Dobrze się urządzić

twojacena.pl 15 godzin temu

Jadwiga żyła, jakby wciąż w cieniu własnych marzeń, sunąc po szarej, wydeptanej ulicy, z głową pochyloną nisko, choćby nie pokazała nic, co mogłaby podnieść. Jej wygląd niczym przeciętny rys, a w oczach brakowało blasku sukcesu. Jan, jej mąż, powtarzał, iż u Jadwigi wszystko jest zwyczajne. Ona sama nie dostrzegała swej urody, dawno już o niej zapomniała.

Jeszcze kiedyś Jadwiga była jedną z piękniejszych studentek Wydziału Pedagogicznego w Warszawie szczupła, urocza, choć trochę krągła, co przypominało babcię Anię, pochodzącą z małej wsi pod Krakowem. Ania była silna, szorstka, wytrzymała geny od niej odziedziczyła, choć nie mogła już przeciwstawić się naukowej drodze.

W jej krwi płynęły zarówno geny inteligentnych inżynierów, jak i literatów z wyższym wykształceniem. Dzięki temu Jadwiga zyskała podniesiony nos, lekko opadające ramiona, a nogi nie były już przystosowane do skórzanych butów czy futrzanych kożuchów, ale do miejskich ulic Warszawy.

Tak więc Jadwiga wyrosła piękna, nieśmiała i cicha i to też było zaletą. Babcia Ania potrafiła wykrzykiwać uwagi tak ostre, iż uszy się w nie zakręcały, a matka Jadwigi, Olga, początkowo zachowywała się podobnie po ślubie z ojcem Jadwigi, Fryderykiem. Z czasem jednak uciszyła język i wyciszyła się w przytulnym mieszkaniu z ficusem w holu, otoczona sąsiadaminaukowcami, gdzie każdy hałas mógłby skończyć się wykluczeniem.

Olga stała się milsza, a Jadwiga jeszcze cichsza.

Wzrost dziewczyny, co rośnie! wykrzykiwała kiedyś babcia Ania, wyłaniając się w poobijanych szpilkach, które dawno przestały lśnić. A ty, Zosia, już zwiotczałaś. Tylko pustynia i wrotycz, a niebo wie, dokąd podwieje wiatr! dodawała, pytając, dokąd poszła rodzinna linia, Michałowa, a może już nie?

Fryderyk kręcił ramionami i unikał aromatu czosnku i domowej wódki Żubr, chowając się w biurze, gdy Olga podawała matce herbatę i opowiadała o swoim życiu.

Babcia Ania nigdy się nie spieszyła. Najpierw przytulała się do obrusów, snując wieści o wsi, o sąsiadach, o sporach i pojedynkach, potem przechodziła do tematu ogrodu i plonów. Po chwili, z zaciśniętym zębem, wołała ukrytą za szklanym wstawką kuchennej drzwi wnuczkę.

Zosia wychodziła nieśmiało, spoglądając na matkę, a ta odwracała się. Fryderyk nie witał teściowej, choć jej kiszone ogórki wódce rozbrzmiewały w domu. Ogórki były ogórkami, ale kontakt Jadwigi z babcią miał być ograniczony. Ostatecznie Olga musiała wypchnąć Jadwigę do jej pokoju, choć matka często pomagała przy nowonarodzonej Zosi i trójletniej Zofii, gdy zachorowała na zapalenie płuc i straciła siły. Ania Wlasowa przyjechała, zabrała dziecko w zimowej suknie na samochodzie przewodniczącym.

Fryderyk krzyczał, iż nie powinno się było wpuścić gości, ale Olga uspokoiła go. Po powrocie ze wsi Zosia gwałtownie odzyskała siły i przytuliła się do matki, wzdychając: Tęskniłam. Fryderyk machnął ręką, zamykając usta, patrząc pod kątem na teściową.

Babcia Ania miała w sobie jakąś niewidzialną moc, przenikającą świadomość, rozświetlającą to, o czym Olga nie chciała myśleć. Z tego powodu zięć jej nie lubił, bał się jej.

Czemu mnie nie przyjmujesz? Przecież dałam wam w prezencie spore pieniądze na wesele! Nie potrafię pięknie mówić, to nie wina, a smutka moja! lamentowała babcia Ania, podając wnuczce dużą tabliczkę czekolady Alenka.

Zosia skinęła głową z wdzięcznością, ale nie zjadła czekolady, położyła ją na stole.

