Dom bez gospodarza
Obudziłem się jak zwykle, bez budzika, tuż przed wpół do siódmej. W mieszkaniu panowała cisza, tylko lodówka cicho buczała w kuchni. Przez chwilę leżałem w łóżku, wsłuchując się w ten dźwięk, po czym sięgnąłem po okulary leżące na parapecie. Za oknem powoli świtało, a sporadyczne auta przemykały po mokrym asfalcie na osiedlowej uliczce w Poznaniu.
Kiedyś o tej porze szykowałem się do pracy. Wstawałem, szedłem do łazienki, słyszałem przez ścianę, jak sąsiad nastawia radio. Teraz sąsiad wciąż je włączał, a ja leżałem i zastanawiałem się, czym dzisiaj się zajmę. Na emeryturze jestem już trzeci rok, ale przez przyzwyczajenie przez cały czas żyję według grafiku.
Wstałem, narzuciłem dresowe spodnie, poszedłem do kuchni. Wstawiłem czajnik, wyciągnąłem wczorajszy kawałek chleba z chlebaka. Gdy woda się grzała, podszedłem do okna. Siódme piętro w bloku z wielkiej płyty, pod oknami plac zabaw. Na dole pod blokiem stał mój stary polonez, okryty lekkim kurzem. Przez myśl przemknęło mi, iż powinienem podjechać do garażu i zobaczyć, czy dach nigdzie nie przecieka.
Garaż mam na spółdzielni trzy przystanki dalej. Kiedyś spędzałem tam pół weekendu, grzebiąc przy aucie, zmieniając olej, plotkując z sąsiadami o cenach paliwa i Lechu Poznań. Teraz wszystko jest prostsze: serwis, wulkanizacja, zakupy przez internet. Ale garażu nie zostawiłem. Tam są moje narzędzia, stare opony, pudła z kablami, deskami, przydasiami.
I działka. Domek w rodzinnym ogródku działkowym pod miastem. Drewniany, z wąskim gankiem, dwiema izdebkami i maleńką kuchnią. Gdy zamykam oczy, widzę te deski, pęknięcia w podłodze, słyszę, jak deszcz bębni w dach. Działka przypadła mi z żoną po jej rodzicach. Dwadzieścia kilka lat temu niemal każdy weekend jeździliśmy tam z dzieciakami. Kopaliśmy grządki, smażyliśmy ziemniaki na blasze, radio grało na taborecie.
Cztery lata temu żony już zabrakło. Dzieci dorosły, rozeszły się, założyły rodziny. Zostały mi działka i garaż. Trzymały mnie w stałym porządku świata. Mam mieszkanie. Mam działkę. Mam garaż. Wszystko na swoim miejscu, wszystko jasne.
Czajnik zagwizdał. Zaparzyłem herbatę, usiadłem do stołu. Na krześle naprzeciwko leżał poskładany wczoraj sweter. Jadłem kanapkę, patrzyłem na sweter i rozmyślałem o wczorajszej rozmowie.
Wieczorem wpadły dzieci. Syn z żoną i małym Stasiem, wnuczkiem. Córka z mężem. Piliśmy herbatę, gadaliśmy o wakacjach. Potem zeszło na pieniądze. Ostatnio zdarza się to coraz częściej.
Syn narzekał, iż kredyt hipoteczny przytłacza, raty ciągle rosną. Córka żaliła się, iż przedszkole kosztuje fortunę, do tego zajęcia, ubrania. Słuchałem ich i kiwałem głową. Sam też kiedyś liczyłem każdy grosz do wypłaty. Ale wtedy nie miałem działki, garażu. Tylko wynajmowany pokój i nadzieję na coś lepszego.
Wtem syn, wahając się, rzucił:
Tata, my z Anią rozmawialiśmy… i z Magdą też. Może sprzedałbyś coś? Działkę na przykład. Albo garaż. Przecież i tak rzadko tam jeździsz.
Zażartowałem wtedy, zmieniłem temat. Ale w nocy długo nie mogłem zasnąć. I tak nie jeździsz wciąż krążyło mi w głowie.
Zjadłem śniadanie, wypiłem herbatę, umyłem naczynia. Była ósma. Postanowiłem, iż dziś jadę na działkę. Sprawdzę, jak przetrwała zimę. I… sam sobie coś udowodnię.
