Dobra kobieta.
9 czerwca
Dziś w nocy znowu się obudziłem. Musiałem wyjść z łóżka, bo coś nie dawało mi spokoju. Przeszedłem z mojej sypialni do drugiego pokoju, po omacku, przy nikłym świetle nocnej lampki. Tak spojrzałem na moją żonę.
Przysiadłem tuż obok. Posłuchałem jej oddechu. Chyba wszystko w porządku.
Wstałem i poczłapałem do kuchni. Otworzyłem kefir z lodówki, potem na chwilę do łazienki, i wróciłem na swoją kanapę.
Położyłem się. Sen nie chciał przyjść.
Ja i Helena mamy już ponad dziewięćdziesiąt lat. Przeżyliśmy tyle razem, a wokół już nikogo nie ma. Córki, Magdy, już nie ma nie doczekała choćby sześćdziesiątki… Szymona też zabrakło, rozszalał się, przepadł. Została wnuczka, Agata, ale ona już od dwudziestu lat mieszka w Niemczech, o dziadkach zapomniała. Dzieci pewnie ma już duże
Nie pamiętam już, kiedy zmorzył mnie sen.
Obudził mnie lekki dotyk.
Janie, wszystko dobrze? usłyszałem cichutki głos.
Otworzyłem oczy. Helena pochylała się nade mną.
Co się dzieje, Heleno?
Patrzę leżysz tak nieruchomo.
przez cały czas żyję! Idź spać!
Chwila ciszy, szuranie pantofli, kliknięcie włącznika światła w kuchni.
Helena popiła wodę, zajrzała do łazienki i wróciła do siebie. Ułożyła się w łóżku:
Któregoś ranka się obudzę, a jego już nie będzie. Co wtedy zrobię? A może to ja pierwsza odejdę.
Janek już zamówił choćby nasze stypy. Nigdy bym nie pomyślała, iż takie rzeczy można załatwić z wyprzedzeniem. Ale z drugiej strony, kto to potem zrobi za nas?
Wnuczka nie pamięta o nas. Jedynie sąsiadka, Iwonka, nas odwiedza. Ma klucz do naszego mieszkania. Dziadek jej zawsze przekazuje po tysiąc złotych z naszej emerytury. Ona robi dla nas zakupy albo załatwia, co trzeba. Nam już niepotrzebne pieniądze, a z czwartego piętra sami nie schodzimy.
Jan Kowalski otworzył oczy. Przez okno zaglądało słońce. Wyszedł na balkon i zobaczył zieloną czuprynę bzu. Uśmiechnął się.
No, dożyliśmy do lata!
Poszedł do żony. Ta siedziała zamyślona na łóżku.
Helenko, przestań się zamartwiać! Chodź, pokażę ci coś.
Oj, nie mam siły! ledwo podniosła się z łóżka. Co ty znowu wymyśliłeś?
No chodź!
Podtrzymując ją za ramiona, wyprowadził ją na balkon.
Zobacz, bez zielony! A mówiłaś, iż nie doczekamy lata. A jednak!
Rzeczywiście! I słoneczko świeci.
Usiedli na starej ławeczce.
Pamiętasz, jak zaprosiłem cię do kina jeszcze w szkole? Wtedy też bez właśnie się zazielenił.
Takich rzeczy się nie zapomina Ile to już lat minęło?
Ponad siedemdziesiąt. Siedemdziesiąt pięć prawie.
Długo wspominali młodość. Na starość tyle rzeczy się zapomina, czasem choćby to, co było wczoraj, a młodość ona zostaje na zawsze.
Oj, zagadaliśmy się! podniosła się Helena. Jeszcze śniadania nie jadłam.
Helenko, zrób dobrą herbatę! Mam już dosyć tych ziółek.
Przecież nie możemy mocnej.
Choć rzadką, ale chociaż po jednym cukrze!
Pił swój ledwo zaparzony napar i zajadał malutką kanapeczkę z serem, wspominając czasy, gdy na śniadanie była mocna, słodka herbata, a do tego drożdżówki albo racuszki.
Weszła sąsiadka. Uśmiechnęła się życzliwie.
Jak się dziś czujecie?
Wiesz, Iwonka, a co może się dziać u dziewięćdziesięciolatków? zażartował Jan.
No to dobrze. Co wam kupić?
Iwonko, przynieś mięso! poprosił Jan.
Ale wam nie wolno.
Kurczaka można.
Dobrze, przyniosę. Ugotuję wam rosół z makaronem!
Posprzątała ze stołu, pozmywała talerze i poszła.
Chodź, Helenko, jeszcze posiedzimy na słońcu na balkonie.
Chodźmy!
Po chwili znów przyszła Iwonka.
Ciepła wam potrzeba?
Dobrze jest, Iwonko. uśmiechnęła się Helena.
To zaraz przyniosę wam tu kaszę, a potem zabiorę się za rosół.
Dobra kobieta westchnął Jan, patrząc za nią. Co byśmy bez niej zrobili?
A płacisz jej tylko dwa tysiące złotych na miesiąc.
Heleno, przepisaliśmy na nią mieszkanie.
Tylko iż ona o tym nie wie.
