– Dobra kobieta. Co byśmy bez niej zrobili? – A ty jej tylko dwa tysiące miesięcznie płacisz. – Hele…

twojacena.pl 1 tydzień temu

Dobra kobieta. Co byśmy bez niej zrobili?
A Ty jej tylko dwa tysiące złotych na miesiąc płacisz.
Halino, przecież mieszkanie na nią przepisaliśmy.

Tadeusz podniósł się z łóżka i powolnym krokiem przeszedł do sąsiedniego pokoju. W blasku nocnej lampki, mrużąc oczy, spojrzał na swoją żonę.

Przykucnął przy niej, nasłuchiwał. Chyba w porządku.

Podniósł się i pokuśtykał do kuchni. Otworzył kefir, poszedł do łazienki. Potem wrócił do swojego pokoju.

Położył się znów do łóżka. Spać nie może.

Nam z Haliną już po dziewięćdziesiątce stuknęło. Jak to zleciało? Już niedługo i do Pana Boga się wybierzemy, a przy nas nikogo…

Córki, Magdy już nie ma, choćby sześćdziesiątki nie dożyła.

Janka też nie ma… Trochę popił za życia… Jest wnuczka, Dorota, ta już od dwudziestu lat w Niemczech mieszka. O dziadkach ani nie wspomni. Pewnie już i dzieci jej duże…

Nawet nie zorientował się, kiedy zasnął.

Obudził się, gdy poczuł czyjąś dłoń:

Tadeuszu, wszystko w porządku? usłyszał cichy głos.

Otworzył oczy. Nad nim pochyliła się żona.

Co tam, Halino?

Patrzę, leżysz tak cicho, nie poruszasz się.

Jeszcze żyję! Wracaj spać!

Rozległy się szurające kroki. Kliknął włącznik w kuchni.

Halina napiła się wody, poszła do łazienki i wróciła do swojego pokoju. Położyła się na łóżku:

I tak to jest, kiedyś się obudzę, a jego już nie będzie… Co zrobię wtedy? A może to ja pierwsza odejdę.

Tadeusz już choćby nasze stypy zorganizował. Nigdy bym nie pomyślała, iż to da się załatwić z wyprzedzeniem. Z drugiej strony dobrze. Kto by to za nas zrobił?

Wnuczka całkiem o nas zapomniała. Sąsiadka Iwonka tylko u nas zagląda. Ma klucz do mieszkania. Dziadek daje jej po tysiącu z naszej emerytury. Ona kupuje to jedzenie, to coś przywiezie, czego trzeba. Nam i tak te pieniądze niepotrzebne. Z czwartego piętra już sami nie schodzimy.

Tadeusz otworzył oczy. Słońce wpadało do pokoju. Wyszedł na balkon i spojrzał na zieloną koronę czereśni. Uśmiechnął się.

No to doczekaliśmy lata!

Poszedł zajrzeć do żony. Siedziała zamyślona na łóżku.

Halinko, nie smuć się już! Chodź, coś Ci pokażę.

Oj, nie mam już sił ledwo podniosła się staruszka. Czego Ty tam chcesz?

No chodź, chodź!

Pomagając jej, zaprowadził ją na balkon.

Widzisz? Czereśnia znowu zielona! A Ty mówiłaś nie doczekamy lata. A jednak doczekaliśmy!

Rzeczywiście! I słoneczko świeci.

Usiedli na ławce na balkonie.

Pamiętasz, jak zaprosiłem Cię do kina? Jeszcze w liceum byliśmy. Wtedy też czereśnia się zazieleniła.

Jak można by to zapomnieć? Ile to już lat minęło?

Siedemdziesiąt… Siedemdziesiąt pięć.

Długo tam siedzieli, wspominali młode lata. Na stare lata wiele rzeczy się zapomina, czasem choćby co się wczoraj robiło, ale młodość tej nigdy się nie zapomina.

Oj, zagadaliśmy się! podniosła się żona. A śniadania jeszcze nie było.

Halino, zrób dobrą herbatę! Już mam dość tych ziółek.

Lekarz zabronił.

Choć słabą i z łyżeczką cukru dla smaku.

Tadeusz pił tę słabą herbatę, zajadając małą kanapkę z serem, i wspominał czasy, kiedy do śniadania była mocna, słodka herbata. A do tego jeszcze świeże bułki albo racuchy…

Przyszła sąsiadka. Uśmiechnęła się:

Jak się dzisiaj macie?

Jak może się mieć dziewięćdziesięciolatek? zażartował dziadek.

Skoro żartujesz, to znaczy, iż dobrze. Macie coś do kupienia?

Iwonka, kup trochę mięsa! poprosił Tadeusz.

Ale Wam nie wolno.

Kurczaka można.

