Dom bez właściciela Sergiusz obudził się jak zawsze bez budzika, o wpół do siódmej. W mieszkaniu było cicho, tylko lodówka od czasu do czasu warczała w kuchni. Przez chwilę wsłuchiwał się w ten dźwięk, sięgnął po okulary leżące na parapecie. Za oknem szarzało, po mokrym asfalcie cicho przemykały pojedyncze samochody. Kiedyś o tej porze szykował się do pracy. Wstawał, szedł do łazienki, słuchał, jak za ścianą sąsiad nastawia radio. Teraz sąsiad wciąż włączał radio, a on leżał i zastanawiał się, czym się dzisiaj zajmie. Z formalnego punktu widzenia był już na emeryturze od trzech lat, ale z przyzwyczajenia wciąż żył według ustalonego rytmu. Wstał, założył dresowe spodnie, poszedł do kuchni. Nastawił wodę w czajniku, wyjął z chlebaka kromkę wczorajszego chleba. Gdy woda się grzała, podszedł do okna. Siódme piętro w bloku z wielkiej płyty, podwórko z placem zabaw. Pod oknami stała jego stara Łada Niva, pokryta warstwą kurzu. Pomyślał, iż powinien zajrzeć do garażu i sprawdzić, czy dach nie przecieka. Garaż miał na osiedlu trzy przystanki dalej. Kiedyś spędzał tam pół weekendów, dłubiąc przy samochodzie, zmieniając olej, rozmawiając z sąsiadami o cenach paliwa i o piłce nożnej. Potem wszystko stało się prostsze: serwis, wymiana opon, sklep internetowy. A jednak garażu nie oddał. Tam stały jego narzędzia, stare opony, kartony z kablami, deskami, całym „majdanem”, jak mawiał. I jeszcze działka. Drewniany domek w ROD-zie pod Warszawą. Dwie izby, ciasny ganek i mikroskopijna kuchnia. Kiedy zamykał oczy, widział te deski, pęknięcia na podłodze, słyszał, jak po dachu stuka deszcz. Działka dostała się jemu i żonie po jej rodzicach. Dwadzieścia parę lat temu niemal każdy weekend spędzali tam całą rodziną. Kopali grządki, smażyli ziemniaki, na taborecie stał radiomagnetofon. Żony już cztery lata nie było. Dzieci wyrosły, wyprowadziły się do własnych mieszkań, mają swoje rodziny. Została mu działka i garaż. Trochę trzymały go w realności. Oto mieszkanie. Oto działka. Oto garaż. Każda rzecz na swoim miejscu. Czajnik zagwizdał. Sergiusz zrobił herbatę, usiadł do stołu. Na krześle naprzeciw leżał złożony wczoraj sweter. Jadł kanapkę, patrzył na sweter i myślał o wczorajszej rozmowie. Wczoraj przyjechały dzieci. Syn z żoną i małym synkiem, wnukiem. Córka z mężem. Pili herbatę, rozmawiali, kiedy i gdzie pojadą na urlop. Potem zeszło na pieniądze. Tak jak prawie zawsze ostatnio. Syn narzekał, iż kredyt hipoteczny ich przygniata, raty rosną. Córka żaliła się, iż przedszkole drogie, do tego zajęcia, ubrania. Sergiusz kiwał głową. Pamiętał, jak sam liczył każdy grosz do wypłaty. Ale wtedy nie miał ani działki, ani garażu. Tylko wynajmowany pokój i nadzieję. A potem syn, trochę zakłopotany, powiedział: – Tato, my tu z Anią myśleliśmy… I z Kasią też rozmawiałem. Może sprzedałbyś coś? Działkę? Garaż? Przecież już prawie tam nie jeździsz. Sergiusz zażartował, zmienił temat. Ale w nocy długo nie mógł zasnąć. W głowie krążyło to „już prawie nie jeździsz”. Dokończył śniadanie, umył kubek. Było po ósmej. Postanowił – dziś pojedzie na działkę. Trzeba zobaczyć, jak przetrwała zimę. I… coś sobie udowodnić. Ubrał się ciepło, zabrał z przedpokoju klucze od działki i garażu. Przez chwilę patrzył w stare lustro w wąskiej ramie. W odbiciu widział mężczyznę z siwiejącymi skroniami, trochę zmęczonego, ale wciąż silnego. Nie starca. Poprawił kołnierz i wyszedł. Po drodze zajechał do garażu. Zgrzytnął zamek, drzwi otworzyły się znajomym ruchem. Pachniało kurzem, benzyną, starymi szmatami. Na półkach stały słoiki ze śrubkami, pudła z kablami, stara kaseta ze spłowiałym napisem. Pod sufitem wisiała pajęczyna. Rzucił wzrokiem po półkach. Oto podnośnik, który kupił do pierwszego auta. Deski, z których miał zrobić ławkę na działkę – nigdy nie zrobił. Ale leżą, czekają. Wziął skrzynkę z narzędziami, parę plastikowych kanistrów, zamknął garaż i ruszył dalej. Droga za miasto zajęła godzinę. Przy drodze leżały jeszcze resztki śniegu, gdzieniegdzie ziemia czerniała. Na ROD-zie było cicho, jeszcze za wcześnie na masowe przyjazdy. Przy bramie znajoma pani portierka kiwnęła mu głową. Domek przywitał go tą samą bezruchem, co co roku poza sezonem. Krzywy płot, przechylona furtka. Poszedł wąską ścieżką do ganku, pod butami chrzęściły stare liście. W środku pachniało drewnem i stęchlizną. Otworzył okna. Z łóżka ściągnął stare nakrycie, wstrząsnął. W kuchence na stole emaliowany garnek, w którym kiedyś gotowali kompot. Na gwoździu przy drzwiach pęk kluczy, w tym klucz od komórki z narzędziami. Chodził po domku, dotykając ścian, klamek. W pokoju dzieciaków piętrowe łóżko. Na górze pluszowy miś z oderwanym uchem. Pamiętał, jak syn płakał przez to ucho, a on naprawił je taśmą izolacyjną. Wyszedł na ogród. Śnieg niemal stopniał, grządki czarne, mokre. W rogu rdzewiały grill. Przypomniał sobie, jak na nim robił szaszłyki, jak z żoną siedzieli na ganku, pili herbatę w szklankach i słuchali, jak sąsiedzi się śmieją. Westchnął i zabrał się do roboty. Pozamiatał ścieżkę, naprawił ruszającą się deskę, sprawdził dach komórki. Wyciągnął plastikowe krzesło i usiadł w słońcu. Sięgnął po telefon, sprawdził połączenia. Syn dzwonił wczoraj, córka pisała na Messengerze: „Tato, trzeba się spokojnie naradzić. My nie jesteśmy przeciw działce, tylko porozmawiajmy rozsądnie.” Rozsądnie – to słowo ostatnio padało najczęściej. Rozsądnie, czyli majątek nie może leżeć odłogiem. Rozsądnie, czyli starszy człowiek nie powinien się nadwyrężać. Rozsądnie, czyli pomóc młodym póki żyje. Rozumiał ich. Naprawdę. Ale kiedy siedział na tym plastikowym krześle, słyszał szczekającego psa, kapanie wody z