Siedzieli na balkonie aż do obiadu. A na obiad był rosół z kurczaka, pyszny, z kawałkami mięsa i tłuczonymi ziemniakami.
Taki zawsze gotowałam Magdzie i Szymonowi, gdy byli mali wspomniała Helena.
A na starość obcy ludzie nam gotują westchnął ciężko Jan.
Widać, Janeczku, taki nasz los. Gdy nas zabraknie, nikt choćby nie zapłacze.
Dosyć już, Helenko Idziemy trochę odpocząć!
Janie, nie na darmo się mówi: Stary czy mały to to samo.
Mamy jak u dzieci: przecierane zupy, drzemka, podwieczorek
Janek przysnął trochę, ale sen znowu nie chciał przyjść. Pogoda się zmienia, czy co? Wyszedł do kuchni. Na stole stały dwie szklanki soku starannie przygotowane przez Iwonkę.
Wziął je ostrożnie i zaniósł żonie. Siedziała na łóżku, patrząc smutno przez okno.
Co ci, Helenko, tak smutno? uśmiechnął się. Napij się soczku!
Upiła łyk.
Też nie możesz zasnąć?
Taka pogoda chyba.
Od rana coś dziwnie się czuję kiwnęła smutno głową. Czuję, iż kilka mi zostało. Pochowaj mnie porządnie.
Heleno, co ty mówisz. Jak ja bez ciebie będę żyć?
Ktoś z nas będzie pierwszy zawsze tak jest.
Dość już! Chodź, pójdziemy na balkon!
Siedzieli tam aż do wieczora. Iwonka zrobiła serniczki. Zjedli razem i zasiedli do wieczornego seansu. Od lat oglądali przed snem telewizję. Nowych filmów już zupełnie nie łapali, więc oglądali stare komedie i bajki.
Dzisiaj tylko jedna bajka. Helena wstała z kanapy.
Idę już spać, coś się zmęczyłam.
To i ja pójdę.
Pozwól, iż się na ciebie jeszcze nacieszę poprosiła nagle Helena.
Po co?
Tak po prostu.
Długą chwilę patrzyli sobie w oczy. Pewnie przypominali sobie młodość, gdy wszystko było jeszcze przed nimi.
Chodź, odprowadzę cię do łóżka.
Helena wzięła Janka pod ramię. Szli powoli.
Przykrył ją kołdrą i wrócił do siebie. Ciężko mu było na sercu. Długo nie mógł zmrużyć oka.
Wydawało mu się, iż nie spał, ale zegar elektroniczny pokazywał drugą w nocy. Wstał i poszedł do pokoju żony.
Leżała z otwartymi oczami.
Heleno!
Chwycił ją za rękę.
Helenko! Słyszysz?
W pewnej chwili jemu samemu zabrakło tchu. Doszedł do swojego pokoju. Wyjął przygotowane dokumenty, położył na stole.
Wrócił do żony. Długo patrzył na jej twarz. Potem położył się obok i zamknął oczy.
Zobaczył swoją Helenkę, śliczną dziewczynę, jak wtedy siedemdziesiąt pięć lat temu. Szedła do światła widocznego w oddali. Rzucił się za nią, dogonił, złapał za rękę.
Rano Iwonka weszła do sypialni. Leżeli obok siebie. Na ich twarzach zastygły jednakowe, szczęśliwe uśmiechy.
Zadzwoniła po pogotowie.
Lekarz spojrzał na nich i pokręcił głową ze zdziwieniem:
Odeszli razem. Musieli się bardzo kochać…
Zabrali ich. Iwonka opadła bez sił na krzesło przy stole. Wtedy zauważyła dokumenty i testament na swoje imię.
Opadła głową na ręce i rozpłakała sięIwonka przez chwilę tylko patrzyła na pismo w drżących dłoniach. Powoli, ostrożnie złożyła arkusze, jakby były czymś bardzo cennym i kruchym. Rozejrzała się po cichym mieszkaniu, w którym jeszcze unosił się zapach niedawno parzonej herbaty i ugotowanego rosołu.
Na chwilę usiadła na brzegu łóżka, gdzie jeszcze odbijały się ich odciski. Wsunęła rękę między zmięte poduszki i poczuła ciepło, jakby jeszcze nie całkiem odeszli. Uśmiechnęła się przez łzy.
No dobrze szepnęła cicho. Zaopiekuję się tym miejscem. A wy śpijcie już spokojnie, razem.
Wyszła na balkon. Wiatr poruszał gałęziami zielonego bzu, a promienie słońca z czułością przemykały przez liście, zaglądając do środka. Iwonka zamknęła oczy, pozwalając, by cisza zadrgała jej w sercu, jak echo ich śmiechu, rozmów i wspomnień, których codziennie słuchała.
I wtedy wydało jej się, iż gdzieś obok, przy starej ławeczce, słychać dwa ciche głosy, rozmowę o młodości i zapachu kwiatów. Ulotny cień przeszedł przez balkon, pogodny i lekki.
Byli tu. Na zawsze.
Po raz pierwszy w życiu Iwonka poczuła, iż naprawdę jest w domu.
