Ubrałem się cieplej, wziąłem klucze do garażu i działki i wsunąłem je do kieszeni kurtki. W przedpokoju przystanąłem przy wiekowym lustrze w wąskiej ramie. Odbicie pokazało mi mężczyznę z siwiejącymi skroniami, nieco zmęczonego, ale wciąż silnego. Jeszcze nie starca. Poprawiłem kołnierz i wyszedłem.
Do garażu podskoczyłem po drodze, żeby zabrać parę narzędzi. Zamek skrzypnął, drzwi otworzyły się z dobrze znanym oporem. W środku kurz, zapach benzyny i starych szmat. Na półkach słoiki ze śrubkami, pudła z kablami, stara kaseta opisna długopisem. U sufitu pajęczyny.
Wzrokiem przeszedłem po półkach. Tu podnośnik, który kupiłem do pierwszego auta. Tu starannie ułożone deski, z których miałem zrobić ławkę na działce plan nigdy niezrealizowany. Ale deski czekały.
Zabrałem skrzynkę z narzędziami, parę kanistrów, zamknąłem garaż i ruszyłem dalej.
Droga za miasto zajęła mi niespełna godzinę. Przy drodze leżały jeszcze resztki brudnego śniegu, spod którego wystawała ziemia. Na ogródkach cicho, za wcześnie na większy ruch. Przy bramie siedziała znajoma dozorczyni, pani Stasia, kiwała mi głową.
Działka przywitała mnie jak zwykle o tej porze roku ciszą i zastygłą nieruchomością. Drewniane ogrodzenie, lekko przekrzywiona furtka. Otworzyłem ją, przeszedłem wąską ścieżką do ganku. Pod nogami szeleściły zeszłoroczne liście.
W środku czuć było stęchliznę i drewno. Otworzyłem okna na oścież, żeby przewietrzyć. Zdjąłem z łóżka stary pled i wytrzepałem go. W małej kuchni na stole stał emaliowany garnek w nim kiedyś gotowaliśmy kompot. Na gwoździku przy drzwiach wisiał pęk kluczy, wśród nich ten od szopy z narzędziami ogrodniczymi.
Chodziłem po domku, dotykałem dłonią ścian, klamek. W pokoju, gdzie kiedyś spały dzieci, piętrowe łóżko. Na górze pluszowy miś z naderwanym uchem. Pamiętam, jak syn przez to płakał, a ja owinąłem mu ucho izolacją, bo kleju akurat nie było.
Wyszedłem na ogród. Śnieg prawie już zniknął, grządki czarne i wilgotne. W kącie rdzewiał grill. Przypomniało mi się, jak na nim smażyliśmy karkówkę, a ja z żoną piliśmy herbatę z szklanek na ganku, słuchając, jak na sąsiedniej działce ktoś się śmieje.
Westchnąłem i zabrałem się do roboty. Oczyściłem ścieżkę, naprawiłem luzującą się deskę na ganku, sprawdziłem dach szopy. W niej znalazłem stary plastikowy stołek, wyniosłem przed dom, usiadłem. Słońce wyszło wyżej, zrobiło się cieplej.
Wyciągnąłem telefon, sprawdziłem nieodebrane połączenia. Syn dzwonił wieczorem. Córka napisała na WhatsAppie, iż trzeba się spotkać i wszystko spokojnie omówić. Nie jesteśmy przeciwko działce, tato, po prostu pomyślmy rozsądnie kończyła wiadomość.
Rozsądnie. Ostatnio to słowo słyszę niemal codziennie. Rozsądnie znaczy, iż pieniądze nie mogą leżeć odłogiem. Rozsądnie znaczy, iż starszy człowiek nie ma zdrowia użerać się z działką i garażem. Rozsądnie znaczy pomóc młodym, póki jeszcze żyję i mogę.
Rozumiem ich. Naprawdę. Ale tu, na plastikowym stołku, słuchając gdzieś w oddali szczekania psa, a na dachu kropel wody, wszystkie te rozsądne argumenty schodziły na drugi plan. Tu nie chodziło o rachunek.
Wstałem, jeszcze raz przeszedłem działkę, zamknąłem dom na ciężką kłódkę, wsiadłem do auta i ruszyłem do Poznania.