dachu, całe to „rozsądnie” odchodziło w cień. Tu nie było o rachunku. Poszedł jeszcze raz po ogrodzie, potem zamknął domek i wrócił do miasta. Około południa był już w domu. Zostawił narzędzia w przedpokoju, nastawił czajnik. Dopiero wtedy zauważył na stole kartkę: „Tato, zajrzymy wieczorem, pogadamy. S.” Usiadł, położył dłonie na stole. Czyli dziś. Dziś będą naprawdę rozmawiać, bez żartów. Wieczorem przyszli troje. Syn z żoną, córka. Wnuka zostawili u teściowej. Sergiusz otworzył im, przywitał się, wszyscy weszli do kuchni. Herbatę, ciastka, cukierki – nikt się nie ruszał. Przez chwilę mówili o niczym: o wnuku, o pracy, korkach. Potem córka spojrzała na brata, ten kiwnął głową. Odezwała się: – Tato, pogadajmy szczerze. Nie chcemy Cię naciskać, ale… musimy się dogadać. Sergiusz ścisnął coś w środku. Kiwnął: – Mówcie. Syn zaczął: – Masz mieszkanie, działkę, garaż. Mieszkanie to świętość, my tego nie ruszamy. Ale działka… Sam mówisz, iż ciężko. Grządki, dach, płot. Co roku to kosztuje. – Byłem dziś, – mruknął Sergiusz. – Wszystko w porządku. – Teraz tak, – wtrąciła synowa. – A potem? Za pięć czy dziesięć lat? Przepraszam, ale nie będziesz wiecznie. Musimy to brać pod uwagę. Sergiusz odwrócił wzrok. Te słowa zabolały, choć może nie chciała urazić. Córka łagodniej: – Nie mówię, żebyś wszystko sprzedał. Ale można by sprzedać działkę i garaż, a pieniądze podzielić. Tobie na spokojne życie, reszta nam i Saszce. Spłacilibyśmy kredyt. Mówiłeś, iż chcesz pomóc. On naprawdę to mówił. Kiedy jeszcze pracował na umowy po emeryturze czuł się mocny, wydawało się, iż długo jeszcze pomoże. – Przecież i tak pomagam, – mruknął. – Wnuka czasem zabieram, zakupy robię. Syn uśmiechnął się ironicznie: – Tato, to nie to samo. My potrzebujemy konkretnej kwoty. Sam widzisz te raty. Prosimy Cię, nie o wszystko – o majątek, który stoi. Słowo „majątek” zabrzmiało w jego kuchni obco. Poczuł, jak między nimi rośnie niewidzialny mur – z liczb, tabel, kredytów. Sięgnął po filiżankę, napił się zimnej herbaty. – Dla was to majątek, – powiedział powoli. – A dla mnie… Zamilkł, szukając słowa. – To kawałki życia. Garaż budowałem rękami, z ojcem. Działka – tam was wychowałem. Córka spuściła wzrok. Syn przemówił łagodniej: – Wiem, tato. Ale sam już tam prawie nie jeździsz. Widzimy to. Stoi. Nie dasz rady sam. – Byłem tam dziś, – powtórzył Sergiusz. – Wszystko dobrze. – Dziś, – powiedział syn. – A wcześniej? Jesienią? Tato, bądź poważny. Zapanowała cisza. Słyszał tykanie zegara w sąsiednim pokoju. Poczuł się, jakby rozmawiali o starości jak o projekcie: optymalizacja, przetasowanie własności. – Dobrze, – powiedział. – Co konkretnie proponujecie? Syn się ożywił. Widać, iż mieli wszystko obgadane. – Znamy pośredniczkę. Za działkę dostaniesz dobrą cenę. Garaż też się sprzeda. Wszystko załatwimy: oględziny, papiery. Ty tylko pełnomocnictwo. – A mieszkanie? – spytał Sergiusz. – Mieszkanie zostaje. Twój dom. Słowo „dom” zabrzmiało teraz inaczej. Czy dom to tylko ściany? Czy też działka i garaż, gdzie tyle godzin spędzał potrzebny? Podszedł do okna. Na podwórku paliły się lampy. Podwórko to samo, co 20 lat temu. Tylko samochody inne, dzieci bawiły się z telefonami. – A jeżeli nie chcę sprzedawać? – spytał bez odwracania się. Nastała cisza. Potem delikatnie córka: – Tato, to twoje. Decydujesz. My nie zmusimy. Ale… martwimy się. Sam narzekasz, iż sił brak. – Brakuje, – przyznał. – Ale jeszcze sam decyduję, czemu poświęcać czas. Syn westchnął: – Nie chcemy się kłócić. Ale wygląda to tak, jakbyś trzymał się rzeczy, a my się męczymy – finansowo, psychicznie. A jeżeli nagle zachorujesz? Kto to ogarnie? Ugryzł go wyrzut sumienia. Też o tym myślał. jeżeli go zabraknie, dzieci będą biegać po urzędach, załatwiać spadek, decydować kto co dostanie. Wrócił do stołu, usiadł. – A jeśli… – zaczął. – Przepiszę działkę na was, a sam będę jeździł, póki dam radę? Dzieci spojrzały na siebie. Synowa się zmarszczyła. – Ale to ciągle nasz problem. My nie będziemy tam jeździć tak często. Mamy pracę, dzieci. – Nie proszę, żebyście jeździli. Ja sam. Póki potrafię. Potem zrobicie, jak chcecie. Wiedział, iż to kompromis – zachował miejsce, oni pewność własności. Córka przemyślała. – Można by tak, ale szczerze – my tam nie będziemy mieszkać. Mamy inne plany. My z Jankiem i tak myślimy się przeprowadzić, gdzie taniej. Sergiusz się wzdrygnął. O tym nie wiedział. Syn popatrzył zdziwiony na siostrę. – Nie mówiłaś mi. – Na razie rozważamy. Ale działka dla nas to nie to samo, co dla Ciebie. Wyłapał słowo „przyszłość”. Dla nich przyszłość była gdzie indziej: w nowych miastach, mieszkaniach. Jego przyszłość to kilka miejsc: mieszkanie, garaż, działka. Rozmawiali jeszcze długo. Oni rzucali liczby, on wspomnienia. Oni o zdrowiu, on iż zgnije bez zajęcia. W którymś momencie syn, zniecierpliwiony, powiedział ostro: – Tato, nie będziesz wiecznie machać łopatą. Przyjdzie czas, nie dasz rady. I co? Zbutwieje wszystko? Przyjedziemy raz w roku, zobaczyć ruiny? Poczuł złość. – Ruiny?! W dzieciństwie tu biegałeś po tych „ruinach”. – W dzieciństwie. Ale dorosłem. Mam swoje sprawy. Słowa zawisły. Córka chciała łagodzić: – Saszka, proszę… Ale już za późno. Sergiusz pojął, iż mówią różnymi językami. Jemu czas tu płynął, dla nich był przeszłością. Wstał. – Dobra, – powiedział. – Pomyślę. Nie dziś, nie jutro. Muszę mieć czas. – Tato, – zaczęła córka, – i my mamy terminy. Za miesiąc kolejna rata… – Rozumiem – przerwał. – Ale wy też. To nie sprzedaż szafy. Zamilkli. Zaczęli się zbierać. W przedpokoju długo wkładali buty. Na pożegnanie córka przytuliła go i szepnęła: – Nie jesteśmy przeciwko, naprawdę. Po prostu