Dom, który nie należy do nikogo Andrzej obudził się bez budzika, jak zwykle o wpół do siódmej. W mieszkaniu było cicho, tylko lodówka cicho pomrukiwała w kuchni. Przeleżał jeszcze chwilę, nasłuchując tego dźwięku, i sięgnął po okulary leżące na parapecie. Na dworze szarzało, rzadkie samochody szurały po mokrym asfalcie. Kiedyś o tej porze szykował się do pracy. Wstawał, szedł do łazienki, słuchał jak za ścianą sąsiad włącza radio. Teraz sąsiad wciąż włączał radio, a on leżał i zastanawiał się, co dziś będzie robił. Formalnie był już na emeryturze trzeci rok, ale z przyzwyczajenia przez cały czas żył według rozkładu dnia. Wstał, narzucił dres, przeszedł do kuchni. Wstawił czajnik, wyjął z chlebaka kawałek wczorajszej bułki. Gdy woda się gotowała, podszedł do okna. Siódme piętro, blok z wielkiej płyty, podwórze z placem zabaw. Na dole, pod oknami, stał jego stary „Polonez”, pokryty cienką warstwą kurzu. Zasępił się, iż trzeba będzie podjechać do garażu, sprawdzić, czy dach nie przecieka. Garaż był w spółdzielni trzy przystanki dalej. Kiedyś spędzał tam pół weekendu, majstrując przy samochodzie, wymieniając olej, dyskutując z sąsiadami o cenach paliwa i o piłce nożnej. Z czasem wszystko stało się łatwiejsze: serwis, wulkanizacja, sklep internetowy na dwa kliknięcia. Ale garażu nie porzucił. Tam stały jego narzędzia, stare opony, kartony z kablami, deskami, „gospodarką” jak mówił. I działka. Domek na ogrodach działkowych za miastem. Drewniany, z wąskim gankiem, dwoma pokojami i maleńką kuchnią. Zamknął oczy, widział te deski, pęknięcia w podłodze, słyszał jak deszcz bębni o dach. Działka przypadła jemu i żonie po jej rodzicach. Wtedy, ponad dwadzieścia lat temu, niemal co weekend jeździli tam z dziećmi. Kopali grządki, smażyli ziemniaki, stawiali na stołku magnetofon. Żony już nie było, cztery lata temu odeszła. Dzieci dorosły, rozjechały się po swoich mieszkaniach, założyły rodziny. Działka i garaż zostały z nim. Były jak punkty odniesienia w dawnym świecie. Oto mieszkanie. Oto działka. Oto garaż. Wszystko na miejscu, wszystko zrozumiałe. Czajnik zagwizdał. Andrzej zaparzył herbatę, usiadł do stołu. Na krześle naprzeciwko leżał złożony wczoraj sweter. Jadł kanapkę, patrzył na sweter i myślał o wczorajszej rozmowie. Wczoraj wieczorem przyjechały dzieci. Syn z żoną i małym chłopcem, wnukiem. Córka z mężem. Pili herbatę, dyskutowali, kto i kiedy jedzie na urlop. Potem zeszło na pieniądze. Jak niemal zawsze ostatnio. Syn mówił, iż kredyt hipoteczny dusi, raty rosną. Córka narzekała, iż przedszkole drogie, jeszcze zajęcia, ubrania. Andrzej kiwał głową. Pamiętał, jak sam kiedyś liczył grosze do wypłaty. Ale wtedy nie miał ani działki, ani garażu. Tylko wynajmowany pokój i nadzieję. A potem syn, kręcąc się, powiedział: — Tato, my z Anią się zastanawialiśmy… I z Kasią też rozmawialiśmy. Może byś coś sprzedał? No… działkę na przykład. Albo garaż. Przecież i tak tam prawie nie jeździsz. Andrzej zażartował, zmienił temat. Ale w nocy długo nie mógł zasnąć. W głowie kołatało „przecież i tak tam nie jeździsz”. Zjadł kanapkę, dopił herbatę, odłożył kubek do zlewu. Spojrzał na zegar. Była ósma. Postanowił, iż dziś pojedzie na działkę. Trzeba zobaczyć, jak tam po zimie. I przy okazji… coś sobie udowodnić. Ubierał się cieplej, wziął z przedpokoju klucze od działki i garażu, schował do kieszeni kurtki. Zatrzymał się w korytarzu, patrząc w stare lustro w wąskiej ramie. W odbiciu — mężczyzna z siwiejącymi skroniami, lekko zmęczonymi oczami, ale jeszcze silny. Nie staruszek. Poprawił kołnierz i wyszedł. W garażu zatrzymał się po drodze, żeby wziąć narzędzia. Zamek zaskrzypiał, drzwi otworzyły się jak zwykle opornie. Pachniało kurzem, benzyną, starymi szmatami. Na półkach stały słoiki ze śrubami, kartony z kablami, stara kaseta podpisana flamastrem. Pod sufitem pajęczyny. Andrzej przesunął wzrokiem po półkach. Oto podnośnik, który kupował na swój pierwszy samochód. Oto równo złożone deski, z których kiedyś miał zrobić ławkę na działce. Nie zrobił. Ale deski leżały, czekały. Wziął skrzynkę narzędzi, parę plastikowych kanistrów, zamknął garaż i ruszył dalej. Droga za miasto zajęła godzinę. Przy poboczu leżał jeszcze brudny śnieg, miejscami czerniała ziemia. Na ogrodach było cicho. Jeszcze za wcześnie na masowe przyjazdy. Przy bramie siedziała znajoma dozorczyni w puchowej kurtce, skinęła mu głową. Domek przywitał go tą samą nieruchomością, co zawsze przed sezonem. Drewniany płot, lekko przekrzywiona furtka. Otworzył ją, przeszedł wąską ścieżką na ganek. Pod stopami trzeszczały zeszłoroczne liście. W środku pachniało stęchlizną i drewnem. Andrzej otworzył okna, żeby wywietrzyć. Zdjął z łóżka stary koc, strzepnął. W małej kuchni na stole stał