Na obiad byłem już w domu. Kurtkę odwiesiłem, narzędzia zostawiłem w przedpokoju. W kuchni włączyłem czajnik i dopiero wtedy zauważyłem karteczkę na stole krótka, na kartce wyrwanej z notesu: Tata, wpadniemy wieczorem pogadać. M.
Usiadłem, opuściłem dłonie na blat. Dziś. Dziś trzeba będzie rozmawiać na serio, bez żartów.
Przyszli wieczorem w trójkę. Syn z żoną, córka. Wnuka zostawili u teściowej. Otworzyłem im drzwi, przywitałem, wpuściłem do przedpokoju. Syn zdjął buty, kurtkę odwiesił na wieszak, odruchowo jak kiedyś, gdy był mały.
W kuchni usiedliśmy przy stole. Postawiłem herbatę, ciastka, cukierki. Nikt się nie częstował. Przez kilka minut rozmawialiśmy o drobiazgach: jak wnuk, jak praca, korki w mieście.
W końcu córka spojrzała na brata, ten kiwnął jej głową, i powiedziała:
Tato, serio, pogadajmy. My nie chcemy cię naciskać, ale… musimy się wszyscy określić.
Poczułem ścisk w środku. Skinąłem głową:
Mówcie.
Syn zaczął:
Masz mieszkanie, działkę, garaż. Mieszkanie to świętość, nie ruszamy. Ale działka… Sam nieraz narzekasz, iż ciężko. Grządki, dach, ogrodzenie. Co roku tam idą pieniądze.
Byłem dziś. Wszystko w porządku odpowiedziałem cicho.
Dziś tak, ale za pięć, dziesięć lat? wtrąciła synowa. Przemyśl, nie będziesz wieczny. Przepraszam, ale musimy się liczyć z przyszłością.
Odwróciłem wzrok. Słowa, iż nie będę wieczny, zabrzmiały zbyt dosadnie, choć nie miała złych intencji.
Córka odezwała się łagodniej:
Nie mówimy, żebyś wszystko wyprzedawał. Myśleliśmy, iż sprzedaż działkę i garaż, a pieniądze podzielisz. Część dla ciebie, żebyś spokojnie żył, reszta dla nas z Szymonem. Spłacilibyśmy trochę kredytu. Tak, jak zawsze mówiłeś, iż chcesz nam pomóc.
Rzeczywiście tak mówiłem jeszcze w pierwszych miesiącach emerytury, gdy dorabiałem. Wydawało mi się, iż długo dam radę i będę się jeszcze dorzucał.
Pomagam przecież. Wnuka czasem zabieram, zakupy zrobię.
Syn parsknął krótko:
Tato, ale to nie to. Teraz potrzebujemy konkretnej sumy, żeby odetchnąć. Sam widzisz, jakie raty. Nie prosimy o wszystko. Po prostu masz majątek, który leży odłogiem.
Słowo majątek zabrzmiało w mojej kuchni obco. Pojawiła się wokół nas niewidzialna przegroda z liczb, tabel, umów kredytowych.
Sięgnąłem po herbatę, zimna już była.
Dla was to majątek powiedziałem powoli. A dla mnie…
Zawahałem się. Nie chciałem popadać w patos.
To kawałki życia dokończyłem. Garaż budowałem z ojcem. Jeszcze żył wtedy. Sami cegły nosiliśmy. Na działce wyrosły moje dzieci. Wy.
Córka spuściła wzrok, syn zamilkł, potem już łagodniej:
Rozumiemy cię, naprawdę. Ale przecież już prawie tam nie jeździsz. Wszystko stoi. Sam nie podołasz.
Byłem dziś, powtarzam. Jest dobrze.
Dziś odbił syn a przedtem? Jesienią? Tato, proszę cię.
Zapadła cisza. Z pokoju obok stukał zegar. Ujrzałem nas przy tym stole, omawiających moją starość jak projekt: optymalizacja kosztów, rozdział majątku.
Dobrze rzuciłem. A co konkretnie proponujecie?
Syn się rozjaśnił widocznie już wszystko mieli przegadane.
Znamy pośrednika. Mówi, iż za działkę dostaniesz dobry pieniądz. Garaż też. Weźmiemy na siebie biurokrację. Ty tylko podpiszesz pełnomocnictwo.
A mieszkanie?
Mieszkanie to twój dom szybka odpowiedź córki. Tego nie ruszamy.