Dobrze, kupię. Ugotuję rosół z makaronem!

Iwonka posprzątała ze stołu, pozmywała i wyszła.

Halinko, chodźmy na balkon zaproponował Tadeusz. Na słońcu się ogrzejemy.

Chodźmy!

Sąsiadka wróciła, wyszła na balkon:

Brakowało Wam słońca?

Jak dobrze jest, Iwonko! uśmiechnęła się Halina.

Już Wam tu przyniosę kaszę. A potem zacznę gotować zupę na obiad.

Dobra kobieta spojrzał za nią Tadeusz. Co byśmy be niej poczęli?

A płacisz jej tylko dwa tysiące miesięcznie!

Halino, przecież mieszkanie na nią przepisaliśmy.

choćby o tym nie wie.

I tak przysiedli na balkonie aż do obiadu. A na obiad był rosół z kurczaka, taki z kawałkami mięsa i rozgniecionymi ziemniakami.

Zawsze taki robiłam Magdzie i Jankowi, jak byli dziećmi wspominała Halina.

A nam na starość obcy ludzie gotują westchnął Tadeusz.

Widać, Tadziu, taki nasz los. Odejdziesz Ty, odejdę ja nikt choćby nie uroni łzy.

Daj spokój, Halino. Przestańmy się smucić. Chodźmy zdrzemnąć się trochę!

Tadeuszu, nie bez powodu mówią:

Stary, a jak dziecko.

U nas już wszystko jak u maluchów przetarta zupa, drzemka, podwieczorek.

Tadeusz trochę się przespał, po czym wstał nie może zasnąć. Może ta pogoda taka, czy co? Wszedł do kuchni. Na stole stały już przygotowane przez Iwonkę dwie szklanki soku.

Chwycił obie i ostrożnie zaniósł je do żony, żeby nic nie rozlać.

Siedziała zadumana, patrzyła w okno:

Co taka smutna jesteś, Halinko? uśmiechnął się mąż. Na, wypij sok!

Wzięła łyk:

Ty też nie śpisz?

Taka pogoda.

Ja też się od rana jakoś słabo czuję Halina pokręciła z troską głową. Czuję, iż już mi kilka zostało. Tylko porządnie mnie pochowaj.

Halino, co Ty mówisz. Jak ja mam bez Ciebie żyć?

Ktoś pierwszy będzie musiał odejść.

Daj spokój! Chodźmy na balkon!

Siedzieli tam do wieczora. Iwonka zrobiła serniczki. Zjedli je i usiedli przed telewizorem. Codziennie przed snem oglądali razem coś w telewizji. Nowych filmów już nie rozumieli, więc wybierali stare komedie i bajki.

Dzisiaj obejrzeli tylko jedną bajkę. Halina wstała z kanapy:

Idę spać. Jakoś mi dziś ciężko.

To ja też się położę.

Poczekaj, daj się dobrze obejrzeć! poprosiła nagle żona.

Po co?

Tak po prostu. Chcę popatrzeć.

Długo wpatrywali się w siebie. Pewnie przypominali sobie swoją młodość, kiedy jeszcze wszystko było przed nimi.

Chodź, odprowadzę Cię do łóżka.

Halina chwyciła męża pod ramię i razem powoli poszli.

Uważnie przykrył ją kołdrą i poszedł do swojego pokoju.

Na sercu miał bardzo ciężko. Długo nie mógł zasnąć.

Wydawało mu się, iż wcale nie spał. Ale elektroniczny zegar pokazywał drugą w nocy. Wstał i poszedł do żony.

Leżała z otwartymi oczami:

Halino!

Chwycił ją za rękę.

Halino, co jest?! Ha-li-no!

I sam poczuł, iż brakuje mu powietrza. Wrócił do swojego pokoju, wyjął przygotowane dokumenty, zostawił je na stole.

Wrócił do żony. Długo patrzył na jej twarz. Potem się położył obok i zamknął oczy.

Zobaczył Halinę młodą, piękną, jak siedemdziesiąt pięć lat temu. Szła w stronę światła, które migotało gdzieś daleko. Ruszył za nią, dogonił i chwycił za rękę.

Rano Iwonka weszła do sypialni. Leżeli obok siebie. Na ich twarzach były te same spokojne, szczęśliwe uśmiechy.

W końcu Iwonka zadzwoniła po pogotowie.

Lekarz, który przyjechał, spojrzał na nich i pokręcił głową:

Odeszli razem. Chyba naprawdę bardzo się kochali…

Zabrali ich. A Iwonka opadła bez sił na krzesło przy stole. I wtedy zobaczyła dokumenty i testament przepisany na jej nazwisko.

Ukryła twarz w dłoniach i zapłakała…

Idź do oryginalnego materiału