emaliowany garnek, w którym kiedyś gotowali kompot. Na gwoździu przy drzwiach wisiał pęk kluczy, wśród nich klucz od skrytki z narzędziami ogrodowymi. Chodził po domku, dotykał ścian, klamek. W pokoju, gdzie kiedyś spały dzieci, piętrowe łóżko. Na górnej półce pluszowy miś z naderwanym uchem. Pamiętał, jak syn płakał przez to ucho, a on, nie znajdując kleju, przymocował je taśmą izolacyjną. Wyszedł na działkę. Śnieg prawie stopniał, grządki były czarne i wilgotne. W kącie rdzewiał stary grill. Przypomniał sobie, jak smażył na nim kiełbasę, jak siedzieli z żoną na ganku, pili herbatę w szklankach i słuchali śmiechów z sąsiedniego ogródka. Andrzej westchnął i zabrał się do roboty. Posprzątał ścieżkę, przybił chwiejącą się deskę w ganku, sprawdził dach komórki. Znalazł w skrytce stary plastikowy stołek, wystawił na podwórko, usiadł. Słońce wyszło wyżej, zrobiło się cieplej. Wyjął telefon, spojrzał na listę połączeń. Syn dzwonił wieczorem. Córka pisała na Messengerze, iż trzeba by się zebrać i spokojnie wszystko omówić. „My nie mamy nic przeciwko działce, tato, po prostu pomyślmy rozsądnie” — tak było w wiadomości. Rozsądnie. To słowo w ostatnich miesiącach pojawiało się najczęściej. Rozsądnie — to znaczy, iż pieniądze nie powinny leżeć odłogiem. Rozsądnie — to znaczy, iż starszy człowiek nie powinien się zamęczać działką i garażem. Rozsądnie — to znaczy, pomóc młodym, póki żyje i może. Rozumiał ich. Naprawdę rozumiał. Ale gdy siedział na tym plastikowym stołku, słysząc w oddali szczekanie psa i kapanie wody z dachu, cała ta racjonalność schodziła na dalszy plan. Tu nie chodziło o rachunek. Andrzej podniósł się, obeszedł działkę jeszcze raz, potem zamknął domek, zawiesił na drzwiach ciężką kłódkę. Wsiadł do samochodu i wrócił do miasta. W południe był już w domu. Zdjął kurtkę, odstawił do przedpokoju torbę z narzędziami. W kuchni włączył czajnik i dopiero wtedy zauważył na stole kartkę. Krótką, na wyrwanej kartce z notesu: „Tato, wpadniemy wieczorem, porozmawiamy. A.” Usiadł, położył dłonie na stole. No to dziś. Dziś będą rozmawiać naprawdę, bez żartów. Wieczorem przyszli we troje. Syn z żoną i córka. Wnuka zostawili u teściów. Andrzej otworzył drzwi, przywitał, przepuścił do korytarza. Syn zdjął buty, kurtkę powiesił jak dawniej, bezwiednie. W kuchni wszyscy usiedli przy stole. Andrzej postawił herbatę, herbatniki, cukierki. Nikt nie sięgał. Przez kilka minut rozmawiali o drobiazgach: co u wnuka, jak w pracy, jakie korki w mieście. Potem córka spojrzała na brata, ten kiwnął głową. Ona powiedziała: — Tato, porozmawiajmy szczerze. Nie chcemy na ciebie naciskać, ale… musimy się wszyscy określić. Andrzej poczuł, jak coś ściska mu wnętrze. Skinął głową: — Mówcie. Syn zaczął: — Masz mieszkanie, działkę i garaż. Mieszkanie — to świętość, nie ruszamy. Ale działka… Sam mówisz, iż ciężko. Grządki, dach, płot. Co roku trzeba tam inwestować. — Byłem tam dzisiaj — powiedział cicho Andrzej. — Wszystko w porządku. — Teraz tak — wtrąciła synowa. — A za pięć lat? Dziesięć? Przecież nie będziesz wieczny. Przepraszam, ale musimy to wziąć pod uwagę. Andrzej odwrócił wzrok. Słowa o tym, iż nie jest wieczny, zabrzmiały zbyt dosadnie, choć pewnie nie chciała go zranić. Córka bardziej łagodnie: — Tato, nie mówimy, żeby wszystko rzucić. Myślimy, iż można by sprzedać działkę i garaż, a pieniądze podzielić. Część dla ciebie, część dla nas z Szymkiem. Zamknęlibyśmy część kredytu. Sam zawsze mówiłeś, iż chcesz nam pomóc. Faktycznie tak kiedyś mówił. Kiedy odchodził na emeryturę i jeszcze dorabiał na umowach. Wtedy wierzył, iż długo będzie silny, iż pomoże. — Przecież i tak pomagam — powiedział. — Czasem przyjmuję wnuka, kupuję wam zakupy. Syn zaśmiał się nerwowo: — Tato, ale to nie to samo. Teraz potrzebujemy większej sumy, żeby mieć oddech. Przecież widzisz te raty. Nie prosimy, żebyś oddał wszystko. Po prostu — są rzeczy, które stoją nieużywane. Słowo „rzeczy” w jego kuchni zabrzmiało obco. Andrzej poczuł, jak między nimi wyrasta niewidzialna bariera — z cyfr, wykresów, kredytów. Sięgnął po filiżankę, upił łyk zimnej herbaty. — Dla was to rzeczy — powiedział powoli. — A dla mnie… Zamilkł, szukając słowa. Nie chciał brzmieć patetycznie. — To kawałki życia — powiedział w końcu. — Ten garaż budowałem z ojcem. Wtedy jeszcze żył. Nosiliśmy cegły we dwóch. A na działce… Tam wy dorastaliście. Córka spuściła głowę. Syn milczał chwilę, potem powiedział łagodniej: — Rozumiemy. Naprawdę. Ale sam widzisz, rzadko tam jeździsz. Wszystko stoi. Sam tego nie pociągniesz. — Byłem dziś, powtarzam. Wszystko gra. — Dziś — rzucił syn. — A wcześniej? Jesienią? Tato, proszę… Zapadła cisza. Andrzej słyszał tykanie zegara w pokoju. Ujrzał ich, jak siedzą przy tym stole, omawiają