boimy się o Ciebie. Kiwnął głową, nie ufając głosowi. Gdy wyszli, w mieszkaniu zapanowała cisza. Przeszedł do kuchni, usiadł wśród niedopitych kubków. Poczuł wielkie zmęczenie. Siedział w ciemności. Za oknem zapalały się światła w oknach. Wreszcie się podniósł, wyjął z szafy teczkę z dokumentami. Paszport, akt własności działki, garażu. Kartka z planem ogródka – prostokąt podzielony na grządki. Przejechał palcem po liniach, jakby chodził po alejkach. Następnego dnia pojechał do garażu. Chciał zrobić coś rękami. Rozłożył narzędzia, przeglądał pudła. Wyrzucił część starych gratów – popsute części, zardzewiałe śruby, zbędne kable. Zajrzał sąsiad z garażu, pan Franek. – Po co wywalasz? – zapytał. – Porządki robię. Zastanawiam się, co mi jeszcze potrzebne. – Słusznie. Ja swój sprzedałem. Syn chciał na auto. Teraz nie mam garażu, ale syn zadowolony. Sergiusz milczał. Sąsiad wrócił do siebie, a on pozostał wśród swoich pudeł i myśli. Sprzedać – syn zadowolony. Proste, jak stara kurtka. Ujął w dłoń klucz płaski, wygładzony przez lata. Przypomniał sobie, jak syn kiedyś prosił, żeby mógł coś dokręcić. Wtedy wydawało się, iż zawsze będą blisko, iż garaż, działka, auto to wspólny język. Okazało się, iż ten język stał się dla syna obcy. Wieczorem znów sięgnął po dokumenty. Wreszcie zadzwonił do córki. – Zdecydowałem się. Działkę przepiszemy na was z Sashą. Po połowie. Ale sprzedawać nie będziemy na razie. Ja będę jeździł, póki dam radę. Potem zrobicie co chcecie. Zapanowała cisza. – Tato, jesteś pewien? – Jestem. Choć gdzieś w środku nie byłem. Czułem, iż coś od siebie odcinam – ale inaczej się nie da. – Dobrze. Spotkajmy się, ustalimy papiery. Odłożył telefon. W pokoju było cicho. Poczuł ulgę – jakby podjął decyzję, której i tak nie da się uniknąć. Po tygodniu załatwili wszystko u notariusza. Spisali darowiznę. Sergiusz podpisywał, czując lekkie drżenie dłoni. Notariusz spokojnie instruował, dzieci dziękowały. – Dzięki, tato. Bardzo pomagasz. Skinął głową. Ale wiedział, iż nie tylko on ich ratuje. Oni ratują go od myślenia o „potem”. Teraz „potem” było zapisane w papierach. Garaż zostawił sobie. Dzieci sugerowały sprzedaż, ale uciął. Powiedział, iż garaż jest mu potrzebny, by nie gnuśnieć w domu. W życiu kilka się zmieniło. przez cały czas mieszkał w swoim mieszkaniu, jeździł od czasu do czasu w działkę – już jako gość, w domu, który nie był według papierów jego własnością. Ale klucze miał. Pierwszy raz po przepisaniu pojechał tam samotnie, w ciepły dzień kwietniowy. Po drodze myślał, iż już to nie jego dom. Obca własność. Ale gdy otworzył furtkę, usłyszał skrzypienie, zobaczył znajomą ścieżkę – poczucie obcości minęło. Odwiesił kurtkę na gwóźdź przy drzwiach. Wszystko było po staremu: łóżko, stół, miś z przymocowanym uchem. Usiadł na stołku przy oknie. Słońce kładło się na parapecie, uwidaczniało kurz. Przejechał dłonią po drewnie, czując każdą nierówność. Myślał o dzieciach: budują swoją codzienność, spłacają raty, snują plany. O sobie: plany liczą się nie w latach, tylko sezonach. Przeżyć do przyszłej wiosny, jeszcze raz przekopać grządki, posiedzieć na ganku latem. Wiedział, iż ich przeznaczeniem kiedyś będzie sprzedaż działki – za rok, za pięć. Gdy nie starczy mu siły przyjeżdżać. I będą mieli rację. Ale dziś dom stał. Dach trzymał się. W komórce leżały łopaty. Z grządek wychodziła pierwsza zieleń. Wciąż mógł chodzić, schylać się, czuć ziemię pod ręką. Przeszedł się po ogrodzie, stanął przy płocie, zerkając na sąsiadów. Na jednej działce ktoś sadził rozsadę, gdzie indziej suszyło się pranie. Życie płynęło jak zawsze. Nagle zrozumiał, iż boi się nie tylko o działkę i garaż. Boi się być zbędny. Dla dzieci, dla siebie samego. Te miejsca były dowodem, iż wciąż jest potrzebny, coś naprawia, kopie, maluje. Teraz dowód zrobił się kruchy. Dokumenty mówiły jedno, przyzwyczajenie inne. Ale siedząc na ganku, wiedział, iż nie wszystko zależy od papierów. Wyjął termos, nalał sobie herbaty. W środku było już mniej gorzko, niż wtedy na kuchni. Decyzja podjęta. Znał jej cenę. Oddał dzieciom kawałek siebie, ale w zamian dostał coś jeszcze. Prawo być tu – nie z dokumentu, ale z pamięci. Spojrzał na drzwi, na zamek, na stary, wytarty klucz. Przekręcił go w palcach, ścisnął. Kiedyś klucz trafi do dzieci, może zupełnie obcych. I nikt nie będzie wiedział, co znaczył. Zrobiło mu się i smutno, i spokojnie. Świat się zmienia, rzeczy przechodzą z rąk do rąk. Najważniejsze – zdążyć przeżyć swoje miejsca, póki są twoje nie w papierach, tylko w sercu. Sergiusz dopił herbatę, wstał. Poszedł do komórki po łopatę. Trzeba było przekopać choć jedną grządkę. Dla siebie, nie dla przyszłych właścicieli czy dzieci, które już myślały o pieniądzach. Dla siebie – by poczuć ziemię pod nogami i ręką. Wbił łopatę w grunt, nacisnął nogą. Ziemia odsunęła się, pierwszy kawałek wywrócił się, odsłaniając czarną warstwę. Sergiusz wciągnął zapach w nozdrza, pochylił się po raz kolejny. Pracował powoli. Plecy bolały, ręce drżały. Ale z każdym ruchem czuł, iż jest lżej – jakby kopał nie tylko ziemię, ale i swój strach. Wieczorem usiadł na ganku i otarł pot. Grządka była już przekopana. Nad działką różowiło niebo. Gdzieś ptak krzyknął. Popatrzył na dom, na ślady w ziemi, na łopatę opartą o ścianę. Pomyślał o jutrze, o przyszłym roku, o pięciu. I choć nie znał odpowiedzi, czuł, iż właśnie teraz jest na swoim miejscu. Wszedł do domu, zgasił światło, zamknął drzwi. Jeszcze chwilę stał na ganku, nasłuchując ciszy. Potem przekręcił klucz w zamku. Zatrzasnęło się żelazo. Sergiusz włożył klucz do kieszeni i ruszył do samochodu, ostrożnie omijając świeżo przekopaną ziemię.