Czemu? Mała, gryź! Rozdziel i spróbuj! namawiała gościńka, ale Olga przerywała.

Fryderyk nie pozwala słodyczy przed kolacją. To nie jest u nas zwyczaj szeptała, co wywoływało poirytowanie Anii i rumienienie się Olgi. Było to niezręczne, smutne, ale przynajmniej mężczyzna był w domu, a więc i głowa była.

Olga nigdy nie została głową domu, tylko kręciła się, milczała, podawała posiłki gościom Jana i uśmiechała się, kiwała głową. Nie było co mówić była zawsze w domu, przy obowiązkach, bez miejsca na inteligentne rozmowy.

Zosia brała przykład z matki i nie wystawała się.

Po pewnym czasie Ania Wlasowa nie wytrzymała przebywania u zięcia wszystko ją drażniło i przytłaczało. Po kilku kłótniach przestała przyjeżdżać i dzwoniła tylko wtedy, gdy Fryderyk nie było w domu, wsłuchując się w długie sygnały, opuszczając głowę i aż po usłyszeniu głosu Jadwigi: Jak tam, kochana? Nie przychodzisz, nie odwiedzasz.

Wszystko w porządku, babciu. Jestem na studiach, dziś wolne, mama poszła do przychodni, tata w pracy odpowiadała Zosia, utrzymując pozory normalności.

Świat rządził się swoimi prawami, tradycjami, zasadami, a rodzina żyła w granicach własnej małej rzeczywistości. Ojciec mądry, wykształcony. Matka prosta, wciąż żuje pestki i wypluwa je w dłoni. Ojca irytuje to, prosząc o wyrafinowanie jedzenia, a matka nie chce się podporządkować. Wtedy ojciec wypędza ją na balkon: Usiądź tam, jeżeli nie rozumiesz, co jest obrzydliwe!.

Matka siedzi w szlafroku, z lokami na głowie, rozmyślając, jak piękne są jej rozłożyste nogi i białe, puszyste stopy. Dziękuje Fryderykowi, iż ją pokochał, wyciągnął z wsi i dał jej dom.

Olga uczęszczała na szkołę pedagogiczną, Fryderyk zauważył ją na balu w Parku Kultury i zakochał się. Miłość rozkwitła i przyniosła Zosię nie musieli się żenić w pośpiechu, ale rodzice Fryderyka byli zdumieni, choć potem uznali, iż połączenie inteligentnego miasta i wiejskiej prostoty to szlachetny czyn. Fryderyk wyciągnął Olgę ku światłu kultury, a ona w tym świetle odnalazła się doskonale.

Zosia poszła śladem matki, skończyła pedagogiczny wydział, ale nie podjęła pracy, tak jak matka. Poślubiła Jana. Mąż był prostszy niż ojciec, choć też z inteligentów, ale w latach młodości podbijały go już nowoczesne stylówki. Jan był raczej tradycjonalistą, nosił szare garnitury, czytał klasykę i filozofię na dwa tomy. Fryderyk znał go z projektów, uznał za sumiennego i przyznał zgodę na małżeństwo.

Zosia poślubiła Jana i zamieszkała w trójpokojowym mieszkaniu z rodzicami Jana. Starsza siostra Jana wyjechała kiedyś do Francji. Rodzice Jana, już starzy, przekazali stery domu Olgę, a ona zabrała ze sobą kilka rzeczy i kazała synowi zabrać ją i ojca na wieś.

A wy tu się rozmnażacie, jak Bóg pozwoli. Dość! Nie chcę tu być, dwie pani w kuchni nie wytrzymają rzekła i odjechała.

Mieszkanie było przyciemnione, ciemne ściany z szarych desek, zasłonięte stertami pościeli, ręczników, skrawków jedwabiu i rozmaitych kryształów. Lampy przygaszone, okna zasłonięte, by sąsiedzi nie widzieli, jak żyją. Zosia uważała to za ponure.

Zmieniłabym zasłony, meble, może odnowiła podłogę marzyła, ale było to drogie i niepotrzebne Janowi, który już miał wszystko. Matka kiedyś gotowała mu mannę na śniadania, teraz to Zosia. Kochała go, była młoda, pragnęła przyjemności, chciała mu się podobać.