jego starość jak jakiś projekt. Optymalizacja, podział majątku. — Dobrze — powiedział. — A co konkretnie proponujecie? Syn się ożywił. Widać, iż wszystko już uzgodnili. — Namierzyliśmy agentkę. Powiedziała, iż za działkę można dostać niezłe pieniądze. Garaż też pójdzie. My się zajmiemy wszystkim: oględzinami, papierami. Tobie tylko zostanie pełnomocnictwo. — A mieszkanie? — spytał Andrzej. — Nie ruszamy, to twój dom — odparła córka. Skinął głową. Słowo „dom” zabrzmiało inaczej. Czy dom, to tylko te ściany? Czy też działka, garaż, miejsca, gdzie czuł się potrzebny? Podszedł do okna. Na podwórku zapalały się latarnie. Było jak dwadzieścia lat temu. Tylko samochody inne, dzieci na placu z komórkami. — A jeżeli nie chcę sprzedawać? Jeszcze ciszej. Córka delikatnie: — Tato, to twoja własność. Decydujesz. Nie możemy cię zmusić. Po prostu… martwimy się. Sam mówiłeś, iż brakuje sił. — Sił mniej — przyznał. — Ale jeszcze sam wiem, co robić. Syn westchnął: — Tato, nie chcemy się kłócić. Ale wygląda to tak, iż trzymasz się rzeczy, a nam jest ciężko. I finansowo, i psychicznie. Boimy się, co będzie, gdy zachorujesz. Kto ogarnie działkę, te wszystkie sprzęty. Andrzej poczuł wyrzut sumienia. Sam o tym myślał. Co, jeżeli go zabraknie? Dzieci będą biegać po urzędach, dzielić domki, garaże. Rzeczywiście — byłoby im trudno. Wrócił do stołu. — A gdyby… — zaczął i zatrzymał się. — Przepisać działkę na was, a ja bym jeszcze tam jeździł, póki dam radę? Syn i córka spojrzeli na siebie. Synowa zmarszczyła brwi. — Tato — odpowiedziała — ale to wciąż będzie kłopot. Nie będziemy tam często jeździć, pracujemy, dzieci… — Nie proszę, żebyście jeździli. Ja sam. Póki mogę. A potem zdecydujecie. Czuł, iż szuka kompromisu. Dla siebie — żeby zachować to miejsce, które było czymś więcej niż ziemią. Dla nich — pewność, iż majątku nie trzeba będzie dzielić potem. Córka zamyśliła się. — To jakiś pomysł — kiwnęła. — Ale szczerze, nie sądzę, żebyśmy tam kiedykolwiek zamieszkali. Mamy inne plany. Myślimy z Tomkiem, by się wyprowadzić. Tam mieszkania są tańsze, praca jest. Andrzej drgnął. Tego nie wiedział. Syn też był zaskoczony. — Nie mówiłaś mi. — Jeszcze nic pewnego — machnęła ręką. — Ale nie o to chodzi. Po prostu… działka to nie nasza przyszłość. Złapał to słowo — „przyszłość”. Dla nich była gdzie indziej — w innych miastach, mieszkaniach. Jego przyszłość kurczyła się do kilku miejsc na mapie. Mieszkanie, garaż, działka. Każdy kąt znał na pamięć. Dyskusja trwała jeszcze długo. Oni przytaczali liczby, on — wspomnienia. Oni o zdrowiu, on — iż bez zajęcia zwiędnie zupełnie. Wreszcie syn, zmęczony, rzucił ostrzej: — Tato, zrozum, nie będziesz wiecznie machał łopatą. Przyjdzie czas, nie będziesz jeździł na działkę. I co wtedy? Wszystko zgnije? Przyjedziemy raz do roku zobaczyć ruiny? Andrzej poczuł złość. — Ruiny? To dla ciebie ruiny? Tam biegałeś w dzieciństwie. — Biegałem, ale dorosłem. Mam inne sprawy — rzucił syn. Słowa zawisły w powietrzu. Córka próbowała łagodzić: — Szymek, nie… Za późno. Andrzej zrozumiał, iż rozmawiają innymi językami. Dla niego czas na działce, w garażu, był czasem życia. Dla nich — przeszłością, miłą, ale niekonieczną. Podniósł się. — Dobrze. Pomyślę. Nie dziś, nie jutro. Dajcie mi czas. — Tato — zaczęła córka — nam też nie wolno zwlekać… — Rozumiem — przerwał. — Ale to nie szafa, żeby ją sprzedać. Zmierzali do wyjścia. W przedpokoju długo zakładali buty. Na pożegnanie córka mocno go przytuliła, szeptem: — My naprawdę nie jesteśmy przeciwko działce… boimy się o ciebie. Kiwnął, nie ufając głosowi. Kiedy zamknęły się za nimi drzwi, mieszkanie wypełniła cisza. Andrzej przeszedł do kuchni, usiadł przy stole. Zostały niedopite filiżanki, talerzyk z ciastem. Patrzył na nie i ogarnęło go ogromne zmęczenie. Siedział tak długo w ciemności. Za oknem robiło się szaro, naprzeciwko zapalały się światła. W końcu sięgnął po teczkę z dokumentami. Dowód, akt własności działki, garażu. Przerzucał, zatrzymał się na mapce ogródka. Mały prostokąt, podzielony na grządki. Przejechał po liniach palcem, jakby po prawdziwych ścieżkach. Następnego dnia pojechał do garażu. Trzeba coś robić rękami. Otworzył szeroko drzwi, wpuścił światło. Rozłożył narzędzia, zaczął przeglądać kartony. Część starego złomu — zużyte części, skorodowane śruby, przewody „na wszelki wypadek” — zdecydował się wyrzucić. Zajrzał sąsiad z drugiego garażu, starszy pan. — Wyrzucasz graty? — Porządek robię — odpowiedział Andrzej. — Zastanawiam się, co mi jeszcze potrzebne. — I dobrze — kiwnął sąsiad. — Ja swój garaż sprzedałem. Synowi na samochód pieniądze były potrzebne. Teraz bez garażu, ale chłopak zadowolony. Andrzej nic nie powiedział. Sąsiad poszedł, on został z narzędziami