Przytaknąłem. Słowo dom nabrało innego znaczenia. Czy to tylko te ściany? A może również działka albo garaż, gdzie tyle czasu przepadało na drobiazgach, a ja czułem się potrzebny?
Wstałem i podszedłem do okna. Na osiedlu zapaliły się lampy. Plac zabaw taki sam jak dwadzieścia lat temu. Tylko auta inne i dzieci wieczorem w telefonach.
A jak nie chcę sprzedawać? rzuciłem bez odwracania się.
Zapanowała cisza. W końcu córka łagodnie:
Tato, to twoja własność. Ty decydujesz. Nie możemy zmusić. Po prostu się martwimy. Sam mówiłeś, iż siły już nie te.
To prawda, mniej ich przyznałem. Ale jeszcze sam mogę wybierać, czym się zająć.
Syn westchnął:
Nie chcemy się z tobą sprzeczać. Ale z boku wygląda to tak, jakbyś kurczowo trzymał się rzeczy, a nam jest ciężko. I z pieniędzmi, i z nerwami. Non stop się zastanawiamy, co będzie, jak nagle zachorujesz. Kto wtedy się tym wszystkim zajmie?
Poczułem wyrzuty sumienia. Sam o tym myślałem. Co, gdyby mnie zabrakło? Dzieci będą biegać po urzędach, załatwiać spadek, dzielić dom, garaż To naprawdę trudy.
Wróciłem do stołu, usiadłem.
A jeśli… zaczynam i zawieszam głos … jeżeli przepiszę działkę na was, ale sam będę tam jeździł, póki dam radę?
Syn z córką spojrzeli na siebie. Synowa zmarszczyła brwi.
Tato zaczęła ale to wciąż spadnie na nas. Nie damy rady jeździć tyle, co ty. Praca, dzieci.
Nie każę wam jeździć. Sam póki będę mógł. Potem zdecydujecie.
Wiedziałem, iż to kompromis. Dla mnie zostawić miejsce, ważniejsze niż metry. Dla nich pewność, iż majątek przeszedł, a potem nie trzeba będzie się z papierami męczyć.
Córka się zamyśliła.
To jest pomysł powiedziała. Ale szczerze my raczej tam mieszkać nie będziemy. Mamy inne plany. Myślimy choćby z Markiem o przeprowadzce do Gdańska. Tam taniej, praca lepsza.
Zaskoczyło mnie to. Syn też wyglądał na zdziwionego.
Mi nic nie mówiłaś mruknął.
Dopiero myślimy machnęła ręką. Ale działka to już nie nasze życie, jak twoje.
Złapałem to słowo przyszłość. Dla nich jest gdzie indziej: mieszkania, miasta, projekty. Dla mnie przyszłość to trzy punkty mieszkanie, garaż, działka. Każdy kąt znany.
Przez kolejne dwadzieścia minut kołowali: oni liczby, ja wspomnienia. Oni zdrowie, ja sens niebycia do niczego. W którymś momencie syn powiedział ostrzej, niż zamierzał:
Tata, zrozum, nie będziesz wiecznie machał łopatą. Przyjdzie taki dzień, iż przestaniesz jeździć. Po co wszystko ma zbutwieć? Przyjedziemy raz na rok, zobaczymy ruinę?
Zachłysnąłem się złością.
Ruinę? Ty tam w dzieciństwie latałeś, po tej ruinie.
W dzieciństwie. Dziś mam inne zadania.
Słowa zawisły w powietrzu. Córka próbowała łagodzić:
Szymon…
Ale już było jasne, iż mówimy innymi językami. Ja: czas życia, oni: przeszłość sentymentalna, niepotrzebna.
Wstałem.
Okej. Dajcie mi czas. Nie dziś, nie jutro. Muszę się zastanowić.
Tato zaczęła córka my nie możemy czekać w nieskończoność. Następna rata za miesiąc…
Rozumiem przerwałem. Ale wy też zrozumcie. Sprzedać działkę to nie to samo co szafę.
Zapadła cisza. Potem się zbierali. W przedpokoju długo grzebali się z butami. Na pożegnanie córka mnie uściskała.
Nie jesteśmy przeciwko, naprawdę szepnęła. Po prostu się o ciebie boimy.
Kiwnąłem głową, bo głos mi ugrzązł w gardle.
