Folia pozostało ciepła od kieszeni, kiedy Basia Wróblewska kładzie ją na biurku między sobą a Markiem Sowińskim.
– Żona to znalazła. W kurtce. – Marek patrzy na torebeczkę tak, jakby mogła zniknąć, jeżeli przestanie na nią patrzeć. – Powiedziała, iż jak jeszcze raz coś takiego zobaczy, to pakuje dzieciaki i jedzie do matki do Radomia. Nie żartowała. Spała w salonie trzy noce.
Basia nie dotyka torebki. Odsuwa tylko kubek z wystygłą kawą, żeby było między nimi więcej miejsca.
– To dlatego pan tu jest? Bo ona spała w salonie?
– Jestem tu, bo… – Marek zaciska szczękę, palce mu drżą, kiedy sięga po tę folię i chowa ją z powrotem do kieszeni, jakby wstyd mu było, iż w ogóle ją wyciągnął. – Bo pod autem cały dzień plecy tak bolą, iż wieczorem nie mogę się wyprostować. A to działa od razu. Wódka nie działa tak szybko.
– Ile razy dziennie?
– Dwa. Czasem trzy.
Basia zapisuje coś w karcie, nie podnosząc głowy.
– A dilera pan zna od dawna?
– Od dworca. Piętnaście minut piechotą z warsztatu. Szybciej niż do lekarza.
To zdanie zostaje w gabinecie na dłużej niż powinno. Basia myśli o kolejce do psychiatry w NFZ, o dwóch miesiącach czekania, ale nie mówi o tym teraz – to nie jest wykład, to jest mężczyzna z drżącymi rękami, który przed chwilą chował dowód swojego wstydu z powrotem do kieszeni.
– Dobrze. Przyjdzie pan we wtorek.
Marek nie przychodzi we wtorek. Dzwoni w środę, głos ma zdarty, jakby nie spał.
– Wziąłem wczoraj. Po tym, jak wyszedłem od pani. Nie wiem, co się ze mną dzieje.
– Gdzie pan jest teraz?
– W warsztacie. Sam.
– Niech pan tam zostanie. Ja przyjadę.
Zastaje go pod podniesionym autem, ręce ma czarne od smaru, ale trzęsą się tak, iż nie może dokręcić śruby, którą trzyma od dziesięciu minut. Odkłada klucz, siada na starej oponie, mówi do podłogi, nie do niej.
– Wzięła dzieci. Jest u matki. Powiedziała, iż wróci, jak przestanę kłamać. A ja skłamałem jej dzisiaj rano, iż idę na wizytę, i zamiast tego pojechałem do tego gościa przy dworcu. Miałem przy sobie osiemset złotych na oponę zimową dla klienta. Wydałem trzysta.
– I co teraz?
– Nie wiem, co teraz robić z resztą pieniędzy klienta. Nie wiem, co powiedzieć żonie. Nie wiem, czy w ogóle chcę przestać, czy tylko boję się, iż ona odejdzie.
Basia siada na drugiej oponie, obok niego, tak nisko, iż widzi rdzę na podłodze warsztatu.
– To niech pan zacznie od tego drugiego. Od tego, iż się boi.
Rozmawiają godzinę wśród zapachu smaru i benzyny. Basia nie tłumaczy mu teraz statystyk – mówi tylko, iż zna ludzi, którzy wracali z gorszego miejsca niż warsztat o dziewiątej wieczorem z pustym portfelem. Marek w końcu dzwoni do żony. Rozmowa trwa trzy minuty, on się nie odzywa prawie wcale, tylko na koniec mówi: – Przyjadę jutro. Chcę to naprawić.
Styczeń jest gorszy niż grudzień. Marek dzwoni raz w nocy, pijany, mówi, iż i tak wszystko stracił, iż żona złożyła pozew o rozwód, iż nie ma po co próbować. Basia zostaje z nim na linii, dopóki nie usłyszy, iż odłożył coś, co brzmiało jak nóż na blat kuchenny.
– Marek. Niech pan odejdzie od tego blatu.
– Odszedłem.
– Niech pan usiądzie na podłodze.
– Siedzę.
Ten telefon trwa czterdzieści minut i kończy się tym, iż Marek zasypia z komórką przy uchu, a Basia siedzi w swoim mieszkaniu do drugiej w nocy, żeby się upewnić, iż nie oddzwoni w gorszym stanie.
Rozwodu ostatecznie nie ma. Jest za to umowa – żona daje mu trzy miesiące, jedna kolejna torebeczka i wyprowadza się na stałe. Marek trzyma się tej granicy tak, jakby była linią na jezdni, której nie wolno przekroczyć pod żadnym warunkiem.
Przychodzi do poradni co tydzień, potem co dwa tygodnie. W lutym mówi jej, iż po raz pierwszy od miesięcy przespał noc bez budzenia się o czwartej. W marcu przynosi pudełko pierników od żony – nie jako łapówkę, tylko dlatego, iż ktoś w tym mieście wreszcie nie spytał go, dlaczego jest słaby, tylko co go boli.
Pół roku później Basia widzi go na parkingu przy Biedronce. Marek ładuje siatki do bagażnika, dzieci kłócą się głośno o miejsce z przodu, żona stoi obok z wózkiem i coś do niego mówi, śmiejąc się. On unosi rękę w jej stronę – krótko, bez słów. Basia odpowiada tym samym gestem i wraca do samochodu, bo w poradni przy Kwiatowej czeka już ktoś, dla kogo to wszystko dopiero się zaczyna – z torebeczką w kieszeni kurtki, której jeszcze nikt nie znalazł.