i myślami. Sprzedał – syn szczęśliwy. Jakby chodziło o starą kurtkę. Wziął do ręki klucz płaski, ciężki, wygładzony od lat. Pomacał, jakby coś zamierzał dokręcać. Przypomniał sobie, jak syn, mały, prosił, by też pokręcić. Wtedy sądził, iż zawsze będą razem grzebać w garażu. Że garaż, działka, samochód — to ich wspólny język. Teraz okazało się, iż ten język jest mu obcy. Wieczorem znów wyjął dokumenty. Długo siedział, potem zadzwonił do córki. — Zdecydowałem — powiedział. — Działkę przepiszę na was po połowie z Szymkiem. Ale na razie nie sprzedajemy. Ja będę tam jeździł, póki mogę. Potem — jak zdecydujecie. Milczenie w słuchawce. — Jesteś pewien? — zapytała ostrożnie. — Pewien — odparł, choć w głębi wcale nie był pewien. Miał uczucie, iż coś odcina bezpowrotnie, ale widocznie tak musi być. — Dobrze — powiedziała. — Jutro się zobaczymy, ustalimy szczegóły. Odłożył słuchawkę, usiadł. W pokoju panowała cisza. Poczuł nie tylko zmęczenie, ale też ulgę. Jakby podjął decyzję nie do uniknięcia. Po tygodniu poszli do notariusza. Spisali darowiznę. Andrzej podpisywał drżącą ręką. Notariuszka tłumaczyła, gdzie podpisać, co zabrać. Dzieci dziękowały. — Tato, bardzo nam pomogłeś — podziękował syn. Kiwnął głową, czując, iż nie tylko to on im pomaga. Również oni uwalniają go od myślenia o przyszłości. Teraz przyszłość była w dokumentach. Garaż postanowił zostawić sobie, na razie. Dzieci sugerowały sprzedaż, uparł się. „Potrzebny mi, żeby nie siedzieć w domu przed telewizorem.” To zrozumieli. Po formalnościach życie się nie zmieniło. przez cały czas mieszkał w swoim mieszkaniu, jeździł czasem na działkę, już jako gość w domu, który formalnie nie był jego. Ale klucze miał, nikt mu nie przeszkadzał. Pierwszy raz po wszystkim pojechał w ciepły, kwietniowy dzień. Przez drogę rozważał: teraz to już nie jego dom. Cudza własność. Ale gdy otworzył furtkę, usłyszał skrzypnięcie, zobaczył znajomą ścieżkę — uczucie obcości minęło. Wszedł, odwiesił kurtkę na gwóźdź. W pokoju wszystko jak zawsze. Te same łóżko, stół, miś z uchem związanym taśmą. Usiadł na stołku pod oknem. Słońce rozświetliło parapet. Przejechał dłonią po drewnie, czując każdą nierówność. Myślał o dzieciach. O tym, jak prowadzą swoje życia, roztaczają plany. O sobie — iż jego plany liczą się już nie latami, ale sezonami. Doczekać wiosny, przekopać grządki, posiedzieć latem na ganku. Rozumiał, iż kiedyś — za rok, pięć — decyzja o sprzedaży i tak zapadnie. Dla dzieci nie będzie sensu trzymać pustego domu. I w sumie będą miały rację. Ale póki co dom stał. Dach trzymał. W komórce leżały łopaty. Na grządkach wychodziła pierwsza zieleń. Mógł chodzić, schylać się, podnosić ziemię. Wyszedł, obszedł dom. Zatrzymał się przy płocie, popatrzył na sąsiadów. Na jednym działkowicz sadził już rozsadę, na drugim na sznurku wisiało pranie. Życie biegło dalej. Odkrył, iż nie chodzi tylko o działkę i garaż. Bał się być zbędny. Nikomu niepotrzebny. Te miejsca były dowodem, iż jeszcze coś potrafi, jest komuś potrzebny. Teraz ten dowód stawał się kruchy. Dokumenty mówiły jedno, nawyki drugie. Ale siedząc na ganku pojął, iż nie wszystko zależy od papierów. Wyjął termos, nalał herbaty. Powoli pił, wsłuchany w siebie. Czuł gorycz, ale już nie taką jak wtedy w kuchni. Decyzja podjęta. Cena znana. Oddał dzieciom część siebie, w zamian dostał coś innego. Prawo bycia w tym domu na bazie wspomnień. Spojrzał na drzwi, zamek, klucz w ręku. Stary, wytarty klucz. Przycisnął go w dłoni. Kiedyś będzie u syna, córki albo u kogoś obcego. Będą otwierać nim zamek, nie wiedząc, ile wspomnień w tym ruchu. Pomyślał, iż świat się zmienia, rzeczy przechodzą z rąk do rąk. Najważniejsze — zdążyć pomieszkać w swoich miejscach, póki są twoje nie na papierze, ale w sercu. Dopił herbatę, podniósł się. Poszedł po łopatę. Przekopać choć jedną grządkę dla siebie. Nie dla przyszłych właścicieli, nie dla dzieci przeliczających pieniądze. Dla siebie, żeby poczuć ziemię. Wbił łopatę, naparł nogą. Ziemia się poddała. Pierwsza warstwa odsłoniła wilgotną czarną glebę. Wciągnął zapach, pochylił się znowu. Praca szła powoli, bolały plecy i ręce. Ale z każdym ruchem robiło się lżej. Jakby odkopywał nie tylko ziemię, ale lęki. Wieczorem usiadł na ganku, otarł czoło dłonią. Na grządce leżały równe pasy odwróconej ziemi. Na niebie pojawiły się różowe chmurki. Gdzieś krzyknął ptak. Spojrzał na dom, ślady na ziemi, łopatę przy ścianie. Przyszłość była niewiadoma. Ale teraz czuł, iż jest na swoim miejscu. Wszedł do domu, zgasił światło, zamknął drzwi. Na ganku zatrzymał się na chwilę, wsłuchał w ciszę. Potem przekręcił klucz. Zamek szczęknął. Wsunął klucz do kieszeni i ruszył do auta ścieżką, uważając, by nie nadepnąć na właśnie przekopaną ziemię.

