. Babci przysięgałam. No, włóż mój szlafrok i połóż się. Przyniosę herbaty. Wyśpisz się, uspokoisz, pogadamy.

Ojca Basia spotkała znowu dopiero na swoim ślubie.

Zaproszenia mu nie wysłała. Przyjechał sam.

Młodzież śmiała się, wyśmiewając Tomka, a Barbara szczerze ryczała ze śmiechu, patrząc, jak jej mąż próbuje przewinąć wielkiego bobasa. Ktoś ją dotknął w ramię, odwróciła się, jeszcze śmiejąc.

Cześć, córko

Barbara tak oniemiała, iż nie miała słowa. Ojciec włożył jej w dłoń jakieś klucze i ścisnął palce.

Przepraszam! Dokumenty u Aldony. Ona wszystko powie. Bądź szczęśliwa!

Nic nie zdążyła odpowiedzieć. Ojciec wyszedł z sali.

Mieszkanie, które podarował ojciec, było malutkie, ale przytulne. Dwa pokoje i spora kuchnia. Barbara chodziła po pokojach, nie mogąc uwierzyć, po co ma się przeprowadzić z domu babci.

Basieńko, tu wam będzie wygodniej. W końcu miasto, możliwości. Musisz się uczyć.

Aldona oglądała wszystko, usiadła w kuchni zadowolona niezmiernie. To ona nakłoniła ojca Barbary do rozmowy i wyjaśniła, co znaczy dorosła córka. Skoro nie wychował, niech pomoże. Sumienie miał.

Trzeba. Tylko kiedy? Barbara lekko się uśmiechnęła.

Oj tam.

Termin malutki. Tomkowi jeszcze nic nie mówiłam.

Pomogę. Studiuj. Masz rozum, szkoda go marnować.

Basia skończyła filię uniwersytetu. Nie było łatwo, Aldona pomagała niańczyła Kubę, pomagała jedzeniem.

Trochę lżej się zrobiło, gdy Basia wróciła do pracy, a Kuba poszedł do przedszkola.

Jedziemy nad morze! Tomek zatykając uszy, śmiał się, patrząc na swoje dziewczyny wrzeszczące z radości.

To był ich pierwszy i jedyny wyjazd na wczasy. Basia z Tomkiem pływali jak dzieci, spoglądając na brzeg, gdzie Kuba robił babki w piasku pod okiem babci. W wieczory długo chodzili po bulwarze i molo, aż niebo ciemniało, a nad głowami rozkładał się gwiaździsty namiot nocy.

Pewnego wieczoru Tomek został z Kubą przy karuzeli, a Barbara z Aldoną powoli spacerowały po molo, rzucały banalne słowa.

Na końcu promieniała się jakaś para. Kłócili się, odpychali, rzucali oskarżenia, potem ruszyli ku brzegowi, dalej się przekrzykując.

Aldona spojrzała za nimi i westchnęła.

Po co to wszystko? Ludzie nie rozumieją, iż zabierają sobie życie Przecież pogodzą się, a dzień czy dwa już stracone. Nerwy, żal Po co?

Dlaczego pani myśli, iż się pogodzą? Barbara patrzyła w ich stronę.

Bo tak się kłócą, jak im zależy. Jak dusza boli. Widziałam, jak ona płakała za nim? Zle, ale wybaczy. I on jej. Bo pięć razy się obejrzał. Ale tego wieczoru już im nikt nie odda. Ani jutrzejszego dnia. Może noc ich pogodzi. U was z Tomkiem jeszcze mało wspólnego czasu. Kiedyś pomyśl o tej parze i zdecyduj, czy chcesz tracić czas na kłótnie. To już kilka czasu w miłość, Basiu Tak niewiele

Barbara była wdzięczna Aldonie za tę rozmowę. Wiedziała, iż czasu z Tomkiem nie zmarnowali.

Zdjęła czajnik z pieca i prawie go nie upuściła. W oknie kuchni przemknął cień, Barbara krzyknęła ze strachu. To nie był Kuba. Na podwórku w mroku snuł się jakiś mężczyzna.

Pierwszy odruch zamknąć drzwi, ukryć się, zawołać o pomoc, ale gwałtownie się opanowała. Przecież zaraz przyjdą dzieci! I Aldona. Sama ich nie puści. A po podwórku ktoś obcy!

Rączka starego czajnika grzała w dłoni, Basia spojrzała raz na dzióbek, z którego leciała para, raz na okno i ruszyła zdecydowanie do drzwi.

Na podwórku było ciemno, zapomniała zapalić światło po powrocie.

Kto tam?!

Drzwi szopy zapiszczały żałośnie, Basia się skuliła, strach ją ogarnął.

Czego pan chce!? Będę krzyczeć!

Ciemna sylwetka ruszyła ku gankowi, Basia cofnęła się.

Nie krzycz, Basia. To ja, Andrzej.

Ulga sprawiła, iż opuściła czajnik, który zaraz oparzył ją przez cienką sukienkę. Postawiła go na stole na werandzie.