Gdy zamknęli za sobą drzwi, mieszkanie zalała cisza. Poszedłem do kuchni i długo siedziałem przy stole. Stały tam niedopite herbaty, talerzyk z ciastkami. Wpatrywałem się w nie i poczułem ogromne zmęczenie.
Siedziałem tak bez światła. Za oknem ciemność, w oknach naprzeciwko jasne okienka. W końcu poszedłem do szafy po teczkę z dokumentami. Dowód osobisty, akty własności na działkę i garaż. Przekartkowałem, zatrzymałem się na planie ogrodu.
Mały prostokąt, podzielony na grządki. Przejechałem palcem po tych liniach, jakby odtwarzał ukochany ogródek w rzeczywistości.
Nazajutrz pojechałem do garażu. Musiałem mieć zajęcie. Było chłodno. Otworzyłem szeroko drzwi dla światła. Rozłożyłem narzędzia, zacząłem przeglądać pudła. Trochę rupieci postanowiłem wyrzucić: popsute części, zardzewiałe śrubki, kable zostawione na wszelki wypadek.
Zajrzał sąsiad z garażu, Pan Marian, ode mnie starszy.
Czemu rzucasz starocie? spytał.
Robię porządek odparłem. Zastanawiam się, co mi jeszcze potrzebne, a co nie.
I słusznie pokiwał głową. Ja swój sprzedałem. Syn kupił auto, trzeba było dorzucić. Bez garażu, ale syn zadowolony.
Zamilkłem. Sąsiad sobie poszedł, a ja wciąż siedziałem wśród pudeł i myśli. Sprzedał syn zadowolony. Ot, jak z podartą kurtką.
Wziąłem do ręki klucz płaski, ciężki, gładki od lat. Pomasowałem w dłoni, wyobrażając sobie skręcanie śrubki. Przypomniałem sobie, jak kiedyś syn prosił, by mu dać pokręcić. Wydawało mi się, iż zawsze będziemy razem majstrować. Garaż, działka, auto wspólny język.
A dziś okazało się, iż syn już tego języka nie zna.
Wieczorem znów wyjąłem dokumenty i zadzwoniłem do córki.
Zdecydowałem powiedziałem. Działka przechodzi na was z Szymonem, po połowie. Ale nie sprzedajemy jeszcze. Będę tam jeździł, póki dam radę. Potem zdecydujecie sami.
Zamilkła na chwilę.
Tata, jesteś pewny?
Tak odpowiedziałem, choć pewności w sobie nie miałem. Czułem jakbym odcinał od siebie coś ważnego. Ale inaczej się nie dało.
Dobrze. Jutro się umówimy, zadzwoń do notariusza.
Odłożyłem słuchawkę i usiadłem. W pokoju panowała cisza. Po raz pierwszy od tygodni poczułem nie tylko zmęczenie, ale i ulgę. Jakby decyzja, przed którą nie było ucieczki, zapadła.
Po tygodniu spotkaliśmy się u notariusza. Spisaliśmy darowiznę. Podpisywałem papiery, a dłoń lekko mi drżała. Notariuszka spokojnie tłumaczyła, gdzie podpis, jakie odebrać druki. Dzieci dziękowały.
Tata, dziękujemy, bardzo nam pomagasz.
Kiwałem głową, choć wiedziałem, iż to nie tylko ja ich ratuję może i oni mnie wyzwalają z troski, co będzie później. Później spisane zostało na papierze.
Garaż zostawiłem sobie. Tym razem się uparłem. Dzieci sugerowały, żebym sprzedał i to, ale powiedziałem nie. Muszą się z tym pogodzić. Garaż jest po to, by nie siedzieć samotnie w domu, nie patrzeć cały dzień w telewizor. To jeszcze zrozumieli.
W praktyce nic się nie zmieniło. przez cały czas mieszkałem w swoim mieszkaniu, jeździłem czasem na działkę, już jako gość formalnie obcy. Ale klucze miałem ja i nikt mi nie zabronił.
Pierwszy raz po formalnościach pojechałem sam, w ciepły kwietniowy dzień. Myślałem po drodze, iż już nie mój dom, własność nie moja. Ale gdy skrzypnęła furtka, gdy wszedłem znajomą ścieżką na ganek, uczucie obcości odpłynęło.
