Dobra żona – opowieść o sile, mądrości i sercu polskiej kobiety

newsempire24.com 5 godzin temu

Dobra kobieta.

Dobra kobieta. Co byśmy bez niej zrobili?
A ty jej tylko dwa tysiące złotych miesięcznie płacisz.
Elżbieto, przecież zapisaliśmy jej mieszkanie…

Bronisław wstaje z łóżka i powoli idzie do sąsiedniego pokoju. W świetle nocnej lampki, przymrużonymi oczami patrzy na swoją żonę.

Przysiada przy niej, wsłuchuje się. Chyba wszystko w porządku.

Wstaje i powoli człapie do kuchni. Otwiera kefir, idzie do łazienki. Potem wraca do swojego pokoju.

Kładzie się na łóżku. Nie może zasnąć:

Nam z Elżbietą po dziewięćdziesiąt lat. Ile już przeżyliśmy? Niedługo do Boga, a obok nikogo nie ma.

Córki, Natalii, już nie ma, sześćdziesiątki choćby nie dożyła.

Pawła też już nie ma. Zabawował się… Jest wnuczka, Oksana, mieszka już z dwadzieścia lat w Anglii. O dziadkach pewnie choćby nie pamięta. Ma już, pewnie, własne dorosłe dzieci…

Nie zauważył, kiedy zasnął.

Obudził go dotyk ręki:

Bronku, wszystko w porządku? cichy głos dobiegł do niego.

Otworzył oczy. Nad nim pochylała się żona.

Co się stało, Elżbieto?

Patrzyłam, leżysz tak cicho, nic się nie ruszasz.

Jeszcze żyję! Idź spać!

Zaszurały kapcie o podłogę. Z kuchni słychać kliknięcie włącznika. Elżbieta wypiła wodę, zajrzała do łazienki i wróciła do swojego pokoju. Położyła się na łóżku:

Kiedyś się obudzę, a jego już nie będzie. Co ja wtedy zrobię? A może to ja pierwsza odejdę…

Bronek już choćby nasze stypy zamówił. Nigdy bym nie pomyślała, iż to można załatwić wcześniej. Z drugiej strony, to dobrze. Kto by to za nas zrobił?

Wnuczka już o nas zapomniała. Tylko sąsiadka Iwonka do nas zachodzi. Ma klucz do mieszkania. Dziadek jej daje po tysiącu z naszej emerytury. Kupuje zakupy, to i owo. Na co nam pieniądze? Sami z czwartego piętra już nie schodzimy.

Bronisław otworzył oczy. Słońce zagląda przez okno. Wyszedł na balkon i spojrzał na zieloną koronę czeremchy. Na twarzy pojawił się uśmiech:

Dotarliśmy do lata!

Poszedł zajrzeć do żony. Ta siedziała zamyślona na łóżku.

Elu, nie smuć się już! Chodź, coś ci pokażę.

Oj, nie mam już sił! staruszka ledwo wstała z łóżka. Co wymyśliłeś?

Chodź, chodź!

Podtrzymując ją za ramiona, doprowadził żonę na balkon.

Zobacz, czeremcha już zielona! A mówiłaś, iż do lata nie doczekamy. Doczekaliśmy!

Ojej, naprawdę! I słońce tak ładnie świeci.

Usiadli razem na ławeczce na balkonie.

Pamiętasz, jak zaprosiłem cię do kina? Jeszcze w szkole byliśmy. Wtedy też czeremcha się zazieleniła.

Jakże to można zapomnieć? Ile to już lat minęło?

Siedemdziesiąt… Siedemdziesiąt pięć.

Długo tam siedzieli, wspominając młodość. Na starość dużo się zapomina, nieraz i to, co wczoraj robiłeś. Ale młodości się nie zapomina.

Oj, zagadaliśmy się! wstała żona. A przecież jeszcze nie jedliśmy śniadania.

Elżbieto, zaparz dobrą herbatę! Już mam dość tej ziółkowej.

Przecież nie wolno nam.

Choć słabiutką, a do tego po łyżeczce cukru.

Bronisław popijał tę słabą herbatę, zagryzając niewielką kanapką z serem i wspominał czasy, kiedy na śniadanie pił mocną, słodką herbatę z drożdżówkami albo placuszkami.

Weszła sąsiadka. Uśmiechnęła się przyjaźnie:

Jak tam u was?

A co u dziewięćdziesięciolatków może się dziać? zażartował staruszek.

Jak żartujecie, to dobrze! Co wam kupić?

Iwonko, mięsa mi kup! poprosił Bronisław.

Ale wam nie wolno.

