Zadzwoniła, akurat kiedy Ewa szukała w torebce biletu miesięcznego. Tramwaj stał na Mościckiego, bo ktoś źle zaparkował przy samym łuku i motorniczy nie mógł przejechać. Ten dzwonek był jak kamyk w bucie — znała go od trzydziestu lat, matka zawsze dzwoniła wtedy, kiedy Ewa była w biegu.
— Słuchaj no, nie rób cyrku przy notariuszu, tylko podpisz i bądź cicho. Twój brat ma teraz ciężki okres, nie będzie mu się chciało z tobą użerać. Mieszkanie i tak jest jego, bo babcia zrobiła darowiznę na wypadek, jakbyś chciała się sądzić.
Ewa oparła czoło o zimną szybę. Za oknem kobieta z wózkiem próbowała wjechać na krawężnik, ale koło się blokowało. Ewa patrzyła, jak kobieta szarpie rączkę, raz, drugi, trzeci, aż w końcu podniosła cały wózek i przeniosła go na chodnik.
— Mamo, ja wysiadam. Zadzwonię później.
— Nigdzie nie wysiadasz! Masz być u rejenta o piętnastej, Darek już tam jedzie. Nie zrób nam wstydu z tym kotem, bo…
Rozłączyła się. Wiedziała, iż matka oddzwoni za dwie minuty, więc po prostu wyłączyła telefon i schowała go do kieszeni kurtki.
Sprawa ciągnęła się od maja, kiedy umarła babcia Helena. Mieszkanie przy ulicy Rzeźniczej — wysokie, z oknami na podwórze ze studnią, z kaflowym piecem w kuchni i drewnianą podłogą, która skrzypiała dokładnie w trzech miejscach — miało przypaść Darkowi. Ewa dostała coś innego: siwą kotkę Felkę, lat piętnaście, z tarczycą, która wymagała leków co dwanaście godzin, i kredens babci, który od spodu był zjedzony przez korniki.
— Ty masz stabilną pracę w urzędzie, a Darek właśnie zaczyna biznes — tłumaczyła matka przez telefon tydzień po pogrzebie. — Jemu się należy. Babcia by chciała, żeby to zostało w rodzinie.
— To zostało w rodzinie, skoro ja jestem rodziną — powiedziała Ewa.
— Nie czepiaj się słówek. Darek jest mężczyzną, jemu trudniej. A tobie co? Wynajmujesz, to ci wszystko jedno.
Ewa nie wynajmowała. Od czterech lat spłacała kredyt na kawalerkę na Przymorzu, którą kupiła po tym, jak rozstała się z Tomkiem i okazało się, iż umowa najmu była tylko na niego. Ale matka o tym nie pamiętała, bo Ewa nigdy nie prosiła o pomoc. A Darek prosił o wszystko: o poręczenie, o pożyczkę, o podrzucenie dziecka w weekend, o to, żeby odebrać auto z warsztatu, bo on nie zdąży, bo ma spotkanie, bo się rozwiódł i znowu mieszka u mamy.
Notariusz miał gabinet przy Długiej. Ewa przyszła pierwsza, usiadła na krześle obok kaloryfera i patrzyła, jak sekretarka pije kawę z papierowego kubka. Na biurku stało zdjęcie dziecka w marynarskim stroju. Pachniało pastą do podłogi i kurzem z kaloryfera.
Matka weszła z Darkiem o piętnaście po wyznaczonej godzinie. Darek niósł torbę z logo siłowni, chociaż Ewa wiedziała, iż on nigdy na żadnej siłowni nie był. Taką torbę kupił przez internet.
— Siema — rzucił, nie patrząc na nią.
— Nie mów do mnie "siema".
— A jak? "Dzień dobry, pani siostro"? Dobra, Ewa, przestań, bo mi ciśnienie skacze.
Notariusz rozłożył papiery. Zaczęło się od tego, iż Ewa zrzeka się praw do mieszkania przy Rzeźniczej, bo darowizna była ważna. Potem matka coś mówiła o tym, iż Ewa powinna przynajmniej podziękować Darkowi, iż zgodził się, żeby Felka u niej zamieszkała, bo w sumie to kotka była w mieszkaniu i mogła zostać przy nowym właścicielu.
— Nikt ci jej nie chciał zabierać — powiedziała Ewa, nie podnosząc głowy znad dokumentu.
— Bo ja nie mogę mieć sierści — wtrącił Darek. — Alergia.
— Od kiedy? Jak byłeś mały, sypiałeś z babcinym psem w jednym łóżku, a jak dorosłeś, to sam kupiłeś yorka.
— To było dawno. Teraz inaczej.
Ewa przeczytała dokument dwa razy. Wiedziała, iż to koniec. Nie chodziło o mieszkanie, nie o kotkę, choćby nie o kredens. Chodziło o to, iż matka trzymała ją za rękę dopóty, dopóki podpisywała. A jak Ewa zapytała, co będzie z pożyczką, którą wzięła na własne nazwisko, żeby Darek mógł otworzyć działalność — tą z 2019 roku, na czterdzieści tysięcy — matka zrobiła minę, jakby Ewa wspomniała coś nieprzyzwoitego.
— To była twoja decyzja. Nikt ci kazał.
— Kazałaś. Płakałaś przy kuchennym stole, iż Darek ma komornika, iż sobie coś zrobi, iż trzeba ratować.
— Nie pamiętam.