Czemu się kręcisz po moim podwórku, Andrzej? Czemu nie wszedłeś?

Niski, krępy mężczyzna spuścił wzrok, jak Kuba, gdy coś przeskrobał.

Bo Drzwi ci się w szopie zwichrowały. Chciałem naprawić. Jutro jadę na pasiekę. Kiedy wrócę, nie wiem. Chciałem zdążyć.

Basia się zmieszała.

Drzwi? W szopie?

Nagle wszystko jej się poukładało. I czystość na podwórku, do której ona i Kuba nie mieli udziału, i naprawiony płot, i nowe mostki do łaźni.

Toś ty jesteś mój domowy! Basia się uśmiechnęła.

Kto?

Domowy! Zamieszkał mi tu jeden. Pomaga, dogląda gospodarstwa. Tylko mleka z miseczki nie pije. Kuba mówi, iż trzeba kota, bo domowemu nudno. Nudno?

Światła z kuchni ledwo starczyło, by zobaczyć, jak Andrzej się czerwieni.

Przepraszam. Powinienem wcześniej powiedzieć.

Dziękuję ci! Ale po co, Andrzej?

Nie odpowiedział. Machnął ręką i przeskoczył przez płot, ignorując stojącą przy furtce Aldonę i dzieci.

No to się ujawnił! Aldona się uśmiechnęła i podała Barbarze słoik mleka. Wstaw do lodówki.

To znaczy, iż wiedziałaś?

A co myślałaś? Cała wioska wie. Wielka tajemnica! Andrzej za tobą ganiał już jak z Tomkiem się spotykałaś. Nie widziałaś, jak patrzy?

Nie

Serio?! Aldona była zdumiona. Nie zmyślasz?

Po co miałabym? Prawda, nie widziałam.

To chodź, pogadamy! Ale dzieci najpierw spać położymy. Długa rozmowa nas czeka.

Rozmawiały prawie do rano. Barbara dolewała wrzątku do filiżanki teściowej, sama słuchała w zamyśleniu.

Przyszedł do mnie rok temu. O twoją rękę prosić. Powiedział, iż nikogo nie masz bliższego ode mnie. A więc mnie pyta. Spryciarz! Znał mnie dobrze!

Zgodziłaś się?

A czemu nie? Basiu, jesteś młoda. Całe życie przed tobą! Dzieci dorosną, odejdą, a ty zostaniesz, będziesz tylko mnie pilnować. To źle? Żyj! Wiem, jak kochałaś Tomka! I nie przerywaj mi, ja mówię! Taka miłość to raz w życiu. Ale czasem ktoś dostaje jeszcze jeden prezent szansę na szczęście. Trzeba go przyjąć z wdzięcznością. Może tego drugiego nie pokochasz tak jak Tomka. Ale jeżeli z nim będzie ci spokojnie, będę się cieszyć! A Kuba rośnie. Potrzebuje męskiej ręki. My go kochamy, ale to za mało. Andrzej już mu przyjacielem został. Wiedziałaś, iż uczy go jeździć autem?

Nie

To nie powiedział. Bo się ciebie boi.

Dlaczego?

Nie wiem. Może myśli, iż posądzisz, iż zdradził ojca?

Ależ bzdura!

To pogadaj z synem. Uspokój go. Pragnie Andrzeja, ale się boi. Paula za mała, kilka wie, Tomka nie pamięta. Z Kubą gorzej. Ale ty

Co ja? Basia się zarumieniła.

Nic. Aldona uśmiechnęła się, przesunęła filiżankę. Dolej jeszcze wrzątku. Pić mi się chce!

Barbara i Andrzej pobiorą się rok później. A jeszcze za rok urodzi się kolejny syn Barbary.

Zobacz, mamo, jaki kudłaty! Basia tuż po powrocie do domu zdejmie czepek z dziecka, pogładzi białą grzywkę Pauliny.

Prawdziwy domowinek! Aldona sprawnie przewinie malca, weźmie go na ręce. Cześć, wnuczku! Możesz mówić na mnie babcia Aldona.

Mamo

Na przyszłość! Nakarm go, a ja do kuchni! Chcesz coś konkretnego?

Wielki rudy kot, prezent Kuby od ojczyma, zajrzy do pokoju, cicho podejdzie do okna i wskoczy na parapet. Przysiądzie, obserwując śpiącą Barbarę i zawiniątko obok niej. Cisza przysiądzie przy kocie, otoczy go, zapatrzy się. To jest szczęście Tak kruche, tak ciche Trzeba go chronić, najdelikatniej.

Gdzieś zadzwoni cicho łyżeczka, rozlegnie się śmiech Pauli, a cisza zsunie się z parapetu, na pożegnanie smyrnie kota za ucho. Ten potrząśnie głową, zacznie się myć, szykując na spotkanie z nowym domownikiem.

Idź już! Tu i tak opiekunów nie zabraknie.

Idź do oryginalnego materiału