newskey24.com 1 godzina temu

Dom bez gospodarza

Obudziłem się jak zwykle, bez budzika, tuż przed wpół do siódmej. W mieszkaniu panowała cisza, tylko lodówka cicho buczała w kuchni. Przez chwilę leżałem w łóżku, wsłuchując się w ten dźwięk, po czym sięgnąłem po okulary leżące na parapecie. Za oknem powoli świtało, a sporadyczne auta przemykały po mokrym asfalcie na osiedlowej uliczce w Poznaniu.

Kiedyś o tej porze szykowałem się do pracy. Wstawałem, szedłem do łazienki, słyszałem przez ścianę, jak sąsiad nastawia radio. Teraz sąsiad wciąż je włączał, a ja leżałem i zastanawiałem się, czym dzisiaj się zajmę. Na emeryturze jestem już trzeci rok, ale przez przyzwyczajenie przez cały czas żyję według grafiku.

Wstałem, narzuciłem dresowe spodnie, poszedłem do kuchni. Wstawiłem czajnik, wyciągnąłem wczorajszy kawałek chleba z chlebaka. Gdy woda się grzała, podszedłem do okna. Siódme piętro w bloku z wielkiej płyty, pod oknami plac zabaw. Na dole pod blokiem stał mój stary polonez, okryty lekkim kurzem. Przez myśl przemknęło mi, iż powinienem podjechać do garażu i zobaczyć, czy dach nigdzie nie przecieka.

Garaż mam na spółdzielni trzy przystanki dalej. Kiedyś spędzałem tam pół weekendu, grzebiąc przy aucie, zmieniając olej, plotkując z sąsiadami o cenach paliwa i Lechu Poznań. Teraz wszystko jest prostsze: serwis, wulkanizacja, zakupy przez internet. Ale garażu nie zostawiłem. Tam są moje narzędzia, stare opony, pudła z kablami, deskami, przydasiami.

I działka. Domek w rodzinnym ogródku działkowym pod miastem. Drewniany, z wąskim gankiem, dwiema izdebkami i maleńką kuchnią. Gdy zamykam oczy, widzę te deski, pęknięcia w podłodze, słyszę, jak deszcz bębni w dach. Działka przypadła mi z żoną po jej rodzicach. Dwadzieścia kilka lat temu niemal każdy weekend jeździliśmy tam z dzieciakami. Kopaliśmy grządki, smażyliśmy ziemniaki na blasze, radio grało na taborecie.

Cztery lata temu żony już zabrakło. Dzieci dorosły, rozeszły się, założyły rodziny. Zostały mi działka i garaż. Trzymały mnie w stałym porządku świata. Mam mieszkanie. Mam działkę. Mam garaż. Wszystko na swoim miejscu, wszystko jasne.

Czajnik zagwizdał. Zaparzyłem herbatę, usiadłem do stołu. Na krześle naprzeciwko leżał poskładany wczoraj sweter. Jadłem kanapkę, patrzyłem na sweter i rozmyślałem o wczorajszej rozmowie.

Wieczorem wpadły dzieci. Syn z żoną i małym Stasiem, wnuczkiem. Córka z mężem. Piliśmy herbatę, gadaliśmy o wakacjach. Potem zeszło na pieniądze. Ostatnio zdarza się to coraz częściej.

Syn narzekał, iż kredyt hipoteczny przytłacza, raty ciągle rosną. Córka żaliła się, iż przedszkole kosztuje fortunę, do tego zajęcia, ubrania. Słuchałem ich i kiwałem głową. Sam też kiedyś liczyłem każdy grosz do wypłaty. Ale wtedy nie miałem działki, garażu. Tylko wynajmowany pokój i nadzieję na coś lepszego.

Wtem syn, wahając się, rzucił:

Tata, my z Anią rozmawialiśmy… i z Magdą też. Może sprzedałbyś coś? Działkę na przykład. Albo garaż. Przecież i tak rzadko tam jeździsz.

Zażartowałem wtedy, zmieniłem temat. Ale w nocy długo nie mogłem zasnąć. I tak nie jeździsz wciąż krążyło mi w głowie.

Zjadłem śniadanie, wypiłem herbatę, umyłem naczynia. Była ósma. Postanowiłem, iż dziś jadę na działkę. Sprawdzę, jak przetrwała zimę. I… sam sobie coś udowodnię.

Ubrałem się cieplej, wziąłem klucze do garażu i działki i wsunąłem je do kieszeni kurtki. W przedpokoju przystanąłem przy wiekowym lustrze w wąskiej ramie. Odbicie pokazało mi mężczyznę z siwiejącymi skroniami, nieco zmęczonego, ale wciąż silnego. Jeszcze nie starca. Poprawiłem kołnierz i wyszedłem.

Do garażu podskoczyłem po drodze, żeby zabrać parę narzędzi. Zamek skrzypnął, drzwi otworzyły się z dobrze znanym oporem. W środku kurz, zapach benzyny i starych szmat. Na półkach słoiki ze śrubkami, pudła z kablami, stara kaseta opisna długopisem. U sufitu pajęczyny.

Wzrokiem przeszedłem po półkach. Tu podnośnik, który kupiłem do pierwszego auta. Tu starannie ułożone deski, z których miałem zrobić ławkę na działce plan nigdy niezrealizowany. Ale deski czekały.

Zabrałem skrzynkę z narzędziami, parę kanistrów, zamknąłem garaż i ruszyłem dalej.

Droga za miasto zajęła mi niespełna godzinę. Przy drodze leżały jeszcze resztki brudnego śniegu, spod którego wystawała ziemia. Na ogródkach cicho, za wcześnie na większy ruch. Przy bramie siedziała znajoma dozorczyni, pani Stasia, kiwała mi głową.

Działka przywitała mnie jak zwykle o tej porze roku ciszą i zastygłą nieruchomością. Drewniane ogrodzenie, lekko przekrzywiona furtka. Otworzyłem ją, przeszedłem wąską ścieżką do ganku. Pod nogami szeleściły zeszłoroczne liście.

W środku czuć było stęchliznę i drewno. Otworzyłem okna na oścież, żeby przewietrzyć. Zdjąłem z łóżka stary pled i wytrzepałem go. W małej kuchni na stole stał emaliowany garnek w nim kiedyś gotowaliśmy kompot. Na gwoździku przy drzwiach wisiał pęk kluczy, wśród nich ten od szopy z narzędziami ogrodniczymi.

Chodziłem po domku, dotykałem dłonią ścian, klamek. W pokoju, gdzie kiedyś spały dzieci, piętrowe łóżko. Na górze pluszowy miś z naderwanym uchem. Pamiętam, jak syn przez to płakał, a ja owinąłem mu ucho izolacją, bo kleju akurat nie było.