No właśnie. Ewa pamiętała wszystko: jak jechała do banku na Kołobrzeską, bo tylko tam mieli wolny termin; jak podpisywała umowę, a w sali był zapach odświeżacza waniliowego; jak Darek dostał pieniądze i przez tydzień chodził w nowej kurtce, bo przecież musiał "dobrze wyglądać przy kontrahentach". Pamiętała tę kurtkę — granatową, z pomarańczową podszewką. I pamiętała, iż raty spłacała sama, z pensji z urzędu, przez dwa lata i trzy miesiące.
— Dobrze — powiedziała w końcu. — Podpiszę.
Matka się uśmiechnęła. Darek wyjął telefon i zrobił zdjęcie dokumentom, jakby to był paragon z restauracji. Ewa podpisała, ale zanim notariusz wziął plik, ona położyła na nim rękę.
— Tylko jedno. Chcę kopię aktu darowizny babci. Tę, na podstawie której Darek twierdzi, iż mieszkanie jest jego.
— Po co ci to? — zapytała matka.
— Dla świętego spokoju.
Okazało się, iż nikt nie ma tej darowizny. Darek tłumaczył, iż gdzieś w pudłach, iż się znajdzie, iż nie ma co robić szumu. Notariusz wyjaśnił, iż skoro nie ma aktu, to nie ma też podstawy do zrzeczenia się. Matka zaczęła mówić podniesionym głosem, iż to "jakaś paranoja", iż Ewa robi wszystko, żeby ją wpędzić do grobu.
Ewa wstała, zabrała torebkę i wyszła. Na schodach minęła kobietę z taksą, która próbowała zlizać sól spod podeszwy buta. To był taki widok, jak z cudzego podwórka — nagle, bez powodu, Ewa pomyślała, iż ta taksa ma lepsze życie niż ona.
Wróciła do domu tramwajem. Zdjęła buty, nalała Felce wody do miski, potem usiadła na podłodze w kuchni i otworzyła aplikację banku. Znalazła tam harmonogram spłat — pożyczka na Darka miała jeszcze jedenaście rat. Od stycznia nie płaciła ani jednej. Czekała, aż bank zacznie dzwonić.
Telefon od matki przyszedł w sobotę rano. Ewa akurat wstawiała pranie; Felka siedziała na parapecie i wąchała szparę w oknie.
— Ewa, natychmiast zapłać ratę! Bank przysłał do Darka list polecony, grożą mu egzekucją! On i tak nie ma z czego żyć! Będziesz miała to na sumieniu!
— Mamo, to jest pożyczka na mnie.
— No właśnie! Na ciebie! Musisz ją spłacać, bo inaczej zniszczysz sobie historię kredytową, a co to za urzędniczka z taką historią?!
Ewa wyciągnęła z kabla wtyczkę od pralki i odłożyła na pralkę. Felka uniosła łeb i patrzyła, jak Ewa chodzi po pokoju.
— Spłacę — powiedziała. — Za jednym zamachem. Dziś.
— No! W końcu rozsądnie.
— Pożyczka była na Darka. Więc zrobię tak: przeleję teraz całą zaległość, jedenaście tysięcy z hakiem. A potem idę do prawnika i składam wniosek o zwrot bezpodstawnego wzbogacenia. Bo to jest pożyczka, którą ja wzięłam dla Darka, a on jej nie spłaca. Sąd ustali, kto mi odda te czterdzieści tysięcy. Z odsetkami.
Cisza. Zawsze jest taka cisza, kiedy matce ucieka temat. Potem słychać było, jak przełyka.
— Darek nie ma pieniędzy.
— To niech sprzeda coś z mieszkania przy Rzeźniczej. Może kredens po babci. Podobno ma wartość sentymentalną.
Zanim matka zdążyła cokolwiek powiedzieć, Ewa kliknęła "przelew". Kwota zeszła z konta: 11 848 złotych. Przez ułamek sekundy patrzyła na saldo — zostało jej niespełna trzysta złotych do pierwszego. Wstała, otworzyła szufladę po sztućcach i wyciągnęła z głębi wycinek z gazety sprzed pół roku: ogłoszenie o przetargu na garaże przy ulicy Pomorskiej. Wsunęła go do koperty, zakleiła, a w polu adresata napisała imię i nazwisko brata. Potem wrzuciła kopertę do torby, chociaż nie wiedziała, kiedy ją wyśle.
Felka zeskoczyła z parapetu. Podeszła do miski, potem do drzwi, potem zawróciła do pokoju. Stąpała tak, jakby podłoga była z cienkiego lodu — z taką starą godnością, która nie prosi o litość.
Wieczorem Ewa odebrała wiadomość od Darka. Zdjęcie mieszkania na Rzeźniczej. I jedno zdanie: "Mieszkanie i tak jest moje, a ty jesteś sama z tym starym kociskiem".
Nie odpisała. Zamiast tego otworzyła skrzynkę i wysłała do prawnika skan wszystkich przelewów za pożyczkę. Do maila dopisała: "Proszę przygotować wezwanie do zapłaty. Termin: siedem dni."
Felka weszła jej na kolana, obróciła się wokół własnej osi i ułożyła tak, żeby Ewa nie mogła wstać. Ewa zamknęła laptop. Za oknem skrzypiał dźwig portowy. Gdzieś na sznurku między balkonami wisiało zapomniane pranie, które już od rana łopotało na wietrze, ale nikt go nie zdejmował.