twojacena.pl 4 godzin temu

Nieczyj dom

Seweryn budził się zawsze bez budzika, dokładnie o wpół do siódmej. W mieszkaniu panowała cisza, jedynie lodówka delikatnie buczała z kuchni. Przez chwilę leżał wsłuchując się w ten dźwięk, po czym wyciągnął rękę po okulary, które leżały na parapecie. Za oknem świtało, a po mokrym asfalcie przesuwały się pojedyncze samochody.

Dawniej o tej porze szykował się do pracy. Wstawał, szedł do łazienki, słuchał jak sąsiad za ścianą włącza radio. Teraz sąsiad wciąż włączał radio, a Seweryn leżał i zastanawiał się, czym zajmie się tego dnia. Formalnie był na emeryturze od trzech lat, ale z przyzwyczajenia wciąż żył według starego rytmu.

Wstał, narzucił dres, przeszedł do kuchni. Zagotował wodę w czajniku, wyciągnął z chlebaka kromkę wczorajszego chleba. Gdy woda się gotowała, podszedł do okna. Siódme piętro, blok z wielkiej płyty, widok na podwórko z piaskownicą i starą huśtawką. Pod oknami stał jego wysłużony polonez, pokryty cienką warstwą pyłu. Odruchowo pomyślał, iż powinien zajrzeć do garażu sprawdzić, czy dach nie przecieka.

Garaż miał w spółdzielni kawałek dalej, za trzema przystankami. Kiedyś spędzał tam większość weekendów, dłubiąc przy samochodzie, wymieniając olej, rozmawiając z sąsiadami o cenach paliwa i o meczu Legii. Potem wszystko stało się łatwiejsze: serwis, wulkanizacja, zakupy przez internet. Garażu jednak nie porzucił. Tam trzymał narzędzia, stare opony, kartony z przewodami, deskami całe gospodarstwo, lubił to tak nazywać.