W weekendy Jan wstawał wcześnie, smażył jajecznicę w kąpielówkach, nie wydając pieniędzy. Zosia, przestraszona, patrzyła na zegar, nie wiedząc, czy iść do pracy, czy zostać w domu. Najczęściej siedzieli w domu. Jan nie chodził do teatru ani kina, bo trzeba było oszczędzać.

Ta skądość Jana ujawniła się powoli. Zosia myślała, iż Jan jest surowym gospodarzem, trzyma się każdej grosza. Wierzyła, iż mężczyzna decyduje, a żona się poddaje tak żyła jej matka.

Jan był inteligentem, ale z niższych warstw. Rodzice nie mieli wysokich wykształceń, pracowali na prostych stanowiskach, ale cieszyli się, iż ich syn i córka dadzą nazwisko familii w świat. Jan miał nadzieję, iż w wieku czterdziestu lat napisać doktorat, ale ciągle brakowało czasu.

Co ci, groźny? wkurzona Ania Wlasowa pytała, patrząc na Jana. Po co mu taka żona? Normalnych facetów pod dostatkiem jest!.

Nie rozumiesz, mamo! Jadwiga podjęła dobrą decyzję. Ma mieszkanie w centrum Warszawy, a Jan ma zawód szanowany, jak mój ojciec Fryderyk. Kobieta musi się dobrze ułożyć, choć to brzemię. Skądzistość to rodzinna tradycja. Kiedyś każdą groszlicę liczyliśmy, a ty.

Ania Wlasowa się obraziła. Nie roztrząsała pieniędzy, ale nigdy nie pozbawiła Olgę jedzenia czy ubrań. Kupiła jej płaszcz, który nie kosztował nic, ale potem oddała sąsiadom każdą złotówkę. Nie zostawiło jej to biedy.

Kiedy Zosia w szkole chciała się zapisać, Ania Wlasowa zabrała ją do szwalni, gdzie uszyła najmodniejszą suknię, na którą Olga sama się zachwyciła. Tam Zosia spotkała Fryderyka i poznała go. Od tego Ania nie chciała już wtrącać się w życie Zosi.

Z Jadwigą i Janem życie toczyło się spokojnie. Namiętność Jana niedługo przeminęła, jego podniecenie zmęczyło się stałym przytulaniem. Był dziesięć lat starszy od Zosi, a romantyczne uniesienia już nie docierały.

Zosia przyjmowała wszystko, co trzeba przyjąć. Mąż mówił, iż ją kocha i to wystarczyło. Rodzice chwalili wybór Żony. Reszta to już książkowy szept, motylki w brzuchu, intymność, o której można żyć bez niej.

Bez pieniędzy trudno, więc Jan niedługo odkrył, iż zarobki Zosi też trafiają do jego skarbonki. Naciskał, żeby Zosia pracowała i podnosiła kwalifikacje, a więc i płacę. Zosia podjęła pracę w szkole, kochała dzieci, zmęczona wracała wieczorem, siadała przy kuchni, a Jan leżał w pokoju, czytał i czekał na kolację.

Zosia marzyła, by wieczór skończył się szybciej, by móc położyć się spać. Jan wypijał kieliszek wódki Złota Góra i filozofował. Wiedział wszystko jak rządzić, jak wychowywać, jak leczyć, ale uważał Zosię za nic nieznaczącą. Kiedy przejdziesz na RONO, może zostaniesz nianią? drwił Jan. Nie kupię ci płaszcza na wiosnę, a jesienią już pomyślimy podsumował.

Pewnego dnia Zosia wyznała: Jestem w ciąży. Proszę, nie dotykaj mnie. Jan, zszokowany, nie potrafił uwierzyć, iż dziecko może przyjść z jego udziałem.

Nie nie, chyba się pomyliliśmy paplał, próbując wszystko wyliczyć. To nie jest odpowiedni moment, Zosia! Musimy zakończyć. Zrób mi kawę, ale małą, żeby starczyło na miesiąc kazał, patrząc na zegar. A jutro w Poradni rozwiązujemy sprawę. Zosia patrzyła na niego z niechęcią, a potem zwymiotowała na jego kolana.

Jan wściekł się, wykrzyknął, przebrał się, szukał w łazience mydła i przeklinał.W końcu Zosia odnalazła spokój, otulona ciepłem rodziny i prostych, codziennych radości, które pozwoliły jej uwierzyć, iż życie, choć pełne trudów, ma sens.

Idź do oryginalnego materiału