Pracuję w aptece przy ulicy Mochnackiego we Wrocławiu od czternastu lat. Anetę kojarzyłam jako kobietę, która zawsze stawała z boku lady, cicho prosiła o magnez i patrzyła na półki, jakby szukała czegoś, czego tam od dawna nie ma. Czasem brała witaminy dla męża. Czasem pytała o coś na sen, ale wtedy się poprawiała: nie, dla kogoś z rodziny. Wszyscy tak mówią. Nikt nie chce przyznać, iż od dwóch lat nie śpi dłużej niż cztery godziny.
Któregoś piątku przyszła pięć minut przed zamknięciem. Stała przy oknie wystawowym, potem podeszła do lady i zapytała, czy mogę polecić coś na zmęczenie. Tylko tak zwyczajnie, bez dramatu. Miała rękaw kurtki przetarty na szwie i paznokcie obgryzione do żywego.
— Na jakie zmęczenie? — dopytałam, bo za ladą człowiek uczy się słyszeć drugie dno.
Nie odpowiedziała od razu. Wzięła do ręki pudełko z witaminą C i obracała je w palcach.
— Takie, iż człowiek budzi się i już jest zmęczony. I nie chodzi o sen.
To nie jest rozmowa, którą prowadzi się przy kasie. Ale apteka wieczorami bywa dziwnym miejscem. Człowiek opowiada obok recepty to, czego nie powie w kuchni przy rodzinnym obiedzie.
Zaprosiłam ją do pomieszczenia socjalnego. Zrobiłam herbatę w szklance, bo kubki się gdzieś zapodziały. Usiadła na plastikowym krzesełku, które skrzypiało przy każdym oddechu.
Mówiła szybko, jakby bała się, iż słowa ją wyprzedzą. Mąż — Marcin. Ślub dziewięć lat temu. Kiedyś normalnie. Potem firma upadła, praca się skończyła i już nie wróciła. Ona brała dyżury, weekendy, czasem nocne magazyny. Wstawała przed piątą. Liczyła, czy starczy do pierwszego. Sprzedała łańcuszek po babci na ratę kredytu. Przestała dzwonić do przyjaciółek, bo nie miała siły na pytania typu „czemu nie przyjdziesz, wyluzuj”.
Nie oceniałam. Nie moja rola. Podsunęłam jej cukier, chociaż sama nie słodzi. To taki odruch, jak podać papierowy ręcznik komuś, kogo zaraz zaleje.
Najgorsze powiedziała na końcu, już z ręką na klamce:
— On zostawał w domu i mówił „szukam czegoś sensownego”. A ja myłam podłogi w markecie w soboty i wracałam z pęcherzami na stopach. Kiedyś policzyłam: przez dwa lata nie było ani jednego wieczora, żebym usiadła na dłużej niż dziesięć minut.
Kiedy wyszła, patrzyłam za nią przez szybę. Przystanęła przy przejściu dla pieszych, cofnęła się o krok, potem znów podeszła. W końcu przeszła na zielonym. I tyle z tego wieczora.
Dwa miesiące później spotkałam ją w delikatesach przy Świebodzkim. Stała przy lodówce z sokami, trzymała karton pomarańczowego i patrzyła w datę ważności, jakby to był najważniejszy napis świata.
— Dzień dobry — rzuciłam, chociaż nie byłam pewna, czy ona kojarzy moją twarz.
Odwróciła się. Schudła, ale w innym sensie: nie tak, iż człowiek znika. Tak, iż wraca. Miała nową kurtkę, szarą, z porządnym zamkiem.
— Pamięta pani naszą herbatę? — uśmiechnęła się. — Wtedy po raz pierwszy od dawna ktoś mnie wysłuchał. choćby nie wie pani, co to dla mnie znaczyło.
Skinęłam, bo w aptece nie wypada się wzruszać. Zapytałam, jak się trzyma.
— Wyprowadziłam się — powiedziała. — Najpierw do kuzynki do Legnicy. Myślałam, iż wrócę. Wzięłam jedną reklamówkę, dosłownie. Niby „na kilka dni”.
— A nie wróciła pani.
— Nie. Po tygodniu zrozumiałam, iż to nie jest żaden tymczasowy pobyt. To jedyna droga. On się choćby nie zdziwił. Napisał smsa: „jak ci się coś odmieni, to dzwoń”. Jak ci się coś odmieni. Jakbym złapała wirusa.