I działka. Daczynek w rodzinnym ogrodzie pod Warszawą. Drewniany, z wąskim gankiem, dwiema izbami i mikroskopijną kuchenką. Gdy zamykał oczy, widział te ściany, szczeliny w podłodze, słyszał, jak deszcz bębni o dach. Działkę z żoną odziedziczyli po jej rodzicach. To było już ponad dwadzieścia lat temu. Niemal co weekend jeździli tam z dziećmi. Kopali grządki, piekli ziemniaki, ustawiali magnetofon na stołku.

Już cztery lata, odkąd nie było żony. Dzieci dorosły, rozjechały się po własnych mieszkaniach, założyły rodziny. Zostały z nim tylko działka i garaż. Dawały mu poczucie, jakby trzymał się jakiegoś ładu. Jest mieszkanie. Jest działka. Jest garaż. Wszystko na swoim miejscu.

Czajnik zapiszczał. Seweryn zaparzył herbatę, usiadł do stołu. Na krześle naprzeciwko leżał złożony od wczoraj sweter. Jadł kanapkę, wpatrzony w sweter i rozmyślający o wczorajszej rozmowie.

Popołudniu przyjechały dzieci. Syn z żoną i małym chłopcem, wnukiem. Córka z mężem. Pili herbatę, rozmawiali kto i gdzie na urlop. W końcu zeszło na pieniądze. Jak niemal zawsze w ostatnich latach.

Syn mówił, iż kredyt hipoteczny go dusi, procenty rosną. Córka narzekała, iż przedszkole drogie, a jeszcze zajęcia dodatkowe dla dziecka, ubrania. Seweryn kiwał głową. Pamiętał czasy, gdy sam liczył drobne do wypłaty. Ale wtedy nie miał ani działki, ani garażu. Tylko wynajęty pokój i nadzieja.

W końcu syn, trochę skrępowany, powiedział:

Tato, my tu z Anką się zastanawialiśmy I z Martą też już rozmawialiśmy. Może warto by coś sprzedać? No działkę na przykład. Albo garaż. I tak prawie tam nie jeździsz.

Seweryn rzucił żartem i zmienił temat. Ale w nocy długo nie mógł usnąć. W głowie tłukły się słowa: i tak prawie tam nie jeździsz.

Dokończył kanapkę, wypił herbatę, wstawił kubek do zlewu. Spojrzał na zegarek. Była ósma. Postanowił pojechać dziś na działkę. Sprawdzić, jak wygląda po zimie. I coś sobie udowodnić.

Ubierał się ciepło, wziął z przedpokoju pęk kluczy i wsunął je do kieszeni kurtki. W korytarzu zatrzymał się na chwilę przed starym lustrem w ramie. W odbiciu widział mężczyznę o posiwiałych skroniach, zmęczonych oczach, ale wciąż krzepkiego. Nie starca. Poprawił kołnierz i wyszedł.

Po drodze wstąpił do garażu po narzędzia. Zamek zaskrzypiał, brama otworzyła się z dobrze znaną siłą. W środku czuć było kurz, ropę, stare szmaty. Na półkach słoiki z nakrętkami, pudełka z kabelkami, kaseta podpisana wyblakłym markerem. Pajęczyny pod sufitem.

Obszedł półki wzrokiem. Oto leżał podnośnik kupiony do pierwszego auta. Oto starannie ułożone deski miał z nich zrobić ławkę na działce. Nie zrobił, leżą do dziś.

Wziął skrzynkę, parę plastikowych kanistrów, zamknął garaż i ruszył dalej.

Droga za miasto zajęła mu niecałą godzinę. Przy drogach leżały jeszcze resztki brudnego śniegu, gdzieniegdzie prześwitywała czarna ziemia. W ogrodzie działkowym panowała cisza za wcześnie na tłumy letników. Przy bramie siedziała znajoma dozorczyni w puchowym płaszczu, skinęła mu głową.

Domek przywitał go tą samą bezruchem, co zawsze na przedwiośniu. Drewniany płot, przekrzywiona furtka. Otworzył ją, przeszedł wąską ścieżką do ganku, pod stopami chrzęściły zeszłoroczne liście.

W środku pachniało stęchlizną i drewnem. Seweryn otworzył okna, żeby przewietrzyć. Zdjął z łóżka stare, wełniane narzuty i wytrzepał je na ganku. W maleńkiej kuchni na stole stał emaliowany garnek jeszcze po kompocie sprzed wielu wakacji. Na gwoździu przy drzwiach wisiał pęk kluczy, w tym do szopy z ogrodowymi narzędziami.

Chodził po domu, dotykał dłońmi ścian i klamek. W pokoju, w którym kiedyś spały dzieci, stało piętrowe łóżko. Na górnym pluszowy miś z naderwanym uchem. Pamiętał, jak syn płakał przez to ucho, a on, nie mając kleju, przymocował je taśmą izolacyjną.

Wyszedł na ogródek. Śnieg prawie zszedł, grządki były czarne i wilgotne. Z tyłu stał zardzewiały grill. Pomyślał, jak kiedyś piekli tu kiełbaski, pili z żoną herbatę na ganku i słuchali, jak z sąsiedniej działki dobiegał śmiech.

Westchnął i zabrał się do roboty. Wyczyścił ścieżkę, umocnił rozchwianą deskę ganku, sprawdził dach szopy. Wśród rupieci znalazł stary plastikowy fotel, wyniósł na dwór, usiadł. Słońce podniosło się wyżej, zrobiło się cieplej.

Wyjął telefon, przejrzał listę połączeń. Syn dzwonił wieczorem, córka pisała na komunikatorze, iż trzeba usiąść i spokojnie pogadać. Nie jesteśmy przeciwko działce, tato, tylko po prostu pomyślmy racjonalnie przeczytał w wiadomości.