Kurczaka można.

Dobrze, kupię. Ugotuję wam rosół z makaronem!

Sąsiadka posprzątała ze stołu, umyła naczynia i wyszła.

Elżbieto, chodź na balkon zaproponował mąż. Ogrzejemy się w słońcu.

Chodźmy!

Przyszła sąsiadka. Wyszła na balkon:

Zatęskniło się za słoneczkiem?

Dobrze tu u nas, Iwonko! uśmiechnęła się Elżbieta.

Zaraz wam przyniosę kaszę i zacznę gotować obiad.

Dobra kobieta, spojrzał za nią. Co byśmy bez niej zrobili?

A ty jej tylko dwa tysiące miesięcznie płacisz.

Elżbieto, przecież mieszkanie jest zapisane na nią.

Ona o tym nie wie.

Tak przesiedzieli na balkonie aż do obiadu. Na obiad był rosół z kurczakiem, z mięsnymi kawałkami i rozgniecionymi ziemniakami.

Zawsze taki gotowałam Natalii i Pawłowi, jak byli mali wspominała Elżbieta.

A nam na starość obcy gotują westchnął ciężko mąż.

Bronek, chyba taka nasza dola. Odejdziesz ty albo ja i nikt choćby nie zapłacze.

Dobra, Elżbieto, nie smućmy się więcej. Połóżmy się choć na chwilę!

Bronku, nie na darmo mówią:
Stary jak dziecko.
Wszystko jak u dzieci: zupka przetarta, drzemka, podwieczorek.

Trochę przysnął Bronisław, ale zaraz wstał nie może spać. Może pogoda się zmienia? Poszedł do kuchni. Na stole dwie szklanki soku, starannie przygotowane przez Iwonkę.

Wziął je obydwoma rękami i ostrożnie, by nie rozlać, poszedł do pokoju żony. Siedziała na łóżku, zamyślona patrzyła przez okno.

Co taka smutna? uśmiechnął się Bronek. Na zdrowie!

Wzięła, łyk soku wypiła:

Ty też nie możesz spać?

Taką pogodę mamy.

Od rana czuję się kiepsko Elżbieta smutno pokręciła głową. Czuję, iż mi już kilka zostało. Pochowaj mnie porządnie.

Elżbieto, co ty gadasz… Jak ja przeżyję bez ciebie?

Ktoś z nas odejdzie pierwszy.

Dość! Chodźmy na balkon!

Siedzieli aż do wieczora. Iwonka przygotowała serniczki. Zjedli i usiedli przed telewizorem. Tak spędzają każdy wieczór. Nowe filmy już do nich nie trafiają, więc wybierają stare komedie i bajki.

Dziś obejrzeli tylko jedną bajkę. Elżbieta wstała z kanapy:

Pójdę spać. Coś się zmęczyłam.

To i ja się położę.

Pozwól mi jeszcze na ciebie popatrzeć! poprosiła żona.

Po co?

Ot, tak po prostu.

Patrzyli na siebie długo. Może wspominali młodość, gdy wszystko było jeszcze przed nimi.

Chodź, odprowadzę cię do łóżka.

Elżbieta wzięła męża pod ramię i powoli poszli razem.

On troskliwie okrył ją kołdrą i wrócił do swojego pokoju.

Coś mu ciężko było na sercu. Długo nie mógł zasnąć.

Wydawało mu się, iż wcale nie spał, ale elektroniczny zegar wskazywał drugą w nocy. Wstał i poszedł do żony.

Leżała z otwartymi oczami.

Elżbieto!

Chwycił ją za rękę.

Elu! Elu!

I nagle i jemu zabrakło tchu. Wrócił do siebie, sięgnął po przygotowane dokumenty, położył je na stole.

Wrócił do niej. Długo patrzył na jej twarz. Potem położył się obok i zamknął oczy.

Zobaczył swoją Elżbietę, młodą i piękną, jak te siedemdziesiąt pięć lat temu. Szła gdzieś w światło, które migotało w oddali. Pobiegł za nią, złapał ją za rękę.

Rano Iwonka weszła do sypialni. Leżeli obok siebie. Na ich twarzach były takie same, pogodnie szczęśliwe uśmiechy.

W końcu sąsiadka zadzwoniła po pogotowie.

Lekarz popatrzył na nich i pokręcił głową:

Odeszli razem. Chyba bardzo się kochali

Zabrano ich. Iwonka bezsilnie usiadła na krześle pod stołem. Tam zobaczyła dokumenty i testament na swoje nazwisko.

Oparła głowę o dłonie i rozpłakała się…

Idź do oryginalnego materiału