Wyszedłem na ogród. Śnieg prawie już zniknął, grządki czarne i wilgotne. W kącie rdzewiał grill. Przypomniało mi się, jak na nim smażyliśmy karkówkę, a ja z żoną piliśmy herbatę z szklanek na ganku, słuchając, jak na sąsiedniej działce ktoś się śmieje.

Westchnąłem i zabrałem się do roboty. Oczyściłem ścieżkę, naprawiłem luzującą się deskę na ganku, sprawdziłem dach szopy. W niej znalazłem stary plastikowy stołek, wyniosłem przed dom, usiadłem. Słońce wyszło wyżej, zrobiło się cieplej.

Wyciągnąłem telefon, sprawdziłem nieodebrane połączenia. Syn dzwonił wieczorem. Córka napisała na WhatsAppie, iż trzeba się spotkać i wszystko spokojnie omówić. Nie jesteśmy przeciwko działce, tato, po prostu pomyślmy rozsądnie kończyła wiadomość.

Rozsądnie. Ostatnio to słowo słyszę niemal codziennie. Rozsądnie znaczy, iż pieniądze nie mogą leżeć odłogiem. Rozsądnie znaczy, iż starszy człowiek nie ma zdrowia użerać się z działką i garażem. Rozsądnie znaczy pomóc młodym, póki jeszcze żyję i mogę.

Rozumiem ich. Naprawdę. Ale tu, na plastikowym stołku, słuchając gdzieś w oddali szczekania psa, a na dachu kropel wody, wszystkie te rozsądne argumenty schodziły na drugi plan. Tu nie chodziło o rachunek.

Wstałem, jeszcze raz przeszedłem działkę, zamknąłem dom na ciężką kłódkę, wsiadłem do auta i ruszyłem do Poznania.

Na obiad byłem już w domu. Kurtkę odwiesiłem, narzędzia zostawiłem w przedpokoju. W kuchni włączyłem czajnik i dopiero wtedy zauważyłem karteczkę na stole krótka, na kartce wyrwanej z notesu: Tata, wpadniemy wieczorem pogadać. M.

Usiadłem, opuściłem dłonie na blat. Dziś. Dziś trzeba będzie rozmawiać na serio, bez żartów.

Przyszli wieczorem w trójkę. Syn z żoną, córka. Wnuka zostawili u teściowej. Otworzyłem im drzwi, przywitałem, wpuściłem do przedpokoju. Syn zdjął buty, kurtkę odwiesił na wieszak, odruchowo jak kiedyś, gdy był mały.

W kuchni usiedliśmy przy stole. Postawiłem herbatę, ciastka, cukierki. Nikt się nie częstował. Przez kilka minut rozmawialiśmy o drobiazgach: jak wnuk, jak praca, korki w mieście.

W końcu córka spojrzała na brata, ten kiwnął jej głową, i powiedziała:

Tato, serio, pogadajmy. My nie chcemy cię naciskać, ale… musimy się wszyscy określić.

Poczułem ścisk w środku. Skinąłem głową:

Mówcie.

Syn zaczął:

Masz mieszkanie, działkę, garaż. Mieszkanie to świętość, nie ruszamy. Ale działka… Sam nieraz narzekasz, iż ciężko. Grządki, dach, ogrodzenie. Co roku tam idą pieniądze.

Byłem dziś. Wszystko w porządku odpowiedziałem cicho.

Dziś tak, ale za pięć, dziesięć lat? wtrąciła synowa. Przemyśl, nie będziesz wieczny. Przepraszam, ale musimy się liczyć z przyszłością.

Odwróciłem wzrok. Słowa, iż nie będę wieczny, zabrzmiały zbyt dosadnie, choć nie miała złych intencji.

Córka odezwała się łagodniej:

Nie mówimy, żebyś wszystko wyprzedawał. Myśleliśmy, iż sprzedaż działkę i garaż, a pieniądze podzielisz. Część dla ciebie, żebyś spokojnie żył, reszta dla nas z Szymonem. Spłacilibyśmy trochę kredytu. Tak, jak zawsze mówiłeś, iż chcesz nam pomóc.

Rzeczywiście tak mówiłem jeszcze w pierwszych miesiącach emerytury, gdy dorabiałem. Wydawało mi się, iż długo dam radę i będę się jeszcze dorzucał.

Pomagam przecież. Wnuka czasem zabieram, zakupy zrobię.

Syn parsknął krótko:

Tato, ale to nie to. Teraz potrzebujemy konkretnej sumy, żeby odetchnąć. Sam widzisz, jakie raty. Nie prosimy o wszystko. Po prostu masz majątek, który leży odłogiem.

Słowo majątek zabrzmiało w mojej kuchni obco. Pojawiła się wokół nas niewidzialna przegroda z liczb, tabel, umów kredytowych.

Sięgnąłem po herbatę, zimna już była.

Dla was to majątek powiedziałem powoli. A dla mnie…

Zawahałem się. Nie chciałem popadać w patos.

To kawałki życia dokończyłem. Garaż budowałem z ojcem. Jeszcze żył wtedy. Sami cegły nosiliśmy. Na działce wyrosły moje dzieci. Wy.

Córka spuściła wzrok, syn zamilkł, potem już łagodniej:

Rozumiemy cię, naprawdę. Ale przecież już prawie tam nie jeździsz. Wszystko stoi. Sam nie podołasz.

Byłem dziś, powtarzam. Jest dobrze.

Dziś odbił syn a przedtem? Jesienią? Tato, proszę cię.

Zapadła cisza. Z pokoju obok stukał zegar. Ujrzałem nas przy tym stole, omawiających moją starość jak projekt: optymalizacja kosztów, rozdział majątku.

Dobrze rzuciłem. A co konkretnie proponujecie?

Syn się rozjaśnił widocznie już wszystko mieli przegadane.

Znamy pośrednika. Mówi, iż za działkę dostaniesz dobry pieniądz. Garaż też. Weźmiemy na siebie biurokrację. Ty tylko podpiszesz pełnomocnictwo.

A mieszkanie?

Mieszkanie to twój dom szybka odpowiedź córki. Tego nie ruszamy.

Przytaknąłem. Słowo dom nabrało innego znaczenia. Czy to tylko te ściany? A może również działka albo garaż, gdzie tyle czasu przepadało na drobiazgach, a ja czułem się potrzebny?