Racjonalnie. Słowo, które w ostatnich miesiącach pada najczęściej. Racjonalnie czyli by pieniądze nie leżały bezczynnie. Racjonalnie by starszy pan się nie zamęczał robotą. Racjonalnie by pomóc młodym, póki żyje.

Rozumiał ich. Naprawdę. Ale gdy siedział na tym plastikowym fotelu, słyszał szczekanie psa z oddali, kapanie wody z dachu to całe racjonalnie odsuwało się na bok. Tu nie szło o rachunek.

Wstał, przeszedł się po ogródku, zamknął domek na kłódkę. Wsiadł do samochodu i wrócił do Warszawy.

W porze obiadu był już w domu. Zdjął kurtkę, odstawił narzędzia w przedpokoju. W kuchni nastawił czajnik i dopiero wtedy zobaczył na stole kartkę. Krótka, wyrwana z notesu: Tato, przyjedziemy wieczorem, pogadamy. S.

Usiadł przy stole, położył dłonie na blacie. Więc to dziś. Dziś porozmawiają serio, bez żartów.

Wieczorem przyszli we troje. Syn z żoną i córka. Wnuka zostawili teściowej. Seweryn otworzył drzwi, przywitał się, wpuścił do przedpokoju. Syn zawiesił kurtkę na haczyku, jak kiedyś w dzieciństwie.

W kuchni rozsiedli się przy stole. Seweryn postawił herbatę, ciastka, cukierki. Nikt nie sięgnął po nic. Kilka minut rozmawiali o drobiazgach: o wnuku, o pracy, o korkach w mieście.

W końcu córka spojrzała na brata, ten skinął głową. I powiedziała:

Tato, pogadajmy szczerze. Nie chcemy cię namawiać na siłę, ale musimy się wszyscy określić.

Seweryn poczuł ścisk w środku. Skinął głową.

Mówcie.

Syn pierwszy zabrał głos:

Słuchaj, masz mieszkanie, działkę i garaż. Mieszkanie to świętość, o tym w ogóle nie mówimy. Ale działka Sam mówisz, iż ciężko. Grządki, dach, płot. Rok w rok wydatki.

Dziś tam byłem powiedział cicho Seweryn. Jest dobrze.

Teraz tak wtrąciła się synowa a za parę lat? Za pięć, dziesięć? Przepraszam, ale musimy to brać pod uwagę. Nikt nie żyje wiecznie.

Seweryn odwrócił wzrok. Te słowa zabrzmiały ostro, choć być może nie chciała nim zranić.

Córka odezwała się łagodniej:

Nie chodzi o to, żeby wszystko oddać. Myślimy, iż sprzedając działkę i garaż, można by podzielić pieniądze. Część dla ciebie, by spokojnie żyć, część dla nas z Kubą na spłatę kredytu. Zawsze mówiłeś, iż chcesz nam pomóc.

To prawda kiedyś tak mówił. Zaraz po przejściu na emeryturę, gdy jeszcze dorabiał. Wydawało mu się, iż zostanie silny na długo, iż poradzi sobie.

I tak wam pomagam powiedział. Wnuka czasem odbiorę, zakupy zrobię.

Syn krzywo się uśmiechnął:

Tato, to nie to samo. Potrzebujemy teraz solidnej kwoty. Widzisz jak rosną raty. Nie prosimy o wszystko. Po prostu jest majątek, który stoi pusty.

Słowo majątek zabrzmiało w kuchni obco. Sewerynowi zdawało się, iż niewidzialny słup z cyfr, tabelek i umów kredytowych stanął pomiędzy nimi.

Sięgnął po kubek i upił zimnego już naparu.

Dla was to majątek powiedział powoli a dla mnie to

Urwał, szukając słów, nie chcąc brzmieć patetycznie.

To kawałki życia w końcu powiedział. Garaż z ojcem budowałem własnymi rękami. Kiedy jeszcze żył. Cegły nosiliśmy razem. A na działce Tam wyrośliście. Wy.

Córka spuściła oczy. Syn zamilkł, po chwili odezwał się łagodniej:

Rozumiemy to. Szczerze. Ale przecież sam ledwie tam jeździsz. Stoi to wszystko. Ty nie dasz rady sam.

Dziś byłem powtórzył Seweryn. Wszystko w porządku.

Dziś odparł syn. A wcześniej? Na jesieni? Tato, proszę cię.

Zapanowała cisza. Słyszał w drugim pokoju tykający zegar. Wyobraził sobie, jak siedzą tutaj i rozmawiają o jego starości jak o projekcie: optymalizacja wydatków, przepisanie majątku.

Dobrze powiedział. A co konkretnie proponujecie?

Ożywili się. Widać było, iż już to przerobili.

Znaleźliśmy pośredniczkę. Może sprzedać działkę za przyzwoite pieniądze. Garaż też zejdzie. Całą sprawę papierów i oględzin bierzemy na siebie. Ty tylko podpisujesz pełnomocnictwo.

A mieszkanie? zapytał Seweryn.

Mieszkania nie ruszamy gwałtownie odpowiedziała córka. To twój dom.

Słowo dom jeszcze mocniej do niego dotarło. Dom czy to tylko te ściany? Czy może i działka, i garaż?

Wstał, podszedł do okna. Na podwórku zapaliły się latarnie. Widok niemal ten sam, co dwadzieścia lat temu. Tylko auta inne i dzieci bawią się z telefonami.

A jeżeli nie chcę sprzedawać? spytał, nie odwracając się.

Zapadła jeszcze większa cisza, potem córka ostrożnie powiedziała:

To twoje. Nikt nie zmusi cię do niczego. Po prostu martwimy się. Sam narzekałeś, iż brakuje ci sił.

Sił rzeczywiście mniej przyznał. Ale wciąż sam decyduję o sobie.