Stałyśmy chwilę przy tych sokach. Ktoś obok sięgał po mleko. A potem zaproponowałam kawę. Nie wiem czemu. Może dlatego, iż widziałam, iż ona jeszcze ciągle ma to napięcie w karku, takie, co nie znika po jednej uldze.
Usiadłyśmy w barze mlecznym na rynku. Zamówiła leniwe z masłem i herbatę w metalowym dzbanku. Opowiadała, iż sypia u kuzynki na rozkładanym fotelu, ale iż to pierwszy fotel, na którym rzeczywiście śpi. Rano robi sobie kawę i wychodzi na balkon, chociaż jest zimno. Patrzy na parking i myśli, iż niczyj samochód nie stoi tam dłużej niż trzeba.
Zapytałam ostrożnie o męża.
— On uważa, iż go zostawiłam w najgorszym momencie — odparła, mieszając łyżeczką. — Rodzinie powiedział, iż tak. Że on się leczył z bezsenności, a żona mu walizkę spakowała.
— A jak było naprawdę?
Uniosła brwi.
— Naprawdę było tak, iż przez dwa lata robiłam kanapki mężczyźnie, który nie mógł podnieść własnej poduszki z podłogi. Nie fizycznie. Gorzej. A potem znalazłam jego telefon. Chciałam sprzedać stary model, bo goniła nas rata. Wlazłam w wiadomości. I wie pani, co w nich było? On pisał do siostry: „Aneta się poświęca, bo lubi się czuć święta”. Słowo w słowo.
Powiedziała to zupełnie bez gniewu. Takim tonem, jakim podaje się wyniki badań.
— I wtedy pani wyjechała.
— Tego samego wieczora. Wiesz, co jest najgorsze? On się nie wściekł, iż sprawdziłam telefon. On się wściekł, iż wiem. Do dzisiaj czułam, iż to moja wina. Że za mało go wspierałam. A on tymczasem wypłacał z konta po dwieście złotych na „coś dla siebie” i choćby nie umiał wymyślić, na co.
Kawa wystygła. Poprosiła o rachunek i zapłaciła drobnymi, licząc każdą monetę. To było przykre i znajome zarazem. Podziękowałam jej. Nie za towarzystwo. Za to, iż opowiedziała mi wszystko tak, jak się zdarzyło, bez makijażu.
Widziałam ją jeszcze raz, wczesną wiosną. Stała na przystanku przy moście Grunwaldzkim, w twarz świeciły jej promienie tak nisko, iż musiała mrużyć oczy. Spojrzałam na nią i pomyślałam: nie wygląda na kogoś, kto kogoś zostawił. Wygląda na kogoś, kto wyszedł z długiej, dusznej hali i pierwszy raz od lat poczuł przeciąg na twarzy.
Potem przybiegł tramwaj piętnaście. Drzwi się otworzyły. Aneta wsiadła, usiadła przy oknie, włożyła słuchawki do uszu. Kiedy tramwaj ruszał, widziałam jej odbicie w szybie. Patrzyła prosto przed siebie, jakby po drugiej stronie torów miało być coś, czego jeszcze nie umie nazwać, ale już wie, iż tam jest.
Wówczas pofatygował się dzwonek w mojej torebce. To kierowniczka z apteki, pyta, czy wpadnę jutro od szóstej na zastępstwo, bo Zosia znowu coś z kręgosłupem.
— Wpadnę — powiedziałam.
Aneta zniknęła za łukiem torów. Tramwaj zabrał ją w stronę Placu Grunwaldzkiego.
I wtedy, już przy kasie, zobaczyłam coś, co leżało na podłodze. Podniosłam. To była koperta, biała, nierozpieczętowana, z pieczątką jednej z kancelarii notarialnych z ulicy Piłsudskiego. Widniał na niej dopisek długopisem: „Aneta — proszę podpisać i odesłać. Zgoda na zbycie lokalu po babci”.
Koperta wypadła z kieszeni jej kurtki, kiedy wsiadała. Ruszyłam w stronę drzwi, ale tramwaj już odjechał. Schowałam kopertę za ladę, pomyślałam, iż może wpadnie, iż zgłosi się później, iż zadzwoni.
Nie zrobiła tego. Minął tydzień, potem dwa. W końcu otworzyłam kopertę — nie mogłam jej przecież trzymać w nieskończoność. W środku był dokument: „Oświadczenie o przyjęciu spadku i zbyciu lokalu”. Chodziło o mieszkanie po zmarłej kilka miesięcy wcześniej krewniaczce Anety. I był tam najważniejszy zapis: „właścicielka działa bez zgody i bez udziału współmałżonka, albowiem nieruchomość stanowi jej majątek osobisty”.