Wstałem i podszedłem do okna. Na osiedlu zapaliły się lampy. Plac zabaw taki sam jak dwadzieścia lat temu. Tylko auta inne i dzieci wieczorem w telefonach.

A jak nie chcę sprzedawać? rzuciłem bez odwracania się.

Zapanowała cisza. W końcu córka łagodnie:

Tato, to twoja własność. Ty decydujesz. Nie możemy zmusić. Po prostu się martwimy. Sam mówiłeś, iż siły już nie te.

To prawda, mniej ich przyznałem. Ale jeszcze sam mogę wybierać, czym się zająć.

Syn westchnął:

Nie chcemy się z tobą sprzeczać. Ale z boku wygląda to tak, jakbyś kurczowo trzymał się rzeczy, a nam jest ciężko. I z pieniędzmi, i z nerwami. Non stop się zastanawiamy, co będzie, jak nagle zachorujesz. Kto wtedy się tym wszystkim zajmie?

Poczułem wyrzuty sumienia. Sam o tym myślałem. Co, gdyby mnie zabrakło? Dzieci będą biegać po urzędach, załatwiać spadek, dzielić dom, garaż To naprawdę trudy.

Wróciłem do stołu, usiadłem.

A jeśli… zaczynam i zawieszam głos … jeżeli przepiszę działkę na was, ale sam będę tam jeździł, póki dam radę?

Syn z córką spojrzeli na siebie. Synowa zmarszczyła brwi.

Tato zaczęła ale to wciąż spadnie na nas. Nie damy rady jeździć tyle, co ty. Praca, dzieci.

Nie każę wam jeździć. Sam póki będę mógł. Potem zdecydujecie.

Wiedziałem, iż to kompromis. Dla mnie zostawić miejsce, ważniejsze niż metry. Dla nich pewność, iż majątek przeszedł, a potem nie trzeba będzie się z papierami męczyć.

Córka się zamyśliła.

To jest pomysł powiedziała. Ale szczerze my raczej tam mieszkać nie będziemy. Mamy inne plany. Myślimy choćby z Markiem o przeprowadzce do Gdańska. Tam taniej, praca lepsza.

Zaskoczyło mnie to. Syn też wyglądał na zdziwionego.

Mi nic nie mówiłaś mruknął.

Dopiero myślimy machnęła ręką. Ale działka to już nie nasze życie, jak twoje.

Złapałem to słowo przyszłość. Dla nich jest gdzie indziej: mieszkania, miasta, projekty. Dla mnie przyszłość to trzy punkty mieszkanie, garaż, działka. Każdy kąt znany.

Przez kolejne dwadzieścia minut kołowali: oni liczby, ja wspomnienia. Oni zdrowie, ja sens niebycia do niczego. W którymś momencie syn powiedział ostrzej, niż zamierzał:

Tata, zrozum, nie będziesz wiecznie machał łopatą. Przyjdzie taki dzień, iż przestaniesz jeździć. Po co wszystko ma zbutwieć? Przyjedziemy raz na rok, zobaczymy ruinę?

Zachłysnąłem się złością.

Ruinę? Ty tam w dzieciństwie latałeś, po tej ruinie.

W dzieciństwie. Dziś mam inne zadania.

Słowa zawisły w powietrzu. Córka próbowała łagodzić:

Szymon…

Ale już było jasne, iż mówimy innymi językami. Ja: czas życia, oni: przeszłość sentymentalna, niepotrzebna.

Wstałem.

Okej. Dajcie mi czas. Nie dziś, nie jutro. Muszę się zastanowić.

Tato zaczęła córka my nie możemy czekać w nieskończoność. Następna rata za miesiąc…

Rozumiem przerwałem. Ale wy też zrozumcie. Sprzedać działkę to nie to samo co szafę.

Zapadła cisza. Potem się zbierali. W przedpokoju długo grzebali się z butami. Na pożegnanie córka mnie uściskała.

Nie jesteśmy przeciwko, naprawdę szepnęła. Po prostu się o ciebie boimy.

Kiwnąłem głową, bo głos mi ugrzązł w gardle.

Gdy zamknęli za sobą drzwi, mieszkanie zalała cisza. Poszedłem do kuchni i długo siedziałem przy stole. Stały tam niedopite herbaty, talerzyk z ciastkami. Wpatrywałem się w nie i poczułem ogromne zmęczenie.

Siedziałem tak bez światła. Za oknem ciemność, w oknach naprzeciwko jasne okienka. W końcu poszedłem do szafy po teczkę z dokumentami. Dowód osobisty, akty własności na działkę i garaż. Przekartkowałem, zatrzymałem się na planie ogrodu.

Mały prostokąt, podzielony na grządki. Przejechałem palcem po tych liniach, jakby odtwarzał ukochany ogródek w rzeczywistości.

Nazajutrz pojechałem do garażu. Musiałem mieć zajęcie. Było chłodno. Otworzyłem szeroko drzwi dla światła. Rozłożyłem narzędzia, zacząłem przeglądać pudła. Trochę rupieci postanowiłem wyrzucić: popsute części, zardzewiałe śrubki, kable zostawione na wszelki wypadek.

Zajrzał sąsiad z garażu, Pan Marian, ode mnie starszy.

Czemu rzucasz starocie? spytał.

Robię porządek odparłem. Zastanawiam się, co mi jeszcze potrzebne, a co nie.

I słusznie pokiwał głową. Ja swój sprzedałem. Syn kupił auto, trzeba było dorzucić. Bez garażu, ale syn zadowolony.

Zamilkłem. Sąsiad sobie poszedł, a ja wciąż siedziałem wśród pudeł i myśli. Sprzedał syn zadowolony. Ot, jak z podartą kurtką.

Wziąłem do ręki klucz płaski, ciężki, gładki od lat. Pomasowałem w dłoni, wyobrażając sobie skręcanie śrubki. Przypomniałem sobie, jak kiedyś syn prosił, by mu dać pokręcić. Wydawało mi się, iż zawsze będziemy razem majstrować. Garaż, działka, auto wspólny język.

A dziś okazało się, iż syn już tego języka nie zna.

Wieczorem znów wyjąłem dokumenty i zadzwoniłem do córki.

Zdecydowałem powiedziałem. Działka przechodzi na was z Szymonem, po połowie. Ale nie sprzedajemy jeszcze. Będę tam jeździł, póki dam radę. Potem zdecydujecie sami.