Syn westchnął:

Nie chcemy się kłócić, tato. Ale z boku wygląda to tak, jakbyś kurczowo trzymał się rzeczy, a my przez to cierpimy i finansowo, i psychicznie. Ciągle myślimy, co będzie gdy zachorujesz. Kto zajmie się działką, kto ogarnie cały bałagan.

Poczuł wyrzut sumienia. Sam przecież o tym myślał. Co zrobią, jeżeli nagle go zabraknie. Dzieci będą biegać po urzędach, dzielić domki, garaże. Rzeczywiście byłoby im ciężko.

Wrócił do stołu, usiadł.

A gdyby zaczął niepewnie. Przepisać działkę na was, a ja bym tam jeździł, dopóki mogę?

Syn z córką spojrzeli po sobie. Synowa skrzywiła się:

Tato, ale wtedy wciąż będzie problem. My nie damy rady jeździć, jak byś chciał. Praca, dzieci.

Nie proszę, żebyście jeździli. Ja sam. Dopóki dam radę. A potem zdecydujecie.

Wiedział, iż proponuje kompromis. Dla siebie jeszcze trochę zostać gospodarzem. Dla nich pewność przyszłości i prostsze sprawy spadkowe.

Córka się zamyśliła.

To by było wyjście przyznała ale powiedzmy szczerze. My tam nie zamieszkamy. Z Kubą raczej myślimy o innym mieście niż Warszawa. Tam taniej i z pracą łatwiej.

Seweryn zadrżał. Nie wiedział o tym. Syn wyglądał na zaskoczonego.

Nie mówiłaś mi rzucił do siostry.

Na razie tylko rozważamy machnęła ręką. Ale przecież o to chodzi: dla nas to dom przeszłości, nie przyszłości.

To słowo przyszłość. Dla nich była gdzie indziej w innych mieszkaniach, miastach i planach. Jego przyszłość kurczyła się do tych trzech punktów na mapie: mieszkania, garażu, działki. Miejsc, które zna na pamięć.

Rozmawiali jeszcze dłuższą chwilę, w kółko. Oni liczby, on wspomnienia. Oni o zdrowiu, on o tym, iż bez roboty zupełnie zgaśnie. W końcu syn, zmęczony, powiedział ostrzej niż zamierzał:

Tato, zrozum, nie będziesz wiecznie machać łopatą. Kiedyś nie podołasz. I co wtedy? Wszystko zbutwieje? Raz w roku spojrzymy na ruiny?

Seweryn poczuł narastający gniew.

To są dla ciebie ruiny? zapytał. Po tych ruinach biegałeś jako dziecko.

Jako dziecko powiedział syn. Ale dorosłem. Mam inne sprawy na głowie.

Słowa zawisły. Córka próbowała złagodzić:

Kuba, już

Za późno. Seweryn zrozumiał nagle, iż mówią w zupełnie innych językach. Dla niego czas spędzony na działce to był czas życia. Dla nich urokliwe, ale zbędne wspomnienie.

Wstał.

Dobrze powiedział. Pomyślę. Nie dzisiaj. Nie jutro. Potrzebuję czasu.

Tato zaczęła córka nam też się śpieszy. Mamy ratę kredytu za miesiąc

Rozumiem przerwał. Ale zrozumcie mnie. To nie sprzedaż starej szafy.

Zamilkli. Potem powoli się zbierali. W przedpokoju długo sznurowali buty. Na pożegnanie córka przytuliła się policzkiem do jego policzka.

Nie mamy nic przeciwko działce wyszeptała. Boimy się o ciebie.

Pokiwał głową, nie ufając głosowi.

Gdy drzwi za nimi się zamknęły, mieszkanie napełniło się ciszą. Seweryn poszedł do kuchni i usiadł przy stole. Na blacie zostały niedopite szklanki, talerzyk z ciastkami. Wpatrywał się w nie, czując wielkie zmęczenie.

Siedział długo, nie zapalając światła. Za oknem ciemniało, w oknach po drugiej stronie podwórza zapalały się światła. W pewnym momencie wstał, podszedł do szafy, wyciągnął teczkę z dokumentami. Dowód, akty własności do działki i garażu. Przeglądał je, zatrzymał się na kartce z planem ogródka.

Mały prostokąt, podzielony na grządki. Przejechał palcem po liniach na papierze, jakby po prawdziwych ścieżkach.

Następnego dnia pojechał do garażu. Potrzebował czegoś, co pozwoli mu nie myśleć. W środku było chłodno, otworzył bramę na oścież, by wpuścić światło. Rozłożył narzędzia, zaczął segregować pudełka. Część staroci postanowił wyrzucić: uszkodzone części, zardzewiałe śrubki i przewody, zostawione na wszelki wypadek.

Sąsiad, starszy Jerzy, zajrzał do środka:

Co, porządki robisz? zagadnął.

Ano, segreguję odpowiedział Seweryn. Patrzę, co potrzebne, a co nie.

I dobrze kiwnął sąsiad. Ja swój sprzedałem. Synowi na auto trzeba było dorzucić. Teraz bez garażu, ale chłopak ma radochę.

Seweryn milczał. Sąsiad wrócił do siebie, a on został wśród narzędzi i myśli. Sprzedał syn zadowolony. Jakby chodziło o starą kurtkę.

Chwycił klucz francuski, wygładzony latami. Odwrócił w dłoni, jakby chciał coś nim dokręcić. Przypomniał sobie, jak kiedyś mały syn chciał mu pomagać. Wtedy był pewien, iż zawsze będą blisko, iż garaż czy działka tworzą wspólny język.

A ten język okazał się dla syna obcy.

Wieczorem znów wyciągnął dokumenty. Siedział nad nimi długo, w końcu zadzwonił do córki.

Zdecydowałem powiedział. Przepiszemy działkę na was, po równo z Kubą. Ale sprzedać nie chcę, póki sam mogę tam jeździć. Potem wasza decyzja.

Zapadła cisza.