Czytałam to trzy razy.
Marcin nie miał prawa do tego mieszkania. Ani złotówki. Ale to on — poznaję styl z tych litanii pretensji, jakie wygłaszał w aptece na głos przez telefon — od miesięcy wmawiał jej, iż po co jej w ogóle te sprawy spadkowe, iż to tylko koszty, iż notariusz poczeka, iż lepiej spieniężyć i włożyć we wspólny kredyt. W jego ustach brzmiałoby to jak pragmatyzm. W jej opowieści — jak powolne wysysanie.
Zadzwoniłam do kuzynki do Legnicy, numer znalazłam w książce telefonicznej. I wtedy dowiedziałam się, iż Aneta tam nie mieszka od marca. Wróciła do Wrocławia. Podała mi nowy adres: Osiedle Tarnogaj, blok z niebieskimi balkonami, drugie piętro.
Przyjechałam po pracy. Na klatce pachniało przypalonym mlekiem i odświeżaczem o zapachu jałowca. Na wycieraczce leżała ulotka o badaniu poziomu cukru. Nacisnęłam dzwonek i czekałam.
Drzwi otworzyła od razu, jakby czekała na kogoś innego. Za nią było widać kartonowe pudła, nie do końca rozpakowane. Kuchnia mała, ale jasna. Na parapecie stała sadzonka bazylii.
— Znalazła pani moją kopertę — powiedziała, zanim zdążyłam podnieść rękę.
— Próbowałam panią złapać na przystanku. Wypadła przy wsiadaniu.
— Dziękuję. Naprawdę.
Dała mi szklankę wody z kranu. Usiadłam na brzegu taboretu. I wtedy, bez wstępu, powiedziała coś, co zapamiętam na bardzo długo:
— Podpisałam wczoraj papiery ze spadku. Mieszkanie po babci sprzedałam. Za dwieście osiemdziesiąt tysięcy złotych.
Zamilkła, jakby sprawdzała, czy to w ogóle brzmi prawdziwie.
— I wie pani, co z nimi zrobiłam?
Pokręciłam głową.
— Kupiłam kawalerkę tu, na Tarnogaju. Za sto dziewięćdziesiąt tysięcy. Gotówką. Bez kredytu. Resztę wpłaciłam na lokatę terminową. Dwuletnią. Na swoje konto. I ani złotówki nie pójdzie na jego długi.
Nie uśmiechała się. Ale rozpięła bluzę do połowy, tak jakby w pokoju zrobiło się nagle za ciepło.
— Marcin nie wie? — spytałam.
— Wie. Wczoraj dostał list z kancelarii. Zadzwonił po dwunastu minutach. Nie odebrałam. Potem pisał. Że to „chamstwo”. Że „kobieta po ślubie nie robi sekretnych kont”. Że „był chory, a ja sobie po cichu układam życie”.
— I co pani odpisała?
— Nic. Wyjęłam kartę SIM do przedpłaty, którą dostałam od kuzynki. Włożyłam nową. Stara leżała na stole przez cały wieczór. Potem wrzuciłam ją do zlewu i odkręciłam wodę.
Spojrzała mi w oczy. W pokoju robiło się ciemno, żadna z nas nie wstała, żeby zapalić światło.
— Wie pani, jak to jest przez osiem lat nie móc kupić sobie butów? Nie, pani nie wie. Ja przez osiem lat zarabiałam i oddawałam. Teraz chcę mieć chociaż jeden pokój, w którym nikt nie powie, iż za głośno oddycham.
Po tych słowach wstała, podeszła do szafki i wyjęła klucz. Zwykły, płaski, z okrągłą główką. Położyła go między nami na blacie.
— To do mojego nowego mieszkania. Jeszcze nie wymieniłam zamka. Ale jutro przyjedzie ślusarz. I nikt poza mną nie będzie miał drugiego klucza. Ani Marcin, ani jego matka, ani siostra. Nikt.
Kiedy wychodziłam, na klatce zgasła żarówka. Pamiętam, iż szłam po ciemku, trzymając się poręczy, a za drzwiami Anety jeszcze długo nie rozległ się dźwięk zamka. Może stała z tym kluczem w dłoni i patrzyła, jak światło z ulicy przesuwa się po ścianie. A może po prostu usiadła na podłodze, zmęczona i spokojna, i pierwszy raz od bardzo dawna nie musiała nikomu tłumaczyć, iż za głośno oddycha.