Zamilkła na chwilę.

Tata, jesteś pewny?

Tak odpowiedziałem, choć pewności w sobie nie miałem. Czułem jakbym odcinał od siebie coś ważnego. Ale inaczej się nie dało.

Dobrze. Jutro się umówimy, zadzwoń do notariusza.

Odłożyłem słuchawkę i usiadłem. W pokoju panowała cisza. Po raz pierwszy od tygodni poczułem nie tylko zmęczenie, ale i ulgę. Jakby decyzja, przed którą nie było ucieczki, zapadła.

Po tygodniu spotkaliśmy się u notariusza. Spisaliśmy darowiznę. Podpisywałem papiery, a dłoń lekko mi drżała. Notariuszka spokojnie tłumaczyła, gdzie podpis, jakie odebrać druki. Dzieci dziękowały.

Tata, dziękujemy, bardzo nam pomagasz.

Kiwałem głową, choć wiedziałem, iż to nie tylko ja ich ratuję może i oni mnie wyzwalają z troski, co będzie później. Później spisane zostało na papierze.

Garaż zostawiłem sobie. Tym razem się uparłem. Dzieci sugerowały, żebym sprzedał i to, ale powiedziałem nie. Muszą się z tym pogodzić. Garaż jest po to, by nie siedzieć samotnie w domu, nie patrzeć cały dzień w telewizor. To jeszcze zrozumieli.

W praktyce nic się nie zmieniło. przez cały czas mieszkałem w swoim mieszkaniu, jeździłem czasem na działkę, już jako gość formalnie obcy. Ale klucze miałem ja i nikt mi nie zabronił.

Pierwszy raz po formalnościach pojechałem sam, w ciepły kwietniowy dzień. Myślałem po drodze, iż już nie mój dom, własność nie moja. Ale gdy skrzypnęła furtka, gdy wszedłem znajomą ścieżką na ganek, uczucie obcości odpłynęło.

Zdjąłem kurtkę i zawiesiłem na gwoździu, wszedłem do pokoju. Wszystko było po staremu łóżko, stół, miś przyklejony taśmą.

Usiadłem na taborecie przy oknie. Przez szybę wpadał promień słońca, rozjaśniał kurz na parapecie. Przejechałem dłonią po desce, wyczuwając każdy sęk.

Myślałem o dzieciach ich mieszkaniach, ratach, planach. O sobie iż moje plany już nie liczone w latach, ale w sezonach. Dożyć wiosny, jeszcze raz przekopać grządki, jeszcze raz posiedzieć latem na ganku.

Wiedziałem, iż kiedyś działka będzie musiała zostać sprzedana. Może za rok, pięć. Gdy nie dam rady. Dzieci uznają, iż nie ma sensu trzymać pustego domku. I pewnie będą miały rację.

Ale dziś domek stał. Dach trzymał się. W szopie leżały łopaty. Na grządkach wychodziły pierwsze listki. Jeszcze mogłem przejść po ogródku, pochylić się, podnieść coś z ziemi.

Przeszedłem się po ogrodzie, zatrzymałem przy płocie, popatrzyłem na sąsiadów. Ktoś już sadził rozsady, inny rozwieszał pranie. Życie szło swoim rytmem.

Zrozumiałem, iż nie tylko chodziło o działkę czy garaż. Bałem się być zbędny. Nikomu niepotrzebny ani dzieciom, ani sobie. Te miejsca mówiły mi, iż jeszcze coś potrafię. Że jestem potrzebny.

Teraz to poczucie było kruche. Dokumenty swoje mówią, a ja wciąż jestem tu, gdzie byłem. Ale, siedząc na ganku, pojąłem, iż dokument to nie wszystko.

Wyciągnąłem termos z herbatą, nalałem do kubka. Wypiłem, zaczynając czuć w środku gorycz, ale już nie tak dokuczliwą, jak owego wieczoru w kuchni. Decyzja zapadła. Cena znana. Oddałem dzieciom część swego życia, ale dostałem coś jeszcze prawo być tu póki pamięć trwa, a nie papier.

Popatrzyłem na klucz, stary, starty. Zacisnąłem w dłoni. Kiedyś przejdzie w czyjeś ręce. Może do syna, może do Magdy, a może do obcych ludzi. Nie będą znali żadnych wspomnień.

I poczułem i żal, i dziwny spokój. Świat się zmienia, rzeczy przechodzą z rąk do rąk. Najważniejsze żeby zdążyć przeżyć swoje miejsce, póki jest własne nie na papierze, ale w sercu.

Dopiłem herbatę, podniosłem się. Poszedłem po łopatę do szopy. Należało przekopać choć jedną grządkę. Dla siebie. Nie dla przyszłych właścicieli, nie dla dzieci, które już w myślach przeliczają złotówki. Dla siebie poczuć ziemię pod butem i w dłoniach.

Wbiłem łopatę w czarną, nasiąkniętą ziemię, nacisnąłem nogą trzonek. Ziemia puściła. Podciśnięty kawał ziemi przewrócił się na drugą stronę, wilgotny i pachnący. Wciągnąłem ten zapach w płuca.

Praca szła powoli. Plecy ciągnęły, ręce bolały. Ale z każdym ruchem czułem ulgę, jakby wygrzebywał z ziemi nie tylko korzenie, ale i własne lęki.

Na wieczór usiadłem na ganku, otarłem pot z czoła. Na grządce leżały przeorane koleiny, niebo różowiało. Gdzieś odezwał się ptak.

Spojrzałem na dom, ślady butów w ziemi, łopatę opartą o ścianę. Pomyślałem, co będzie jutro, za rok, za pięć. Odpowiedzi nie znalazłem. Ale przez chwilę wiedziałem, iż jestem na swoim miejscu.

Wstałem, zamknąłem dom, zgasiłem światło. Na ganku zatrzymałem się, wsłuchując w ciszę. Zamknąłem drzwi na klucz. Metal szczęknął.

Schowałem klucz do kieszeni i ruszyłem do samochodu wąską ścieżką, dbając, by nie deptać świeżej ziemi.

Dziś wiem, iż dom to nie tylko adres czy metry, ale kawałek siebie. Życie jest darem, który warto dawać dalej, ale póki możesz bądź dla siebie gospodarzem.

Idź do oryginalnego materiału