Tato, jesteś pewny? cicho zapytała.

Pewny odparł, choć w głębi duszy toczył się inny bój. Czuł, iż odcina coś ważnego, ale inaczej nie potrafił.

Dobrze odetchnęła. Spotkajmy się jutro, ustalimy formalności.

Odłożył słuchawkę i usiadł. W domu panowała cisza. Po raz pierwszy od dawna poczuł nie tylko zmęczenie, ale i nieznaną ulgę. Tak jakby podjął decyzję, przed którą nigdzie nie można uciec.

Po tygodniu poszli razem do notariusza. Podpisali akt darowizny. Seweryn podpisywał się drżącą lekko ręką. Notariuszka spokojnie tłumaczyła, gdzie postawić podpis. Dzieci dziękowały.

Tato, bardzo nam pomagasz mówił syn. Dziękujemy ci.

Seweryn przytakiwał, ale wiedział, iż nie tylko on ich ratuje. Oni też ratują go od myśli, co będzie potem. Teraz potem zostało zapisane w papierach.

Garaż postanowił jeszcze sobie zostawić. Dzieci napomykały, iż można go też spieniężyć, ale był nieugięty. Powiedział, iż musi mieć gdzie chodzić, żeby nie siedzieć w domu z pilotem w ręku. To zrozumieli.

Na zewnątrz życie zmieniło się niewiele. Dalej mieszkał sam, czasem bywał na działce już jako gość. Ale klucze miał, nikt mu nie bronił przyjeżdżać.

Pierwszy raz po przepisaniu pojechał sam, w ciepły, kwietniowy dzień. W drodze myślał, iż ten domek nie należy już do niego formalnie. Cudza własność. Ale kiedy otworzył furtkę, usłyszał skrzyp, zobaczył znajomą ścieżkę poczuł się jak u siebie.

Wszedł, powiesił kurtkę na gwoździu przy drzwiach. W pokoju było tak, jak dawniej. Łóżko, stół, miś z podklejonym uchem.

Usiadł na taborecie pod oknem. Słońce rozświetlało parapet, podkreślając kurz. Seweryn przejechał dłonią po drewnie, wyczuwając każdą rysę.

Myślał o dzieciach, o tym jak w swoich mieszkaniach liczą raty, planują, martwią się o jutro. Myślał o sobie, o planach, które ograniczały się dziś do pór roku: doczekać kolejnej wiosny, jeszcze raz przekopać grządki, kolejny raz usiąść latem na ganku.

Wiedział, iż kiedyś i tak sprzedadzą działkę. Może za rok, może za pięć. Gdy opadną mu siły. Usłyszy, iż nie ma sensu trzymać pustego domu i będą mieli rację.

Ale póki co dom stał. Dach nie przeciekał. W szopie leżały łopaty. Na grządkach wybijały pierwsze zielone pędy. Wciąż mógł pochodzić po ogrodzie, pochylić się, podnieść coś z ziemi.

Wyszedł, obszedł domek, zatrzymał się przy płocie. Na sąsiednich działkach ktoś już sadził warzywa, ktoś wieszał pranie. Życie toczyło się jak zawsze.

Seweryn poczuł, iż jego lęk to nie tylko sprawa działki czy garażu. Bał się być niepotrzebny dzieciom, sobie. Te miejsca dowodziły, iż jeszcze jest potrzebny i sprawny.

Teraz to dowodzenie stało się kruche. Papiery mówiły jedno, przyzwyczajenia drugie. Ale siedząc na ganku Seweryn wiedział już: nie dokumenty o tym decydują.

Wyjął z torby termos z herbatą, nalał sobie szklankę, napił się. Trochę mu było gorzko, ale już nie tak, jak wtedy na kuchni przy pożegnalnej rozmowie. Decyzja podjęta, cena znana. Oddał dzieciom cząstkę siebie, a w zamian dostał coś jeszcze: prawo przez cały czas być w tym domu przez pamięć.

Spojrzał na drzwi, na zamek i na klucz w ręku. Stary, starty. Objął go dłonią. Kiedyś ten klucz przejmie syn, córka, a może ktoś zupełnie obcy. Będą nim przekręcać zamek, nie wiedząc, co to znaczy.

Ta myśl jednocześnie go zasmuciła i uspokoiła. Świat się zmienia, rzeczy przechodzą z rąk do rąk. Najważniejsze zdążyć zamieszkać naprawdę, póki to twoje miejsce, póki czujesz, iż jest twoje.

Seweryn dopił herbatę, wstał. Poszedł po łopatę do szopy. Chciał choć raz przekopać grządkę. Nie dla przyszłych właścicieli, nie dla dzieci, które myślą już o złotówkach. Dla siebie żeby poczuć ziemię pod rękami.

Wbił łopatę w ziemię, nacisnął mocno. Ciemna, wilgotna gleba rozstąpiła się. Seweryn wciągnął jej zapach, pochylił się znowu.

Pracował powoli. Plecy bolały, ręce drżały. Ale z każdym ruchem czuł, jak robi się lżej. Jakby wykopywał nie tylko ziemię, ale i swój lęk.

Pod wieczór usiadł na ganku, starł pot z czoła. Na grządce piętrzyły się równe skiby. Nad działką zaczynało robić się różowo. Z daleka odzywał się ptak.

Seweryn spojrzał na dom, na świeże ślady na ziemi, na łopatę opartą o ścianę. Pomyślał co będzie jutro, za rok, za pięć lat. Nie znalazł odpowiedzi. Ale czuł, iż teraz jest dokładnie tam, gdzie powinien być.

Wrócił do domku, zgasił światło, zamknął drzwi. Na ganku zatrzymał się na moment, wsłuchując się w ciszę. Przekręcił klucz w zamku. Zagrzechotał metal.

Schował klucz do kieszeni i ruszył ścieżką do poloneza, uważając, by nie wchodzić na świeżo przekopane grządki.

Idź do oryginalnego materiału