Zdjąłem kurtkę i zawiesiłem na gwoździu, wszedłem do pokoju. Wszystko było po staremu łóżko, stół, miś przyklejony taśmą.
Usiadłem na taborecie przy oknie. Przez szybę wpadał promień słońca, rozjaśniał kurz na parapecie. Przejechałem dłonią po desce, wyczuwając każdy sęk.
Myślałem o dzieciach ich mieszkaniach, ratach, planach. O sobie iż moje plany już nie liczone w latach, ale w sezonach. Dożyć wiosny, jeszcze raz przekopać grządki, jeszcze raz posiedzieć latem na ganku.
Wiedziałem, iż kiedyś działka będzie musiała zostać sprzedana. Może za rok, pięć. Gdy nie dam rady. Dzieci uznają, iż nie ma sensu trzymać pustego domku. I pewnie będą miały rację.
Ale dziś domek stał. Dach trzymał się. W szopie leżały łopaty. Na grządkach wychodziły pierwsze listki. Jeszcze mogłem przejść po ogródku, pochylić się, podnieść coś z ziemi.
Przeszedłem się po ogrodzie, zatrzymałem przy płocie, popatrzyłem na sąsiadów. Ktoś już sadził rozsady, inny rozwieszał pranie. Życie szło swoim rytmem.
Zrozumiałem, iż nie tylko chodziło o działkę czy garaż. Bałem się być zbędny. Nikomu niepotrzebny ani dzieciom, ani sobie. Te miejsca mówiły mi, iż jeszcze coś potrafię. Że jestem potrzebny.
Teraz to poczucie było kruche. Dokumenty swoje mówią, a ja wciąż jestem tu, gdzie byłem. Ale, siedząc na ganku, pojąłem, iż dokument to nie wszystko.
Wyciągnąłem termos z herbatą, nalałem do kubka. Wypiłem, zaczynając czuć w środku gorycz, ale już nie tak dokuczliwą, jak owego wieczoru w kuchni. Decyzja zapadła. Cena znana. Oddałem dzieciom część swego życia, ale dostałem coś jeszcze prawo być tu póki pamięć trwa, a nie papier.
Popatrzyłem na klucz, stary, starty. Zacisnąłem w dłoni. Kiedyś przejdzie w czyjeś ręce. Może do syna, może do Magdy, a może do obcych ludzi. Nie będą znali żadnych wspomnień.
I poczułem i żal, i dziwny spokój. Świat się zmienia, rzeczy przechodzą z rąk do rąk. Najważniejsze żeby zdążyć przeżyć swoje miejsce, póki jest własne nie na papierze, ale w sercu.
Dopiłem herbatę, podniosłem się. Poszedłem po łopatę do szopy. Należało przekopać choć jedną grządkę. Dla siebie. Nie dla przyszłych właścicieli, nie dla dzieci, które już w myślach przeliczają złotówki. Dla siebie poczuć ziemię pod butem i w dłoniach.
Wbiłem łopatę w czarną, nasiąkniętą ziemię, nacisnąłem nogą trzonek. Ziemia puściła. Podciśnięty kawał ziemi przewrócił się na drugą stronę, wilgotny i pachnący. Wciągnąłem ten zapach w płuca.
Praca szła powoli. Plecy ciągnęły, ręce bolały. Ale z każdym ruchem czułem ulgę, jakby wygrzebywał z ziemi nie tylko korzenie, ale i własne lęki.
Na wieczór usiadłem na ganku, otarłem pot z czoła. Na grządce leżały przeorane koleiny, niebo różowiało. Gdzieś odezwał się ptak.
Spojrzałem na dom, ślady butów w ziemi, łopatę opartą o ścianę. Pomyślałem, co będzie jutro, za rok, za pięć. Odpowiedzi nie znalazłem. Ale przez chwilę wiedziałem, iż jestem na swoim miejscu.
Wstałem, zamknąłem dom, zgasiłem światło. Na ganku zatrzymałem się, wsłuchując w ciszę. Zamknąłem drzwi na klucz. Metal szczęknął.
Schowałem klucz do kieszeni i ruszyłem do samochodu wąską ścieżką, dbając, by nie deptać świeżej ziemi.
Dziś wiem, iż dom to nie tylko adres czy metry, ale kawałek siebie. Życie jest darem, który warto dawać dalej, ale póki możesz bądź dla siebie gospodarzem.











